piątek, 21 czerwca 2013

Kochani!

Spieszę Wam oznajmić, iż najnowsza część mojego opowiadania (obiecuję) pojawi się w niedzielę, tj. 23.06.2013r. wieczorem. Postaram się również, by była (na Waszą prośbę) nieco dłuższa niż poprzednie. Jednak tego przyrzec nie mogę, gdyż, jak pewnie dobrze wiecie, z weną bywa różnie. Mam też dla Was pewną propozycję, a mianowicie, jeśli macie jakieś pomysły dotyczące jednowątkowego (krótkiego) opowiadania, to piszcie do mnie. W ramach rekompensaty za wiele moich nieobecności, postaram się napisać coś, specjalnie na Wasze życzenie i według Waszego uznania. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze! Jesteście naprawdę cudowni. See You soon...
  Love,
Liberian_Girl



wtorek, 18 czerwca 2013

Until Death Do Us Part..._10

- Uwierz mi, Michael, naprawdę chciałabym tu zostać, ale nie mogę...
Lisa wydawała się być w tej sytuacji rzeczywiście bezradna. Jak by to wyglądało, jeśli spędziła kolejną noc w willi "obcego mężczyzny", podczas gdy w domu czekają na nią mąż i dzieci? Wystarczającym zmartwieniem było to, iż gazety o niczym innym się nie rozpisywały. Sama nie wierzyła w swoje szczęście, ale, jak na razie, Danny nie natrafił na żaden artykuł. Dobrze wiedziała, że takowy mógłby go naprawdę rozzłościć. Sądziła, że już zbyt często się kłócili
- Błagam cię, Liso... Zostań. Przecież wiem, że wolałabyś być tutaj, niż w swoim domu...
Trafił w jej czuły punkt. W zasadzie opuszczała Neverland tylko ze względu na dzieci. Nic więcej nie trzymało jej w tym luksusowym apartamencie, którego właścicielem był jej mąż. Byłoby cudownie zostać tutaj, tak bajecznie wolną, odprężoną i bez większych trosk. Nie chciała, by ten piękny sen tak szybko się kończył.
- Proszę, nie rób tej miny... Jest słodsza, niż możesz to sobie wyobrazić... - wymamrotała ze zrezygnowaniem.
- O tę minę ci chodzi, Liso?


****

Sama nie wiedziała, jak mu się to udało, ale przekonał ją. Siedziała teraz na huśtawce, bujając swobodnie zwisającymi nogami, tak jak dawniej, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Wiatr delikatnie rozwiewał jej kasztanowe loki. Zastanawiała się, gdzie znów zniknął Michael. Wszędzie było go pełno, niczym wszędobylskiego przedszkolaka interesującego się otaczającym go światem. Wydawało jej się, że za dużą wierzbą dosłownie "mignęła" jej czarna fedora. Po chwili mężczyzna wrócił do niej trzymając w ręku piękny, żółty słonecznik. Wręczył go jej, z wielce poważną, tak nietypową dla niego, miną. 
- Czy dałabyś się zaprosić na kolację? Muszę przyznać, że Laura jest najlepszą kucharką i gospodynią, jaką mogłem sobie kiedykolwiek wymarzyć.
- Naprawdę? Więc twoja przyszła żona już na starcie skazana jest na drugą pozycję w drodze od twojego żołądka do serca? - siliła się na obojętność.
- Kocham Laurę, ale oczywiście moja żona będzie na pierwszym miejscu. O ile w ogóle ją kiedyś znajdę...
- Nawet tak nie żartuj! Jesteś naprawdę uroczy, inteligentny, zabawny i do tego przystojny. Kobiety muszą się o ciebie bić.
- Hmm... Ja tego tak nie widzę. Zwyczajnie wiem, że tak naprawdę żadna z nich byłaby w stanie mnie prawdziwie kochać. Po prostu nie zostałem przez Boga stworzony do romantycznej miłości...
Lepiej będzie, jeśli nie przerwie tej ciszy, która zapadła po jego słowach. Tak bardzo chciałaby coś zrobić... Udowodnić mu, jak bardzo się myli. Ale w jaki sposób...?

piątek, 14 czerwca 2013

Until Death Do Us Part..._9

Po ostatnim incydencie nie śmiałaby nawet marzyć o powrocie do tego bajecznego miejsca. A jednak stoi na tej samej kamienistej alejce rancza Neverland i wsłuchuje się w śpiew jednego z wielu mieszkających tu ptaków. Słońce bezlitośnie ogrzewa Ziemię, jednakże chłodny wiaterek znad morza daje choć odrobinę wytchnienia. Miała na sobie białe spodnie do kolan, przylegającą, beżową koszulkę na ramiączka, a na nogach zupełnie nic. Ktoś przed chwilą wpiął w jej włosy jedną z białych róż rosnących w tym rajskim ogrodzie. Ten ktoś właśnie, niczym dziecko, biegał po trawiastych pagórkach grając w berka z wiatrem. Roześmiała się szczerze na ten widok, po części nie wierząc własnym oczom. Niespełna czterdziestoletni mężczyzna zachowujący się w ten sposób nie mógł być normalny. Było to całkiem oczywiste... Michael Jackson był człowiekiem wyjątkowym. Może czasami dziwacznym w swoich przyzwyczajeniach, ale niewątpliwie godnym zaufania i kochanym do szaleństwa. Potrafił doskonale zagrać zbitego szczeniaka, aby dostać to, czego chciał. Bez wątpienia jednak każdy sukces zawodowy zawdzięczał swojej ciężkiej pracy. Czyżby właśnie dlatego w wolnym czasie wracał do dziecięcych zabaw, by wrócić sobie na zawsze utracone chwile dzieciństwa? Niewątpliwie ją intrygował... Bardzo chciała dowiedzieć się, co tak naprawdę skrywał na dnie serca, które tak ufnie ofiarowywał każdemu człowiekowi.
- Liso, może chciałabyś się czegoś napić? - zapytał zdyszany.
- Jasne, tylko może lepiej nie wina.
Odwzajemnił zmieszany uśmiech, którym go obdarowała. Potem chwycił ją za rękę i puścił się biegiem w kierunku białej altany.
***

Spojrzał na nią oczyma pełnymi radości. Nigdy wcześniej nie czuł się bardziej wolny, niż właśnie w tej chwili. Mógł beztrosko pić zimną lemoniadę i śmiać się z rzeczy, które dorośli nazywają po prostu "głupotami". Mógł siedzieć na trawie i słuchać brzęczącego na kwiecie trzmiela. Spojrzał na, pochłoniętą opowiadaniem historii bohaterki przeczytanej ostatnio książki, Lisę. Jej miodowe, lekko falowane włosy łagodnie opadały na smukłe ramiona, zasłaniając przy tym zaznaczające się lekko obojczyki, na których spoczywał łańcuszek z diamentową łezką. 
- Kim jest twój mąż? - przerwał jej nagle, jakby zapominając na moment o dobrych manierach.
- To Danny Keough... Jest aktorem. Zdarza mu się grywać w teatrze, ale nie jest sławny...
- A co z dziećmi? Macie dzieci?
- Tak... Dwójkę. Danielle i Benjamina. 
Zamilkł na chwilę. Jego wzrok skierował się na ziemię, pokazując wyraźnie jego zawstydzenie. Lisa zauważyła to od razu i postanowiła zrobić coś, by przełamać tę niezręczną ciszę. 
- Michael...
- Tak?
Podniósł głowę, by mogła dostrzec jego rumieńce. Jego oczy były niesamowite. Czekoladowy kolor sprawił, że zatonęła w nich... Samotny kosmyk kruczoczarnych loków opadł bezładnie na jego delikatnie zarysowaną twarz. Przybliżyła dłoń i odsunęła go z policzka mężczyzny. Zadrżał pod jej dotykiem, jakby nie wierząc w to, co się działo. Znów żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. 
- Może... ekhm... dolać ci jeszcze lemoniady?
Nie odpowiedział od razu. Był zbytnio zahipnotyzowany tym, co przed chwilą się wydarzyło. Postanowiła nie czekać na odpowiedź. Wstała i zniknęła w domu Michaela, by napełnić dzbanek zimnym napojem. On, wciąż znieruchomiały, zastanawiał się, co to miało znaczyć...



czwartek, 13 czerwca 2013

Until Death Do Us Part..._8

- Lauro, czy mogłabyś na dziś przygotować kolację dla dwóch osób?
- Oczywiście! A kto tym razem będzie naszym gościem? Czyżby pani Taylor? A może pani Ross? - zapytała radośnie.
- Nie... Odwiedzi mnie dziś Lisa Marie Presley.
- Hmm...
Gosposia nie wyglądała na zachwyconą. Cały jej zapał opadł tak, że nawet jej głos zyskał inny ton.
- Czy życzy pan sobie, abym przygotowała coś specjalnego?
- Ufam ci i wiem, że stworzysz, jak zawsze, kulinarne cudo. Uhm... Czy masz jakiś problem z tym, że Lisa tu przyjdzie?
- Nie. To pański dom i pańscy goście. Nie mam nic do tego.
- Gdybyś wiedziała o czymś, czego nie wiem, proszę, powiedz mi, dobrze?
- Oczywiście panie Jackson.
Postanowił odprężyć się odrobinę w swojej sypialni. Mała drzemka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Powoli zamknął białe drzwi ze złotą klamką, by uniknąć nieprzyjemnego skrzypnięcia. Brzmiało ono dość strasznie, zwłaszcza nocą, gdy wymykał się na zewnątrz, by popatrzeć na gwiaździste niebo. Teraz zasłonił żaluzje, aby nie raził go blask słońca w jego pełnej krasie. Zanim legł na przestronnym łożu, zdjął swoje nieco już podniszczone mokasyny i ułożył je schludnie. Pozostało mu tylko zamknąć oczy i pozwolić sobie odpłynąć... Jego myśli krążyły teraz wokół rychłego spotkania z panną... Raczej PANIĄ Presley. Zastanawiało go, czy będzie miała do niego żal o to, jak się zachował. Kiedy rozmawiał z nią przez telefon, wydawała się być nawet pozytywnie zaskoczona tym, że zadzwonił. Nagle poczuł słodki zapach, który znikąd wypełnił pokój. Skądś już znał tę woń... Czy to nie tak właśnie pachniała Lisa, gdy objął ją po raz pierwszy od dwudziestu lat? Biała lilia. Kwiat dostojny i uwodzicielski zarazem. Kusi białymi płatkami, jakby poddając pod wątpliwość ich niewinną barwę. Zatem, czy taka właśnie była ta kobieta? Liczył, że dane mu będzie przekonać się o tym już niebawem. Znów w jego głowie pojawił się obraz jej delikatnej twarzy, ozdobionej, niczym drogimi kamieniami, zielonymi oczyma, rozświetlonej subtelnym uśmiechem. Kąciki jego ust drgnęły i uniosły się nieznacznie, na samo wspomnienie o kobiecie, której nigdy nie pragnął. Jeszcze tylko chwileczkę pozwoli sobie na marzenie o nieosiągalnym i niechcianym jednocześnie. Potem wstanie, odetchnie głęboko i zabierze się do pracy...



Jesteście niesamowici!

Sama nie wierzę w to, co widzę O_o Tyle komentarzy od Was... Nawet nie wiecie, jak bardzo poprawiliście mi humor! Naprawdę cenię, to, że nadal chce Wam się czytać moje opowiadania <3 Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję <3 Niedługo nowa część ;)
It's All For L.O.V.E.
Liberian_Girl



niedziela, 9 czerwca 2013

Until Death Do Us Part..._7

Siedział bezczynnie na werandzie patrząc w dal pustym wzrokiem. Dookoła było dziwnie cicho, tylko muzyka, która zawsze brzmi wśród alejek Neverlandu, koiła jego zmysły. Beethoven ze swoją V symfonią działał na niego, jak hipnotyzer. Woda przelewająca się monotonnie w fontannie zdawała się bez końca odmierzać czas jego duchowej nieobecności. Był już późny wieczór i tylko lampki świąteczne oświetlały dom. Co prawda była dopiero jesień, ale te ozdoby świąteczne nigdy nie znikały z rancza. Pogoda nie należała do najpiękniejszych, dlatego gwieździste niebo zasnute było chmurami. Jeden świetlik, który widocznie zabłądził i odłączył się od reszty kompanów, był jedynym towarzyszem Michaela. Ktoś, szurając lekko miękkimi kapciami, zbliżył się do niego i powiedział:
- Panie Jackson, niech pan się przykryje, bo inaczej przeziębienie gotowe.
Gosposia podała mu ciepły, wełniany koc, wciąż trzymając w drugiej ręce duży kubek, którego zawartość przyjemnie parowała.
- Tutaj ma pan gorącą herbatę z miodem i cytryną. Tak na wszelki wypadek...
- Złota z ciebie kobieta, Lauro. Bardzo ci dziękuję.
- A może wróciłby pan do środka? Jest już dość późno...
- Posiedzę tu jeszcze trochę... Muszę się zastanowić nad kilkoma rzeczami...
- A powie mi pan, co się stało z tą całą panią Presley? Dokładnie tydzień temu uciekła stąd jak poparzona i do tej pory nie wróciła. Państwo się pokłócili?
- Hmm... Można powiedzieć, że nie była ze mną do końca szczera - sam nie wiedział, czy powinien rozmawiać o Lisie z pomocą domową. -  Nie powiedziała mi, że ma męża.
- Jeśli mogę wiedzieć,  właściwie jaką to panu robi różnicę? Przecież chodziło tu tylko o pracę... No chyba, że jestem w błędzie...
- Nie, nie, nie... Oczywiście, że nie. Chodziło nam tylko i wyłącznie o płytę... W sumie, to masz rację, Lauro. Zadzwonię do niej i przeproszę za moją gwałtowną reakcję.
- Tylko niech pan tego nie robi dzisiaj. Jest już zbyt późno... Jutro też jest dzień.
Michael, trochę jeszcze się opierając, wstał i zniknął we wnętrzu domu. Kobieta już chciała mu powiedzieć, że zbytnio nie przepada za młodą Presley, ale postanowiła się powstrzymać. W sumie, to nie powinna się wtrącać w prywatne życie swojego pracodawcy, ale zwyczajnie martwiła się o niego. Był dla niej jak syn. Ten którego straciła 7 lat temu, a który był dla niej wszystkim. Zamierzała bacznie przyglądać się współpracy Lisy i Michaela, a w razie potrzeby, interweniować. Nie pozwoli skrzywdzić tego wrażliwego i kochanego człowieka... Nigdy... Nikomu...



niedziela, 2 czerwca 2013

Until Death Do Us Part..._6

Wszystko było takie jasne... takie drażniące. Czuła się nie najgorzej, może tylko trochę szumiało jej w głowie. Alkohol nigdy nie działał na nią wybitnie destrukcyjnie, bez znaczenia od jego wypitej ilości. Mimo tego rozejrzała się w poszukiwaniu torebki, w której prawdopodobnie znajdowały się tabletki. Tak na wszelki wypadek... Dobrze wiedziała, że znajduje się w willi Michaela Jacksona, jak również zdawała sobie sprawę z tego, jak się tu znalazła. Jednak za żadne skarby świata nie mogła przypomnieć dobie, gdzie położyła tę głupią torebkę. Owinęła się kocem i zeszła na dół w poszukiwaniu zguby. W przestronnej, słonecznej kuchni krzątała się gosposia o lekko wymuszonym, ale przyjemnym uśmiechu. Kobieta przywitała gościa skromnym "Dzień dobry" i wróciła do swoich zajęć. Nigdzie nie było nawet śladu Michaela. Zresztą torebki też nie. Chcąc, nie chcąc, zajęła miejsce na kanapie i włączyła telewizor. Na dużym ekranie pojawiła się śliczna blondynka pokazująca dłonią, z nienagannie pomalowanymi paznokciami, poszczególne temperatury w największych miastach. Chwilę potem miały zostać przedstawione najświeższe wiadomości. Przymknęła na chwilę oczy wsłuchując się w radosny szczebiot obudzonego ptaka. Ktoś bezszelestnie wszedł do salonu i bezceremonialnie, miękką dłonią, zasłonił jej oczy. Uśmiechnęła się, bo wyczuła tak dobrze znany sobie i ukochany zapach zerwanych konwalii. Nieznajomy nie odezwał się, oczekując, że to ona odgadnie, kim jest. Czy powinna dać mu tę satysfakcję i poprosić o ujawnienie się, czy może skończyć tę dziecinną szopkę i zapytać, co on takiego robi? Chyba nie będzie psuć mu humoru... Jego dobry nastrój może jej się dziś jeszcze przydać.
- Kim jesteś? - zapytała zaciekawionym głosem.
- To ja, Michael!
Wtedy obszedł kanapę i znalazł się vis a vis Lisy. Całując jej rękę, wręczył mały bukiet drobnych, białych kwiatuszków, emanując przy tym nieuzasadnioną radością.
- Dziękuję ci bardzo za kwiaty. Pozwoliłam sobie włączyć telewizor...
- Jasne, czuj się jak u siebie. Zaraz wrócę, dobrze?
- Okej.
Zniknął za jednymi z wielu drzwi w tym domu. Znów spojrzała na kolorowy ekran z nadzieją dowiedzenia się czegoś wartego uwagi. I tym razem nie rozczarowała się... Po kolei przewijały się zdjęcia jej samochodu przejeżdżającego bramę Neverlandu, a wcześniej jej samej kierującej tą piekielną machiną. Na górze widniał duży, czerwony napis. "Presley i Jackson - królewski romans."
- O cholera...
Do pokoju wpadł w połowie rozebrany Michael i z niepokojem zapytał swoją towarzyszkę:
- Co się stało?
Ona tylko palcem wskazała na ekran telewizora i ukryła twarz w dłoniach.
- Spokojnie, przecież to tylko głupi paparazzi. Nic wielkiego się nie stało. Poza tym, kto w to uwierzy?
- Z całą pewnością mój mąż.
- Jak to?! Twój... kto?
- Będzie lepiej, jeśli już pójdę...
Pośpiesznie założyła buty i ukryła się w swoim czarnym BMW, by chwilę później opuścić Neverland, zostawiając Michaela samego z ogromem myśli kłębiących się w jego głowie...