wtorek, 3 września 2013

Until Death Do Us Part..._29


Tej nocy spał niespokojnie. Przewracając się z boku na bok, nie potrafił przestać myśleć, o utraconej na zawsze szansie stworzenia szczęśliwej rodziny. Zaprzepaścił wszystko przez własne niezdecydowanie i uległość. Czy mogło być gorzej? Słowa same układały się w jego głowie w spójną całość. Tylko tak mógł choć na chwilę ukoić ból po stracie Lisy…

Don’t walk away
See I just can’t find the right thing to say
I tried but All my pain gets in the way
Tell me what I have to do so You’ll stay
Should I get down on my knees and pray?

Łzy  moczyły kartkę, na której pisał i rozmazywały pojedyncze słowa. Może rzeczywiście jedynym, co mu pozostało, była modlitwa… Pozbierał zapisane kartki i odłożył je na szafkę nocną. W sypialni panował głęboki mrok, tylko światło białej świecy odcinało jasność od ciemności złotym okręgiem. Padł na kolana i ze złożonymi rękami, pytał Boga „dlaczego?”. Jego cierpienie zdawało się nie mieć końca, a krzyż, który dźwigał, przeciążał go coraz bardziej. Upadał już wiele razy, ale czy teraz zdoła się podnieść? Oparł czołem o materac łóżka i, wciąż na klęczkach, łkał cicho. Wreszcie, wyczerpany bólem i smutkiem, zasnął, wciąż prosząc Pana o wybaczenie grzechów, których nie popełnił…
*
Nigdy nie czuła się mniej pewnie, niż w tej chwili. Cicho stąpając po korytarzach rezydencji, wyglądała jak błąkający się duch. Bladość jej skóry jaśniała wśród ciemności, a szkliste od łez oczy, błyszczały nienaturalnie. Nie wiedziała, czy podejmuje właściwą decyzję, lecz była pewna, że nie zamierza jej żałować. Nie bez trudu odnalazła dwuskrzydłowe drzwi ze złotymi klamkami, za którymi kryła się odpowiedź na dręczące ją pytania. Przed naciśnięciem jednej z nich zawahała się i być może odeszłaby bez słowa, gdyby nie usłyszała łkania dobiegającego zza zamkniętych wrót. Nie pragnęła już więcej torturować ani jego, ani siebie. Wzięła głęboki oddech i bezszelestnie weszła do sypialni. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, a ona nie odważyła się zrobić choćby kroku. Pod ścianą zauważyła zarys wypalonej świeczki, pokój wciąż wypełniała przyjemna woń konwalii, jakby jego właściciel dopiero co przyniósł bukiet tych kwiatów ze swojego ogrodu.  Zamarła przerażona, gdy dostrzegła kontur klęczącej przy łóżku postaci. Dopiero po dłuższej chwili rozpoznała w niej Michaela pogrążonego w półśnie, bez wytchnienia targanego napadami ściskającego serce szlochu. Jego długie, czarne loki opadały na plecy i policzki, a twarz ukryta była w materacu. Patrzyła na ukochanego mężczyznę, a jej serce pękało na maleńkie kawałeczki. Jak mogła przydać mu tyle cierpienia? Odważyła się podejść bliżej i opadła na podłogę tuż obok niego. Nie obudził się. Drgnął jedynie niespokojnie, a wtedy ona wzięła jego dłoń i zaczęła gładzić, by odpędzić jego strach. Już więcej  go nie opuści…
Poczuła, że się budzi, a jego ręka mocniej ściska jej dłoń. Z wysiłkiem uniósł głowę i spojrzał na nią przekrwionymi oczami.
- Przepraszam … - wykrztusiła, a jej policzki zalały się łzami.
- Cii… To ja przepraszam…
Pogładzi jej miodowe włosy. Patrzyli sobie prosto w oczy, jak gdyby próbowali czytać w myślach. Ona wtuliła się w jego pierś, czując jak silne ramiona otaczają ją, jakby chciały ochronić przed złem tego świata. Teraz już nikt jej nie skrzywdzi…
- Kocham Cię, Michael.
- Kocham Cię, Lise.
Podniósł ją i położył na łóżku, a ona gotowa była ponownie przyjąć go w sobie. Michael tylko ucałował jej czoło i ułożył się obok, przez całą noc nie wypuszczając z objęć swojego największego skarbu…




niedziela, 1 września 2013

Until Death Do Us Part..._28

Szukał jej dosłownie wszędzie. Przeczesał cały parter i piętro, lecz nie było po niej nawet śladu. Zostało jeszcze tylko jedno miejsce, którego nie sprawdził, ale nie pozwalał mu na to jego honor i moralność. No bo jak mógł tak po prostu wtargnąć do damskiej toalety? Na samą myśl o popełnieniu tak bluźnierczego czynu, żołądek podchodził mu do gardła. Miał swoje zasady, których za żadną cenę nie chciał łamać. Ale, czy jeśli chodzi o miłość, to obowiązywały jakiekolwiek reguły? Czy dla szansy odzyskania Lisy nie powinien zdobyć się na każde poświęcenie? Zabłąkany w chaosie własnych myśli, gnany przez intuicję, niepostrzeżenie znalazł się w pomieszczeniu, którego tak się obawiał. Ściany wyłożone były kafelkami w kolorze bladego błękitu, a lustro wiszące na jednej z nich odbijało jego nieznaną postać. Z niepomierną ulgą stwierdził, że wszystkie kabiny, z wyjątkiem ostatniej, są puste. Przeczuwał, że właśnie za zamkniętymi drzwiami położonej najdalej toalety, ukrywa się kobieta. Jak tylko potrafił najciszej, podszedł do niej odezwał się łagodnie.
- Proszę cię, porozmawiajmy...
- Nie mamy o czym rozmawiać - powiedziała lodowatym głosem.
- Liso, proszę... Wysłuchaj mnie...
Odpowiedziała mu jedynie cisza. Nie zastanawiając się dłużej nad konsekwencjami swoich czynów, wszedł do sąsiedniej kabiny i, wspiąwszy się po sedesie, przedostał się do tej, w której zabarykadowała się dziewczyna. Potem, ograniczony niewielką przestrzenią, cofnął się odrobinę i spojrzał w jej szarozielone oczy. Widział, że się bała, lecz starała się pozostać nieugięta i szorstka. Jej dłoń przez przypadek dotknęła jego uda. Cofnęła ją, jakby się oparzyła,
- Przepraszam cię, Lise, że tak się zachowałem. Uwierz mi, kierowała mną wtedy jedynie troska o twoje dzieci... Co byłoby, gdyby dowiedziały się, że to przeze mnie ich rodzina się rozpada? Przepraszam, że nie pomyślałem wtedy o tym, co ty czujesz, a przecież to powinno być najważniejsze. Wreszcie przepraszam, że nie starczyło mi odwagi, by o ciebie walczyć... Jestem zwykłym tchórzem - dodał, odwracając od niej twarz.
- Czy to już wszystko?
- Tak. Jeśli nie chcesz mnie widzieć, to zrozumiem. Zaraz sobie pójdę...
- Byłabym wdzięczna, gdybyś wreszcie zostawił mnie w spokoju - odsunęła się od niego jak najdalej i zwróciła twarzą  w kierunku drzwi.
- Dobrze, już nie będę cię niepokoił. Chciałem ci jeszcze tylko powiedzieć, że...
Zawahał się. Jeśli już postanowiła, nie będzie więcej mieszał w jej życiu. Pozostawi niedopowiedzianym to, co do końca życia będzie trawiło jego serce. Tak będzie lepiej. Odsunął zasuwę i opuścił ciasne pomieszczenie po raz ostatni czując dotyk jej gładkiej skóry. Wyszedł, by zniknąć na zawsze...


czwartek, 29 sierpnia 2013

Happy Birthday Applehead! ♥

Ta, tak... Dziś nasz Aniołek kończy 55 lat. Nie życzę Ci bezpieczeństwa, bo tam, gdzie jesteś, już nic Ci nie grozi. Nie życzę również zdrowia, z wiadomych względów. Miłości zapewne też masz pod dostatkiem, jednakowoż tego uczucia nigdy za wiele, dlatego życzę, byś kochał nas, swoich fanów, tak jak zawsze to robiłeś. Życzę Ci, by Twoje pociechy wyrosły na dobrych i kochających ludzi, na których przecież je wychowywałeś. Życzę Ci, aby Twoje imię przetrwało setki lat, a pamięć o Tobie nigdy nie zaginęła. Proszę, opiekuj się nami, tak jak robiłeś to do tej pory. Nasza miłość nie jest na chwilę. Nigdy w to nie wątp. Love You MOST! See You soon...




"Kiedy ludzie żyją, kochają.
Kiedy umierają, kochają dalej.
Jeśli uczucie umiera wraz z człowiekiem, nie jest to prawdziwa miłość."



"Wszystko ma swój początek w miłości."

Until Death Do Us Part..._27

W odpowiedzi do jednego z komentarzy odnośnie brytyjskiego akcentu, którym posłużył się Michael w moim opowiadaniu 'You Are Not Alone' : czytałam gdzieś ciekawostkę, jakoby nasz Aniołek lubił mówić z różnymi akcentami, przy czym brytyjski wychodził mu najlepiej. To tak gwoli wyjaśnienia ;) Dziękuję za wszystkie komentarze i zainteresowanie moimi tekstami. :)
Liberian_Girl

- I jak ci się to  podoba, Viv? – zapytała Lisa, przeglądając się w lustrze ze wszystkich stron.
Miała na sobie obcisłe, jeansowe spodnie i dopasowany, czerwony top z ćwiekami umieszczonymi tuż pod linią biustu. Jej włosy, w drobnym nieładzie po przymierzaniu sporej ilości ubrań, opadały na smukłe ramiona.  Płaski brzuch, wystawiony teraz na widok publiczny, przyciągał wzrok zazdrosnych klientek butiku, co ani odrobinę nie peszyło jego zgrabnej właścicielki. Natomiast jej szarozielone oczy, przypominające szklane kulki, zbierane we wczesnych latach dzieciństwa, nie spojrzały nawet przez chwilę na, pozostającego w stanie głębokiego szoku, nieznajomego.
- Lisa? Co ty tu...?
Wydawał się być kompletnie zdezorientowany, jakby grunt spod jego stóp zaczął się niebezpiecznie wysuwać. Skąd ona się tu wzięła? Nie mogło być dziełem przypadku, by w jednym z tysiąca sklepów w całej galerii, a z setek tysięcy w całym mieście, spotkał swoją miłość. Popatrzył na nią, jak gdyby była tylko złudną marą, sennym widzeniem pogłębiającym jego tęsknotę. Jednak ona była prawdziwa, wyraźna i całkowicie nieświadoma prawdziwej tożsamości mężczyzny, który tak uważnie się jej przyglądał. Zauważył, że cień niepewności przemknął po jej idealnej twarzy, kiedy usłyszała swoje imię, wypowiadane przez nieznanego jej człowieka. Spojrzała pytająco na przyjaciółkę, lecz nie znalazłszy u niej odpowiedzi, zwróciła się do mężczyzny.
- Skąd pan mnie zna? - zapytała podejrzliwie, dokładnie mierząc nieznajomego wzrokiem.
- Liso, to ja, Michael... 
Nie chciała w to uwierzyć. Jednak, po dłuższym przyjrzeniu się, rozpoznała urzekająco czekoladowe oczy, które kiedyś zwiodły ją z wcześniej obranej drogi. Rozpoznała także szept, pobudzający jej zmysły jeszcze nie tak dawno temu. Chciała się odwrócić i jak najszybciej uciec, lecz on chwycił ją za przegub i przytrzymał lekko, nie chcąc zrobić jej krzywdy.
- Zostaw mnie, rozumiesz? 
Wyślizgnęła się z jego uścisku, rzuciła na ladę pieniądze za ubrania i biegiem rzuciła się do wyjścia. Michael, bezradny, patrzył za oddalającą się kobietą. Wtedy nieoczekiwanie odezwała się blondynka, która, sądząc po zachowaniu Lisy, była jej przyjaciółką:
- No już, biegnij za nią. W tych szpilkach daleko ci nie ucieknie.
Na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu, a nogi już wiodły go śladami ukochanej. Dopiero wtedy z przymierzalni wyłoniła się Janet, posyłając wspólniczce niepewne spojrzenie.
- Myślisz, że się uda? 
- Lisa nie jest głupia, tylko cholernie uparta. Ale nie martw się, myślę, że twój brat, ze swoim darem przekonywania, sprawi, że zmieni zdanie.
- Obyś miała rację. Inaczej będę musiała się przed nim gęsto tłumaczyć... 
- Mnie też się nieźle oberwie, ale trzeba mieć nadzieję. - Nagle skrzywiła się z niesmakiem patrząc na Janet. - Nie jest ci dobrze w błękicie.
- Serio?
- Nie, po prostu ja chcę mieć tę sukienkę... - powiedziała i obie wybuchnęły śmiechem.



wtorek, 27 sierpnia 2013

Until Death Do Us Part..._26

Czytał piąte już z rzędu romansidło, które udało mu się wykopać ze sterty rupieci na strychu. Może i było to mało męskie zajęcie, ale za to bardzo odprężające. Polarowy koc w kolorze czerwonego wina ogrzewał miło jego zmęczone ciało, a kojący głos Diany Ross wybrzmiewał z zasłużonego już gramofonu. Z kuchni dochodził go smakowity zapach domowego kurczaka z ryżem po chińsku, przygotowywanego przez Janet. Mimo iż czuł się szczęśliwy, znów dzieląc dach nad głową z ukochaną siostrą, myślami wciąż wracał do tamtego poranka w chatce nad jeziorem. W głowie szumiał mu niski, zmysłowy głos Lisy pieszczący jego imię, ciągle czuł jej gładkie dłonie błądzące po jego torsie. Jakie jeszcze przykre niespodzianki szykuje dla niego życie...?
- Michael, nie miałbyś może ochoty na małe zakupy? - zapytała dziewczyna, wyglądając z kuchni.
- Nie mam siły na łażenie po sklepach, Jan...
- A gdybym powiedziała, że później zapraszam na największe i najsmaczniejsze lody w twoim życiu?
- Hmm... Zaczynasz mówić z sensem, siostrzyczko - uśmiechnął się promiennie. - To ja już lepiej pójdę się przygotować.
- No tak, prawie zapomniałam, że już nie mogę nigdzie normalnie wyjść z moim bratem, bo przecież jest "TYM MICHAELEM JACKSONEM!" - powiedziała ironicznie.
- Może lepiej ty też się przebierz. W końcu "TA JANET JACKSON!" też może narobić sporo zamieszania, kiedy pojawi się w centrum handlowym i olśni wszystkich swoją nieprzeciętną urodą.
- Masz talent do urabiania ludzi, Mike. Dobra, już lepiej idź, bo nigdy nie wyjdziemy z domu.
- Wedle życzenia szanownej panienki... - zasalutował i zniknął na schodach prowadzących do sypialni dla gości.
***
Masa ludzi przepychająca się, właściwie bez wyraźnego powodu. Tak, centra handlowe to najmniej odpowiednie miejsca do spędzenia sobotniego popołudnia dla kogoś takiego jak on. Mimo dokonanej w garderobie metamorfozy, dzięki której był nie do rozpoznania, nie czuł się zbyt swobodnie. Idąc pod rękę z uśmiechniętą Janet, zdawał się myślami być zupełnie gdzieś indziej. Mijał nieznane mu twarze, zastanawiając się, czy ich właściciele są szczęśliwi. A jeśli tak, to jak im się to udało? On w jednej chwili stracił wszystko, na czym mu zależało. W dodatku kompletnie nie wiedział, jak ma to naprawić. Nieoczekiwanie siostra pociągnęła go za rękę i wprowadziła do jednego z butików.
- Ale po co my tu wchodzimy, Jan? - mruknął niezadowolony.
- Muszę kupić sobie sukienkę, a ty, jako "ikona mody" pomożesz mi coś wybrać.
- Ikona mody? Kto wcisnął ci taki kit?
- Przez ostatnie lata gazety rozpisywały się o twoich... nietypowych strojach, braciszku.
- Chciałaś powiedzieć "ekscentrycznych" - zmarkotniał zupełnie. - Kiedy występuję, zakładam to, co dobrze prezentuje się na scenie. Taki mam styl.
- Który ja ubóstwiam i dobrze o tym wiesz. To co, mogę liczyć na twoją pomoc?
- Mhmm...
Rozsiadł się na jednej z kanap przed rzędem przymierzalni, rozkoszując się chwilową anonimowością. Janet w tym czasie, jak w transie, krążyła pomiędzy wieszakami, w poszukiwaniu idealnej kreacji. Gdy już znalazła kilka sukienek odpowiadających jej wymaganiom, zniknęła za chabrową kotarą jednej z przebieralni. Michael dopiero po chwili zauważył wysoką, szczupłą blondynkę w szarym garniturze, siedzącą obok niego, z nogą na nogę. Jej oczy, niby utkwione w zasłonę sąsiedniej przymierzalni, co jakiś czas zerkały w jego kierunku. Poczuł się niepewnie, jak zawsze, gdy jakaś dziewczyna zwracała na niego uwagę. Od początku zastanawiało go, co kobiety w nim widziały. Nie uważał się ani za wybitnie przystojnego, ani interesującego. Tym bardziej teraz, kiedy był w przebraniu, nie wiedział, dlaczego budził zainteresowanie pięknej nieznajomej. W tamtym momencie zasłona, za którą znajdowała się towarzyszka dziewczyny, poruszyła się. Po chwili smukła dłoń z obrączką na serdecznym palcu pociągnęła ją i odsłoniła całą postać. Michael nie mógł uwierzyć własnym oczom...




niedziela, 25 sierpnia 2013

You Are Not Alone ♥ ‏

     W drodze rekompensaty za moją długą nieobecność przedstawiam mały bonus w postaci krótkiego opowiadania. Należy ono do tych, w których możecie wstawić swoje imię. Miłej zabawy. Niech Wasza wyobraźnia przeniesie Was teraz do niewiarygodnego świata nadzwyczajnego Michaela Jacksona…
Liberian_Girl
To Twoja jedyna szansa. Wejście w posiadanie tego biletu kosztowało Cię sporo nerwów, a także, nie ma się co oszukiwać,  pieniędzy. Mimo że niezbyt wygórowana kwota dwustu złotych nie stanowi fortuny dla przeciętego mieszkańca tego kraju, to dla zwykłej studentki jest to całkiem sporo kasy.  Bycie córeczką tatusia niesie za sobą spore korzyści, dlatego ubłaganie drobnej pożyczki u rodziców nie należało do zadań najtrudniejszych. Natomiast gorzej było z udobruchaniem szefa w sprawie wzięcia dnia wolnego. „Praca w firmie telekomunikacyjnej to zajęcie wymagające dyspozycyjności, [Y/N]” – powtarzał do znudzenia. Kiedy wreszcie go przekonałaś, obiecawszy spędzić kilkanaście dodatkowych, BEZPŁATNYCH godzin w tej zatęchłej dziurze ślęcząc przy telefonie, miałaś ochotę krzyczeć ze szczęścia. Pozostawała jedynie kwestia kupienia upragnionego świstka papieru. Kolejka po nie zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a masa ściśniętych blisko siebie ludzi w czarnych kapeluszach i cekinowych rękawiczkach przesuwała się w kierunku kas bardzo powoli. Stanęłaś na jej szarym końcu i rozpoczęłaś ożywioną rozmowę z jedną z fanek. Minęła godzina i, gdy już wydawało Ci się, że za chwilę znajdziesz się w swoim prywatnym niebie, kasjerka z trzaskiem zamknęła okienko. Daleko za Tobą słychać było pomruki gróźb i jęk zawodu. Czarno-srebrna masa indywiduów zdawała się powoli rozpływać. Rozczarowana, postanowiłaś do końca dnia zaszyć się w swoim niewielkim mieszkanku i zasłodzić swoją rozpacz dwulitrowym pudełkiem waniliowych lodów z polewą czekoladową.  Z perfekcją godną supergwiazdy kina lat dwudziestych powstrzymywałaś łzy, kierując się na najbliższy przystanek tramwajowy, gdy niespodziewanie ktoś położył ciężką rękę na Twoim ramieniu.
- Chciałaby pani może coś kupić? Mam najlepszy towar w mieście…
Już korciło Cię, by niezbyt grzecznie, może nawet w praskim stylu, dać facetowi do zrozumienia, żeby się odczepił. Coś jednak Cię powstrzymywało. Czy była to może wpajana przez rodziców od lat kultura osobista i ogłada? A może tylko zwykły strach?
- Niech panienka pójdzie za mną, a z całą pewnością tego nie pożałuje.
Wybrałaś zupełnie nieodpowiedzialną opcję wybrnięcia z sytuacji i, wiedziona niezdrową ciekawością, podążyłaś za nieznajomym. Mężczyzna zaprowadził Cię na rzadko uczęszczaną ulicę i wyjął z kieszeni połyskujący lekko, biały prostokąt. Serce biło tak, jakby chciało się wyrwać z Twojej piersi. To nie mogło być prawdą… Skąd ten, pożal się Boże, handlarz wytrzasnął bilet?! Wyciągnęłaś drżącą dłoń sięgając po drogocenną wejściówkę. Cwaniak energicznie cofnął rękę.
- Chwileczkę paniusiu. W tym kraju to nawet kopniaka nie dostanie się za darmo. A to cudeńko, jest  ostatnim, możliwym do kupienia, biletem na koncert tego całego Jacksona. 
- Ile pan za niego chce? – zapytałaś,  może i konkretnie, ale za to niezbyt grzecznie.
- Spokojnie, droga pani. Taki rarytas ma swoją wartość, jednak, jak dla pani, cena nie będzie wygórowana…
- Ile?
- Tylko czterysta marnych złotóweczek.
- Oszalał pan?! W kasie kosztowały niecałe dwieście!
- Czy wspominałem już, że to jedyna taka szansa dostania się na koncert?
- Ale ja mam przy sobie tylko te dwie stówy…
- Za to łańcuszek na szyi pięknej pani wygląda na całkiem wartościowy. Myślę, że gdyby dorzucić go do tych pieniążków, które pani zaoferowała, moglibyśmy się dogadać.
Głośno przełknęłaś ślinę. Ten naszyjnik dostałaś od swojej  pierwszej miłości, szesnastoletniego wtedy, ucznia technikum samochodowego. Przedmiot stanowił dla Ciebie ważną pamiątkę, ale przypomniałaś sobie, że Twój idol może już nigdy nie zawitać do kraju, w którym żyjesz. Z ciężkim sercem, trochę się ociągając, wręczasz mężczyźnie wisiorek i dwa stuzłotowe banknoty. W zamian trzymasz już w bladych dłoniach upragniony bilet. Ocierając rękawem kraciastej koszuli łzy szybko napływające Ci do oczu, dziękujesz losowi za daną Ci szansę…
*
Dookoła panuje nieporównywalny z niczym gwar. Odwracasz głowę i widzisz jak tysiące błyszczących, srebrnych rękawiczek macha radośnie w kierunku sceny. Sama nie możesz uwierzyć, że znajdujesz się w tym tłumie rozhisteryzowanych fanów, których traktujesz jak własną rodzinę. Jednoczycie się na płycie lotniska na Bemowie oczekując przybycia Waszego Króla. Co chwilę widzisz kogoś mdlejącego z powodu nieznośniej ciasnoty i braku świeżego powietrza, czy też ogromnego podekscytowania. I znów nie potrafisz pojąć ogromnego szczęścia jakie Cię spotyka. Stoisz w pierwszym rzędzie, zaledwie pięć metrów od sceny i, podobnie jak inni, zdzierasz gardło wykrzykując imię swojego, ciągle nieobecnego, idola. Punktualnie o godzinie dwudziestej na wielkim ekranie pojawia się film. Oglądając go, czujesz się, jakbyś była pasażerem kolejki górskiej, a widoki które mijasz, są wspomnieniami artysty, który tworzy to magiczne show. Kiedy video dobiega końca z boków sceny wystrzelają skrzące się, czerwone płomienie, a spod podestu wyłania się pozłacana rakieta. Euforia tłumu, który Cię otacza wzrasta dziesięciokrotnie. Po chwili z kosmicznego pojazdu wyłania się człowiek ubrany w złoty kombinezon, a jego tożsamość ukryta jest pod hełmem w tym samym kolorze. Stoi nieruchomo wzmagając tym samym ekscytację i szaleństwo widowni. Po dłuższej chwili powoli zdejmuje nakrycie głowy i ukazuje fanom swoją poważną twarz. Jak to możliwe, że dokładnie w tej chwili jego hebanowe loki rozwiewa ten sam, polski, wiaterek, który teraz pieści również Twoją twarz. Ludzie wokół Ciebie nie przestają mdleć, jednak Ty nie tracisz nad sobą kontroli. Piosenka po piosence zatapiasz się w magii jaką oczarowuje Was artysta wszech czasów, król muzyki pop , Michael Jackson.  Po kilku niewątpliwie wspaniałych utworach przychodzi czas na Twoją perełkę. Powoli, jakby ospale, rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „You Are Not Alone”, a za Tobą już płonie tysiące małych światełek. Michael w swoich złotych spodniach, białej, trochę obcisłej, koszulce i czarnej, prześwitującej i uwodzicielsko rozpiętej koszuli zapewnia swoją wybrankę, że przecież „nie jest sama”. Zgodnie z koncertowym rytuałem za moment na scenie pojawi się kolejna szczęściara, która spędzi dwie bezcenne minuty ze swoim idolem, zanim ochroniarze delikatnie ściągną ją na ziemię. Zachodzisz w głowę, kim może być polska Lucky Girl, gdy nagle czujesz silnie obejmujące Cię męskie ramiona pracownika ochrony. Zaczynasz mu się wyrywać, bezmyślnie sądząc, że chce wyrzucić Cię z koncertu. Zamiast za siatką odgradzającą lotnisko, lądujesz na scenie twarzą w twarz z Twoim wyśnionym ideałem. Michael uśmiecha się niewinnie i wyciąga do Ciebie swoją dużą dłoń. Podejmujesz ją i delikatnie, by nie zrobić mu krzywdy, wtulasz się w niego. Uderza Cię słodki i kradnący świadomość zapach jego skóry. Starasz się nie zamoczyć jego ubrania, ale nie potrafisz powstrzymać żywego strumienia łez płynącego teraz po Twoich policzkach.  Czujesz jak on ostrożnie tańczy z Tobą w rytm muzyki. Po chwili odsuwa Cię delikatnie od siebie i klęka wciąż śpiewając Twoją ukochaną piosenkę. Podchodzisz do niego ponownie i znów wtulasz się w jego, dające bezpieczeństwo, ramiona. Widzisz, że zasłania ręką czarny mikrofon i nachyla się nad Tobą, by wyszeptać Ci coś wprost do ucha.
- Uśmiechnij się, kochanie – mówi z tym zabawnym, brytyjskim akcentem, gdy Twoje ciało przechodzi nieoczekiwany dreszcz. – Do zobaczenia…
Czujesz, że piosenka dobiega końca, a z boku sceny pojawia się dwóch muskularnych ochroniarzy. Łzy nie przestają żłobić w Twojej twarzy słonych bruzd. Nie sprzeciwiasz się i pozwalasz, by mężczyźni zabrali Cię ze sceny. Ulegasz natłokowi emocji i mdlejesz w ich ramionach…
*
Budzi Cię pobudzający, słodkawy zapach perfum Black Orchid, który znasz na pamięć. Powoli otwierasz oczu, usilnie próbując sobie przypomnieć gdzie jesteś i co się wydarzyło. Kiedy już zdajesz sobie sprawę, że siedzisz w garderobie samego Michaela Jacksona, z wrażenia ponownie musisz usiąść. Nagle, za Twoimi plecami, rozlega się sympatyczny, dźwięczny głos:
- Uważaj, kochanie. Nie chciałbym, żebyś znów mi tutaj zemdlała…
Michael podchodzi do Ciebie i swoją męską ręką unosi Twoją brodę, by spojrzeć Ci w oczy.
- Może młoda dama zechciałaby mi się przedstawić? Ja jestem Michael.
- Mam  na imię [Y/N]… - odzywasz się nieśmiało, gdy czujesz, że jego aksamitne usta subtelnie muskają wierzch Twojej drżącej dłoni.
- Bardzo mi miło, [Y/N]. Masz przepiękne imię. Długo już mieszkasz w tym cudownym kraju?
- Od urodzenia. Chociaż nie powiedziałabym, żeby żyło się tu „cudownie” – odpowiadasz, dziękując sobie w duchu za przykładną naukę języka angielskiego w ciągu tych dwudziestu pięciu lat swojego życia.
- Dlaczego tak sądzisz, [Y/N]? Jak dla mnie Polska jest niesamowita. Ludzie tutaj darzą innych taką wielką miłością, jakiej nie spotkałem dotąd nigdzie indziej. A musisz wiedzieć, że byłem już chyba wszędzie. Nigdzie nie czułem tak wiele pozytywnej energii…
- To bardzo miłe, co mówisz. Mogłabym mieć do Ciebie jedno pytanie?
- Jasne, pytaj o co chcesz – uśmiecha się życzliwie. – Gdzież moje maniery?! Napijesz się czegoś? Może soku? Z tym, że mam tutaj tylko sok p…
- … pomarańczowy – odwzajemniasz uśmiech. – Z przyjemnością.
- Och, no tak. Zapomniałem, że wiesz o mnie dużo więcej, niż ja o Tobie.
Odchodzi by nalać napoju do dwóch szklanek, a Ty nie możesz powstrzymać się od powiedzenia wzrokiem za jego zgrabnymi pośladkami, na których opięty jest złoty materiał spodni. Kiedy wraca, skrzętnie próbujesz ukryć rumieniec, który bezwstydnie wpełzł na Twoje policzki. Michael zauważa go, jednak nie daje Ci tego poznać. Ponownie siada wręczając Ci orzeźwiający sok pomarańczowy. Prosi, byś opowiedziała mu coś o sobie, a gdy spełniasz jego prośbę, zza drzwi dochodzi pukanie zniecierpliwionego ochroniarza.
- Jeszcze minutkę, Spike.
Dociera do Ciebie, że za chwilę, spotkanie z idolem dobiegnie końca, a cudowna iluzja pryśnie niczym bajka mydlana. Jednocześnie czujesz, jak Michael ujmuje Twoje dłonie i ponownie, tak jak wtedy na scenie, szepcze do Ciebie:
- Ponieważ bardzo Cię polubiłem, [Y/N], zdradzę Ci pewien sekret. Musisz mi jednak obiecać, że nikt się o nim nie dowie, przynajmniej na razie. Mogę Ci zaufać?
Powoli kiwasz głową, bo nie jesteś pewna, jakiej natury tajemnica zostanie Ci za chwilę powierzona. Kiedy widzisz intrygujący uśmiech pana swoich snów, wszystkie niepewności bezszelestnie odpływają.
- Chciałbym kupić rezydencję w Polsce i pewnego dnia tutaj zamieszkać… Teraz niestety będę musiał wyjechać, żeby dokończyć trasę, ale niedługo wrócę i wtedy rozejrzę się za odpowiednim miejscem. Chciałabyś mi towarzyszyć?
Ponownie potakujesz, nie wierząc we własne szczęście. Michael prosi Cię o zapisanie Twojego numeru telefonu na niewielkiej karteczce z wizerunkiem chłopca siedzącego na księżycu, emblematem Neverlandu. Wtedy nadchodzi czas pożegnania. Patrzysz na mężczyznę stojącego przed Tobą  i pytasz, nieśmiało patrząc w jego czekoladowe oczy
- Mam jedno pytanie… Dlaczego ja?
- Jesteś wyjątkowa, [Y/N]. Czy masz do mnie jakąś prośbę, zanim jeszcze się rozstaniemy?
- Tak… uhm… Mógłbyś… mnie przytulić?
- Och… - nie wydaje się być zakłopotany. – Mogę dać Ci coś więcej.
Spostrzegasz, że powoli nachyla się nad Tobą, a jego duża dłoń ostrożnie dotyka Twojej talii. Składa na Twoich ustach czuły, pełen pasji pocałunek, uśmiechając się przy tym błogo.
- Naprawdę musimy się już pożegnać. Uśmiechnij się, kochanie. Do zobaczenia…

piątek, 16 sierpnia 2013

Kochani!

W najbliższym tygodniu nie opublikuję żadnej notki. Jest to spowodowane nieznaczną usterką mojego komputera, który będzie musiał niestety spędzić siedem dni w naprawie. Chciałam Was za to serdecznie przeprosić, jak również za chaos, który ostatnio zapanował na moim blogu. Kolejność postów już jest prawidłowa. Mam nadzieję, że nie stracicie do mnie cierpliwości.

It's all for L.O.V.E.
Liberian_Girl