Siedzieli w, nieprzerwanej od kilkunastu minut, ciszy, spokojnie popijając wciąż gorącą herbatę przygotowaną przez Lu Lu. Pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno temu leżała w szpitalu z niewielkimi szansami na przeżycie, a teraz była tu, cała i zdrowa, choć jeszcze trochę słaba. Ciągle czuła się nieswojo w towarzystwie mężczyzn, jednak wiedziała, że była mu winna wyjaśnienia. Nie wiedząc, od czego właściwie powinna zacząć, nerwowo mięła smukłymi palcami haftowaną w kwiaty śliwy chusteczkę. Spoglądała na niego niepewnie swoimi ciemnymi, orientalnymi oczyma zupełnie zdezorientowana. Jej przyspieszony oddech, ledwie słyszalny wśród przestrzeni pokoju spowodowany był szybkim, ale miarowym biciem jej młodego serca. By sprawić wrażenie odrobinę zrelaksowanej, upiła łyk gorzkiego napoju z porcelanowej filiżanki, ozdobionej złotym wzorem tuż przy krawędzi. Musiała przyznać, że ten, kto kupił tę zastawę, miał wysublimowany smak i ciągoty do sztuki. Zresztą w tym domu było jej pełno. Idealne repliki dzieł największych malarzy, czy też rzeźby z marmuru wyglądające, jakby za chwilę miały ożyć, wykwitały w Neverlandzie na każdym kroku. Właściwie można by powiedzieć, że ranczo było swego rodzaju galerią sztuki, której największą i najcenniejszą atrakcją był jej właściciel. Postanowiła całkiem niewinnie odrobinę mu się poprzyglądać spod firanek gęstych rzęs. Siedział wyprostowany w miękkim fotelu zrobionym z aksamitnego, białego materiału, o hebanowych nogach. Męskie dłonie ułożył na umięśnionych udach odzianych w czarne spodnie. Czerwona, flanelowa koszula z perfekcyjnie wyprasowanym kołnierzykiem i mankietami układała się zgrabnie na jego szczupłym torsie i silnych ramionach. Czarne jak węgiel, proste włosy wywijały się lekko, jakby pamiętając swoją naturalną postać gęstych loków. Pełne, brzoskwiniowe usta, co jakiś czas przygryzane nerwowo, układały się w łagodny, ale niepewny uśmiech, a jego duże, czekoladowe oczy lśniły jakoś nietypowo. Biła od niego młodzieńcza energia i pomimo swoich czterdziestu czterech lat, wyglądał znakomicie. Poczuła, że alabastrowe dotąd policzki, zaczynają palić ją niepokojąco. Odgarnęła pasmo włosów za ucho i odchrząknęła nieznacznie.
- Hmm... Panie Jackson, chyba powinnam wszystko panu wyjaśnić... - powiedziała niewyraźnym głosem.
- Jeśli nie czujesz się gotowa, nie musisz mi o niczym opowiadać.
- Prawdopodobnie nigdy nie będę gotowa, a jeśli powiem o wszystkim teraz, może będzie mi łatwiej jakoś się pozbierać. Poza tym jestem to panu winna.
- Yù, nie jesteś mi niczego winna. Oczywiście wysłucham cię i spróbuję pomóc, w miarę moich możliwości.
- Wszystko zaczęło się od momentu, kiedy skończyłam sześć lat... - zaczęła swoją opowieść, kontrolując rekcje swojego jedynego słuchacza.- Gdy minęły moje mleczne lata, musiałam stale przebywać w izbie dla kobiet na piętrze. Nie wolno było mi wychodzić na zewnątrz, by nie zobaczył mnie żaden mężczyzna. Codziennie wstawałam wcześnie, uczyłam się kobiecych prac, żyłam pod kloszem. Jedynymi osobami z poza domu, z którymi mogłam utrzymywać kontakt, były dwie dziewczyny, wybrane na moje "przyjaciółki" przez rodziców. Obie pochodziły z równie zamożnych domów, a ich rodziciele wciąż żyli zasadami przeszłości. Miały krępowane stopy, na których ledwo się poruszały, ale matki wmówiły im, że dzięki temu będą piękniejsze. Mnie też to powtarzano, ale pewna swatka stwierdziła, że moje lilie są wyjątkowo małe z natury, dlatego nie trzeba ich krępować...
- Przecież praktyka krępowania stóp była popularna w XVII wieku, a dziś mamy 2002 rok! Jak to możliwe, że ten zwyczaj jeszcze funkcjonuje?
- W niektórych domach, gdzie mieszkają tradycjonalni Chińczycy, historia nie ustępuje miejsca nowoczesności. Jak mówiłam, miałam wiele szczęścia, ale wciąż pozostawałam w zamknięciu. Jedynym zajęciem, któremu oddawałam się z pasją, było czytanie... książek... - wstydziła się przyznać przed nim, że chodziło o romanse. - Coraz bardziej pogrążałam się w świat fikcji, aż wreszcie całkowicie się zatraciłam. Przestałam jeść, pić, normalnie funkcjonować... Wyglądałam jak cień człowieka. I wtedy właśnie zadzwoniła babunia Lu Lu z wielkiej Ameryki z zapytaniem, czy nie chciałabym jej odwiedzić. To dało mi niesamowitą energię i zachęciło do działania. Jak szalona zaczęłam studiować wszystkie podręczniki do nauki języka angielskiego i historii Stanów Zjednoczonych. Kiedy bliżej poznałam to miejsce, postanowiłam, że już nigdy nie wrócę do Chin. Za wybłaganą zgodą rodziców wsiadłam do samolotu z biletem, który, czego nie byli świadomi, był tylko w jedną stronę. Przez całą drogę zastanawiałam się, czy aby właściwie postępuję, ale wtedy przypominałam sobie moją skrzętnie planowaną przez ojca ceremonię zaślubin z Pingiem Shou, jednym z najbogatszych ludzi w Pekinie. Nie potrafiłam wyobrazić sobie życia u boku człowieka, dla którego liczą się tylko pieniądze. Gdy wreszcie wylądowałam, ponownie ogarnęły mnie wątpliwości i wtedy coś we mnie pękło. Zaczęłam żałośnie płakać nad swoją bezmyślnością i w duchu przepraszać rodziców za moje nieposłuszeństwo, którym przynoszę hańbę rodzinie. Zjawiłam się w tym domu jako ktoś zupełnie obcy, a pan przyjął mnie pod swój dach, jak członka rodziny. Do tego spotkanie z pana siostrą... Wtedy zrozumiałam, że dręczące mnie wyrzuty sumienia są bezpodstawne. Nareszcie pojęłam, że nie muszę być niczyją rzeczą do pomiatania, bo mam takie same prawa jak inni ludzie.
- Więc dlaczego...? - słowa uwięzły mu w gardle.
- Dlaczego próbowałam się zabić? Bo dotarło do mnie, że nawet jeśli spełnię swoje marzenia, nigdy nie spotkam nikogo, kto by mnie... pokochał - dodała szeptem. - Czułam, że nikomu na mnie nie zależy i właściwie, gdy odejdę, wszyscy poczują ulgę.
- Taka myśl nie powinna nawet pojawić się w twojej głowie, a co dopiero popchnąć cię do takiego kroku... Twoja babcia mało nie wypłakała oczu, kiedy byłaś w śpiączce... Wszyscy się martwiliśmy...
- Pan też się martwił? - spytała niepewnie.
- Oczywiście, że tak! Czuję się za ciebie równie odpowiedzialny... Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało, Yù.
- Och... To bardzo... szlachetne.
- To naturalne. Może lepiej zakończmy ten przykry temat. Ale najpierw musisz mi coś obiecać...
- Oczywiście, panie Jackson.
- Obiecaj mi, że już nigdy nie spróbujesz odebrać sobie życia.
- Obiecuję...
Michael odstawił łagodnie do połowy pełną filiżankę i wstał z eleganckiego fotela. Zbliżył się do dziewczyny, po czym podał jej rękę i pomógł się podnieść. Chwilę potem zamknął ją w delikatnym uścisku, głęboko wdychając kwiatowy zapach jej skóry. Ona wtuliła się w jego pierś i na ten krótki moment zapomniała o wszystkim, co do tej pory ją spotkało.
- Trzymam cię za słowo...
niedziela, 13 października 2013
piątek, 11 października 2013
Nefrytowe Serce_8
Jak wiele modlitw wzniesionych przez jego smutny głos do Najwyższego potrzeba, by stał się cud? Cierpiał szczerze patrząc na jej bezwładne, wyblakłe ciało przykryte białą, szpitalną kołdrą, która zdawała się ją przygniatać swoim ciężarem. Zimna aparatura stale podtrzymywała ją przy życiu, a lekarze nie dawali wielkich nadziei. Dawka valium jaką zmieszała z alkoholem nie pozostawiała żadnych szans, można więc było tylko odliczać godziny, bądź minuty jakie jej zostały. Wbrew wszystkim dookoła tkwił on wciąż przy jej łóżku, obejmując prawie przezroczystą, słabą dłoń. Sprawę ułatwiało to, że przebywali w prywatnej klinice, dlatego nie obawiał się, iż fani mogliby go tu odnaleźć. Nie mógł przecież pozwolić, by ktokolwiek zakłócał spokój tej dziewczynie, przez co nawet pielęgniarki, jeśli nie musiały zmieniać kroplówki, opuszczały salę. Yù leżała tu sama, a pomieszczenie, mimo najlepszych udogodnień i dość pogodnego wystroju miało w sobie coś ponurego. Zasłonki, pościel, a nawet meble przesiąknięte były zapachem choroby i śmierci. Wdychał tę woń przez cały czas, aż wreszcie poczuł jak pali wnętrze jego płuc. Pamięcią wrócił do chwili, gdy sam leżał na oddziale poparzeń wraz z innymi chorymi. Cierpiał katusze, a kiedy udało mu się częściowo powrócić do zdrowia, wspomógł szpital i pacjentów, którzy zmagali się z tymi samymi problemami, co on. Jednak w prasie pisano wyłącznie o zdjęciu w komorze tlenowej - jego podarunku dla kliniki. Dlaczego w mediach nigdy nie publikowano prawdy, a jedynie jej mocno zniekształcone oblicze. Uznawano go za dziwaka, nawet jeśli to, co robił, było całkowicie ludzkie. Każdy miał prawo do popełniania błędów, ale to jemu były one w nieskończoność wypominane. W jaki sposób tym razem postąpił niewłaściwie? Dlaczego ta pełna radości, piękna dziewczyna leżała teraz na granicy życia i śmierci w zimnym łóżku, czekając na uwolnienie od ziemskiego ciała? Pragnął jej pomóc w jakikolwiek sposób, ale jedynym, co mógłby teraz zrobić, był śpiew.
- Hold my hand...yeah... Baby I promise, That I'll do all I can...Things will get better If you just hold my hand... Nothing can come between us if you just hold, hold my... hold my... hold my hand...
Jego melodyjny, jedwabisty głos wybrzmiewał głęboko pośród szarych ścian sali. Tak wiele uczuć szukało ujścia, a słowa same wypływały z jego ust. Ta piosenka była wołaniem o pomoc, o przebudzenie... o miłość. Pojedyncza łza swobodnie spływała po rysującej się wyraźnie kości policzkowej, a czekoladowe oczy szkliły się niewyraźnie. Nagle, jakby coś wyrwało go z nieznanego transu. Wydawało mu się, że przez ułamek sekundy poczuł, jak zimna dłoń słabo ściska jego rękę. Przetarł oczy i spojrzał zdziwiony na śpiącą ciągle Yù. Nie dostrzegł w jej zastygłym obliczu nawet najmniejszej różnicy, dlatego uznał, że to wszystko było wyłącznie wytworem jego wyobraźni... Powrócił więc do cichego nucenia piosenki, która, miał wrażenie, łagodziła jego ból. Pojedyncze nuty układały się w melodię, nad którą jeszcze nie tak dawno pracował w studiu. Łagodne takty wprowadzały go ponownie w stan otępienia. Cóż to?! Znów poczuł uścisk, tym razem odrobinę wyraźniej. Nie mógł się mylić. Nacisnął dzwonek przy łóżku pacjentki, a już po chwili pojawiła się schludnie ubrana pielęgniarka. Uśmiechnęła się do niego współczująco, jakby już wiedziała, co chciał powiedzieć, dodatkowo zbytnio w to nie wierząc. Poprawiła poduszkę "śpiącej królewny" i wtedy dopiero oboje zobaczyli to, czego na pewno się nie spodziewali. Powieki dziewczyny zaczęły delikatnie drgać, by ostatecznie podnieść się do połowy, i choć częściowo odsłonić jej bursztynowe teraz oczy. Po policzku Michaela znów popłynęła łza... Jej usta poruszały się w niemej prośbie o pomoc, a smukłe palce lekko zaciskały się na dłoni mężczyzny.
- Nic nie mów... Musisz teraz odpoczywać - powiedziała pielęgniarka głosem przyjemnym, jednak nie znoszącym sprzeciwu.
- Teraz już musi być dobrze, Yù...
- Hold my hand...yeah... Baby I promise, That I'll do all I can...Things will get better If you just hold my hand... Nothing can come between us if you just hold, hold my... hold my... hold my hand...
Jego melodyjny, jedwabisty głos wybrzmiewał głęboko pośród szarych ścian sali. Tak wiele uczuć szukało ujścia, a słowa same wypływały z jego ust. Ta piosenka była wołaniem o pomoc, o przebudzenie... o miłość. Pojedyncza łza swobodnie spływała po rysującej się wyraźnie kości policzkowej, a czekoladowe oczy szkliły się niewyraźnie. Nagle, jakby coś wyrwało go z nieznanego transu. Wydawało mu się, że przez ułamek sekundy poczuł, jak zimna dłoń słabo ściska jego rękę. Przetarł oczy i spojrzał zdziwiony na śpiącą ciągle Yù. Nie dostrzegł w jej zastygłym obliczu nawet najmniejszej różnicy, dlatego uznał, że to wszystko było wyłącznie wytworem jego wyobraźni... Powrócił więc do cichego nucenia piosenki, która, miał wrażenie, łagodziła jego ból. Pojedyncze nuty układały się w melodię, nad którą jeszcze nie tak dawno pracował w studiu. Łagodne takty wprowadzały go ponownie w stan otępienia. Cóż to?! Znów poczuł uścisk, tym razem odrobinę wyraźniej. Nie mógł się mylić. Nacisnął dzwonek przy łóżku pacjentki, a już po chwili pojawiła się schludnie ubrana pielęgniarka. Uśmiechnęła się do niego współczująco, jakby już wiedziała, co chciał powiedzieć, dodatkowo zbytnio w to nie wierząc. Poprawiła poduszkę "śpiącej królewny" i wtedy dopiero oboje zobaczyli to, czego na pewno się nie spodziewali. Powieki dziewczyny zaczęły delikatnie drgać, by ostatecznie podnieść się do połowy, i choć częściowo odsłonić jej bursztynowe teraz oczy. Po policzku Michaela znów popłynęła łza... Jej usta poruszały się w niemej prośbie o pomoc, a smukłe palce lekko zaciskały się na dłoni mężczyzny.
- Nic nie mów... Musisz teraz odpoczywać - powiedziała pielęgniarka głosem przyjemnym, jednak nie znoszącym sprzeciwu.
- Teraz już musi być dobrze, Yù...
środa, 9 października 2013
Nefrytowe Serce_7
Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Nawet nie wiecie jak wiele to dla mnie znaczy... Przepraszam, że nie odpowiedziałam na Wasze prośby i nie opublikowałam tej części wcześniej, jednak inne zobowiązania mi na to nie pozwoliły. Jeszcze raz dziękuję Wam serdecznie i życzę miłej lektury :)
Z muzyką wszystko stawało się prostsze. Melodia, którą właśnie tworzył po raz pierwszy zabrzmiała w jego głowie dzisiejszego ranka. Przez lata pracy nauczył się rozpoznawać bezwartościowe fragmenty nucone pod nosem, od naprawdę ambitnych nut mogących stworzyć zgrabną całość. Był już bliski stworzenia pierwszej wersji piosenki, której tekst leżał spisany na kawałku białej chusteczki. Spojrzał bezwiednie na swoją szczęśliwą bransoletkę okalającą jego lewy przegub i myśli mimowolnie popłynęły w kierunku jego słodkich aniołków. Pewnie spędzały teraz czas z Yù, grając w szachy w bibliotece, lub też czytając książki na dywanie w przestronnym salonie. Postanowił dokończyć kompozycję później i dołączyć do maluchów, wcześniej ukrywszy słowa utworu w kieszeni czarnych spodni. Dziarskim krokiem ruszył w kierunku salonu, zdecydowawszy najpierw zahaczyć o swoją sypialnię i zabrać z niej telefon. Gdy mijał pokój, w którym od czas przyjazdu do Stanów mieszkała młoda Chinka, coś podkusiło go, by zapukać do drzwi. Nie usłyszawszy odpowiedzi, nacisnął klamkę i zajrzał do środka. Wszystko było w całkowitym porządku, jednak ciągle czuł się nieswojo, mimo iż nie potrafił określić przyczyny niepokojących go myśli. Dziewczyna leżała na idealnie zaścielonym łóżku, a jej bieluteńka ręka opadła bezwładnie na podłogę muskając koniuszkami palców puszysty dywan w kolorze indygo. Wyglądała zjawiskowo i gdyby nie powoli unosząca się klatka piersiowa, mógłby pomyśleć, że widzi starogrecki posąg bogini olimpijskiej. Uśmiechnął się podziwiając jej niepodważalną urodę, gdy złe przeczucia powtórnie ukuły jego serce. Ze śpiącej piękności przeniósł swój wzrok na nakryty kremowym obrusem, drewniany stolik w rogu pokoju. Kilkanaście tabletek wciąż leżało w nieładzie, a szklanka z resztką alkoholu była jedynym światkiem odegranej tutaj tragedii. To niemożliwe! Na moment wstrzymał oddech, starając się przywrócić swoim kończynom odrobinę siły. Podbiegł do dziewczyny i palcami delikatnie podniósł jej powieki. Spod nich patrzyła na niego para ciemnobrązowych, martwych oczu, które tajemnice ich właścicielki zabrały ze sobą na zawsze. Energicznie przeszukiwał kieszenie w poszukiwaniu telefonu, a gdy wreszcie go znalazł, wykręcił numer alarmowy... Jak to możliwe, że w prywatnej klinice zabrakło karetki! W myślach przeklinał służbę zdrowia, po czym chwycił w ramiona jej wiotkie, delikatne ciało i przytulił do piersi. Schody nie stanowiły przeszkody. Zbiegł po dwa stopnie i już po chwili był na dole. Przestała oddychać. Czas płynął nieubłaganie. Czy zdąży? Pomruk silnika. Pisk opon. A co jeśli się nie uda? Pędził jak oszalały i nic nie było w stanie go powstrzymać.
- Jeszcze tylko chwila... Proszę cię, Yù, wytrzymaj!
- Lu Lu...
Usłyszała cichy szept dobiegający z drugiego końca szpitalnej salki. Zmusiła się do oderwania wzroku od zmaltretowanego cierpieniem ciała i spojrzała na postać wypowiadającą jej imię. Dostrzegła mężczyznę ubranego w bezkształtny szary sweter i czarne rozciągnięte spodnie. Jego sięgające do ramion włosy rozwiane wiatrem pozostały w nieznacznym nieładzie, a zaczerwienione oczy błyszczały smutno. Nieśmiało podszedł do starszej kobiety i położył jej dużą dłoń na ramieniu, starając się ją pocieszyć
- Lu Lu... Powinnaś się trochę zdrzemnąć. Ben odwiezie cię do domu, a ja tu z nią zostanę.
- Nie mogę jej tu tak zostawić...
- Wszystko będzie dobrze, zajmę się nią...
Kobieta niechętnie podniosła się, a jej zesztywniałe kości skrzypnęły cicho. Przeszła, jak duch pozostawiając za sobą widmo strachu i smutku. On po cichu, jakby bojąc się popełnić fałszywy ruch, zajął jej miejsce obok łóżka dziewczyny. Dotknął delikatnie jej smukłych palców zakończonych bladoróżowymi paznokciami i zaczął swoją błagalną modlitwę...
Liberian_Girl
Z muzyką wszystko stawało się prostsze. Melodia, którą właśnie tworzył po raz pierwszy zabrzmiała w jego głowie dzisiejszego ranka. Przez lata pracy nauczył się rozpoznawać bezwartościowe fragmenty nucone pod nosem, od naprawdę ambitnych nut mogących stworzyć zgrabną całość. Był już bliski stworzenia pierwszej wersji piosenki, której tekst leżał spisany na kawałku białej chusteczki. Spojrzał bezwiednie na swoją szczęśliwą bransoletkę okalającą jego lewy przegub i myśli mimowolnie popłynęły w kierunku jego słodkich aniołków. Pewnie spędzały teraz czas z Yù, grając w szachy w bibliotece, lub też czytając książki na dywanie w przestronnym salonie. Postanowił dokończyć kompozycję później i dołączyć do maluchów, wcześniej ukrywszy słowa utworu w kieszeni czarnych spodni. Dziarskim krokiem ruszył w kierunku salonu, zdecydowawszy najpierw zahaczyć o swoją sypialnię i zabrać z niej telefon. Gdy mijał pokój, w którym od czas przyjazdu do Stanów mieszkała młoda Chinka, coś podkusiło go, by zapukać do drzwi. Nie usłyszawszy odpowiedzi, nacisnął klamkę i zajrzał do środka. Wszystko było w całkowitym porządku, jednak ciągle czuł się nieswojo, mimo iż nie potrafił określić przyczyny niepokojących go myśli. Dziewczyna leżała na idealnie zaścielonym łóżku, a jej bieluteńka ręka opadła bezwładnie na podłogę muskając koniuszkami palców puszysty dywan w kolorze indygo. Wyglądała zjawiskowo i gdyby nie powoli unosząca się klatka piersiowa, mógłby pomyśleć, że widzi starogrecki posąg bogini olimpijskiej. Uśmiechnął się podziwiając jej niepodważalną urodę, gdy złe przeczucia powtórnie ukuły jego serce. Ze śpiącej piękności przeniósł swój wzrok na nakryty kremowym obrusem, drewniany stolik w rogu pokoju. Kilkanaście tabletek wciąż leżało w nieładzie, a szklanka z resztką alkoholu była jedynym światkiem odegranej tutaj tragedii. To niemożliwe! Na moment wstrzymał oddech, starając się przywrócić swoim kończynom odrobinę siły. Podbiegł do dziewczyny i palcami delikatnie podniósł jej powieki. Spod nich patrzyła na niego para ciemnobrązowych, martwych oczu, które tajemnice ich właścicielki zabrały ze sobą na zawsze. Energicznie przeszukiwał kieszenie w poszukiwaniu telefonu, a gdy wreszcie go znalazł, wykręcił numer alarmowy... Jak to możliwe, że w prywatnej klinice zabrakło karetki! W myślach przeklinał służbę zdrowia, po czym chwycił w ramiona jej wiotkie, delikatne ciało i przytulił do piersi. Schody nie stanowiły przeszkody. Zbiegł po dwa stopnie i już po chwili był na dole. Przestała oddychać. Czas płynął nieubłaganie. Czy zdąży? Pomruk silnika. Pisk opon. A co jeśli się nie uda? Pędził jak oszalały i nic nie było w stanie go powstrzymać.
- Jeszcze tylko chwila... Proszę cię, Yù, wytrzymaj!
*
Ile jeszcze nieszczęść będzie musiało wydarzyć się w jej rodzinie, by przodkowie zesłali im choć odrobinę błogosławieństwa. Siedziała przygarbiona z zapłakaną twarzą pociętą zmarszczkami, a mimo to wciąż piękną. W pomarszczonych rękach trzymała śmiertelnie białą dłoń ukochanej wnuczki. Jak wiele czasu minęło, odkąd tu przebywa? Może godzina, może dzień, może miesiąc... A może cały rok... Gdyby tylko była w stanie tchnąć życie w to drobne ciałko i wyrwać ją z szponów okrutnej kostuchy. Śmierć nie ominie nikogo, tylko dlaczego nie mogłaby jeszcze poczekać. Serduszko miało przed sobą jeszcze wiele lat smutków i trosk, a także wspaniałości losu. I nagle to wszystko musiało zostać tak drastycznie przerwane... Krajało się jej stare serce na samą myśl o ziemi, która niedługo pochłonie jej alabastrową figurę i pozostawi tylko gorzki żal. Spojrzała na jej zamknięte powieki kryjące najbardziej przeszywające oczy w całych Chinach... tak podobne do jej własnych. Czy to zabiła ją głośna i dzika Ameryka, czy też reżim jej własnego umysłu? To niemożliwe. Za dużo w tej małej było siły i wiary, podobnie jak w niej, gdy pojęła jakie jest jej przeznaczenie.- Lu Lu...
Usłyszała cichy szept dobiegający z drugiego końca szpitalnej salki. Zmusiła się do oderwania wzroku od zmaltretowanego cierpieniem ciała i spojrzała na postać wypowiadającą jej imię. Dostrzegła mężczyznę ubranego w bezkształtny szary sweter i czarne rozciągnięte spodnie. Jego sięgające do ramion włosy rozwiane wiatrem pozostały w nieznacznym nieładzie, a zaczerwienione oczy błyszczały smutno. Nieśmiało podszedł do starszej kobiety i położył jej dużą dłoń na ramieniu, starając się ją pocieszyć
- Lu Lu... Powinnaś się trochę zdrzemnąć. Ben odwiezie cię do domu, a ja tu z nią zostanę.
- Nie mogę jej tu tak zostawić...
- Wszystko będzie dobrze, zajmę się nią...
Kobieta niechętnie podniosła się, a jej zesztywniałe kości skrzypnęły cicho. Przeszła, jak duch pozostawiając za sobą widmo strachu i smutku. On po cichu, jakby bojąc się popełnić fałszywy ruch, zajął jej miejsce obok łóżka dziewczyny. Dotknął delikatnie jej smukłych palców zakończonych bladoróżowymi paznokciami i zaczął swoją błagalną modlitwę...
poniedziałek, 7 października 2013
Nefrytowe Serce_6
Siedziała spokojnie, łokciem podpierając blady policzek. Deszcz spłukiwał kolory z zaokiennego świata, pozostawiając jedynie smutne odcienie szarości. Pojedyncze krople rysowały na szybie niewypowiedziane na głos pragnienia jej młodego serca. Czego więcej mogła oczekiwać od losu? Całe życie, które spędziła zamknięta w izbie dla kobiet, na piętrze przestronnego domu w Pekinie odbijało się echem na jej charakterze. Była ogromnie wdzięczna panu Jacksonowi za przyjęcie jej pod swój dach, mimo iż tak naprawdę była tu zbędna, jednak nie potrafiła mu podziękować. Zbyt bardzo obawiała się choćby przybywania w jego towarzystwie, gdyż od najmłodszych lat jedynym mężczyzną, z którym utrzymywała bliższy kontakt, był jej ojciec. Nie pozwalano, by, do momentu zaręczyn, zobaczył ją jakikolwiek chłopiec. Musiała być czysta i nieskalana niczyimi brudnymi myślami wchodząc do rodziny męża. Jej rodzice troskliwie i z determinacją tego pilnowali, dlatego tak niewiele wiedziała o relacjach damsko-męskich. Gdy nie szydełkowała lub nie haftowała, poświęcała się namiętnie czytaniu romansów. Przez nie zaczęła interesować się aspektem miłości dwojga ludzi, co w pewnym momencie doprowadziło ją do skrajnego załamania, z którym prze dłuższy czas nie potrafiła sobie poradzić. Jak to możliwe, że tęskniła za czymś, czego nigdy nie doświadczyła? Nie spotkała w swoim życiu nikogo, komu mogłaby oddać swoje serce, a mimo to miłość do tego "kogoś" zabijała ją każdego dnia. Między bladymi placami przewracała jedną z wielu leżących na rubinowym obrusie białych tabletek. Przyglądała jej się uważnie z każdej strony, a opuszkiem delikatnie pogładziła literę V wyrytą w jej gładkiej powierzchni. To przecież tylko ułamek sekundy i będzie po wszystkim. Nie zostawi listu, bo i tak nikt by go nie przeczytał. Byłoby to wręcz niedorzeczne zajmować swoim bliskim czas tak błahą sprawą... To nie będzie bolało. Po prostu zaśnie i już żadne zło tego świata ani niemoc jego mieszkańców więcej jej nie zbudzi. Skoro to było takie proste, to dlaczego nie potrafiła wykonać tego ostatecznego kroku? Drżącą dłonią ujęła szklankę wódki podkradzionej z barku gospodarza wczesnym rankiem, do której po chwili wrzuciła około 10 tabletek valium. Pozostało jej już tylko wypić zdrowie domowników. Zdecydowanym ruchem przytknęła szklany brzeg do karminowych ust i przechyliła. Bezbarwna strużka trucizny spłynęła po jej podbródku... Otarła ją wierzchem gładkiej dłoni i ułożyła się na łóżku. Zamknęła powieki, by zasnąć snem nieprzerwanym...
sobota, 5 października 2013
Moi Drodzy!
Serdecznie dziękuję Wam za wszystkie komentarze! To takie budujące, gdy widzę, że nie piszę sama dla siebie. Nie macie pojęcia, jak bardzo motywujecie mnie do działania <3 Najbliższa notka ukaże się prawdopodobnie dopiero we wtorek, za co chciałabym Was bardzo przeprosić. Opóźnienie to spowodowane jest tymczasowym nawałem obowiązków. Muszę dodać, że od 15 do 18 października będę nieobecna. Przed tym terminem postaram się dodać jedną dodatkową notkę w ramach rekompensaty :) Mam nadzieję, że nie stracicie do mnie cierpliwości :)
Much L.O.V.E.
Liberian_Girl
spójrzcie na te brewki ;) "Jestem bardzo nieśmiały". Jasne Michael, jaaasne... <3
wtorek, 1 października 2013
Nefrytowe Serce_5
Dopiero teraz zastanawiał się, czy zaproszenie tutaj Janet było dobrym pomysłem. Oczywiście kochał swoją siostrę i pragnął widywać się z nią jak najczęściej, ale idea poznania jej z Yù Xīn chyba nie do końca została przemyślana. Dunk należy do osób bardzo żywiołowych i nieowijających w bawełnę. Wciąż miewała głupie pomysły, mimo swoich 37 lat i ciężkiego bagażu życiowych doświadczeń. Nie dziwiło go to zupełnie. W końcu byli ze sobą spokrewnieni! Czy zbytnio nie zdemoralizuje niewinnej dziewczyny? Po cichu liczył na to, że nastolatka, pod wpływem Jan, odrobinę się otworzy i zacznie z nim rozmawiać. Mieszkali pod jednym dachem już od miesiąca, a ona potrafiła odpowiadać mu jedynie na prozaiczne pytania. Nie wiedział, czym spowodowana była jej nieśmiałość, co bardzo go nurtowało. Lu Lu starała się tłumaczyć zachowanie wnuczki wychowaniem otrzymanym w konserwatywnej rodzinie, jednak nie był co do tego w pełni przekonany. Siedząc w swoim małym studiu nagraniowym, relaksował się przy dźwiękach kompozycji Beethovena i pozwalał myślom odpłynąć w nieznanym kierunku. Prawdą było, że młoda Chinka należała do osób niezwykle skrytych, lecz mimo całego jej chłodu, dzieci ją uwielbiały. Mała Paris codziennie rano siadała obok dziewczyny, w tej samej pozycji, i dosyć nieporadnie, rozczesywała swoje miodowe loczki, w które potem opiekunka wpinała błyszczące spinki lub świeże kwiaty zebrane z samego rana w ogrodzie. Prince natomiast nie odstępował jej na krok. Przy każdej możliwej okazji trzymał się jej alabastrowej dłoni, a jego ulubionym zajęciem stało się wylegiwanie na jej kolanach, podczas gdy ona gładziła jego platynowe włoski. Najrzadziej spędzała czas z Blanketem, gdyż Michael sam nie odstępował synka na krok. Podejrzewał, że to właśnie z jego powodu nie chciała bawić się z malcem. Jego domysły przerwało kwilenie chłopca z ustawionej pod oknem, białej kołyski. Ojciec podszedł do niewielkiego łóżeczka i naychił się nad swoim drogocennym skarbem. Mały, gdy tylko rozpoznał sylwetkę taty, ukazał pojedynczy ząbek w rozbrajającym, niewinnym uśmiechu i wymachiwał drobnymi piąsteczkami, domagając się wzięcia na ręce. Jak można było się łatwo domyślić, ta prośba także została szybko spełniona. Mężczyzna troskliwie owinął dziecko kocykiem i uniósł wysoko do góry. Pokój nagrań natychmiast wypełnił dziecięcy chichot, naprzemienny z zaraźliwym śmiechem Michaela. Tańczył, bezpiecznie tuląc chłopca w swoich silnych ramionach, nie zważając na otaczający go świat. I może gdyby na chwilę się odwrócił, dostrzegłby obserwującą go, ukrytą w cieniu, postać...
- Bardzo miło mi cię poznać, Yù Xīn . Mój brat co nieco mi o tobie opowiadał. Ja mam na imię Janet.
Dziewczyna niepewnie pokłoniła się nieznajomej i z drżącym sercem oczekiwała na dalsze słowa.
- Może miałabyś ochotę trochę mi o sobie powiedzieć? - zapytała Jan, uśmiechając się jak najbardziej przekonująco.
- Nie zwykłam opowiadać swojej historii. Kogo mogłaby ona obchodzić? Jestem tylko zwykłą dziewczyną.
- Każdy z nas przeżył coś, o czym warto jest mówić. Poza tym, mnie obchodzi.
- Skoro pani nalega...
- Mów mi po prostu Janet - ponownie posłała młodej urzekający uśmiech - tajną broń Jacksonów.
- Wolałabym pozostać przy oficjalnej formie. Szanuję panią, dlatego nie mam prawa zwracać się do pani po imieniu.
- Kochanie, żyjemy w XXI wieku. Nie musisz bać się postępu i zmian.
- Zmiany nigdy nie przynoszą nic dobrego. Więc jeśli pani pozwoli, będę wierna zasadom, które przyswajałam od dzieciństwa.
- Posłuchaj, gdybym to ja żyła w cieniu dawno już nieobowiązujących zasad, nie byłabym dziś tym kim jestem. Dzięki temu, że nie bałam się złamać kilku reguł, mogę robić to, co kocham. A ty co chciałabyś robić w przyszłości?
- Być dobrą żoną, matką i synową, by nie przynosić hańby mojej rodzinie - odpowiedziała z pokorą.
- Nie pytałam o to, czego nauczono cię pożądać, ale o to, czego naprawdę pragniesz.
- To moje jedyne pragnienie. Czy mogę już odejść?
- Zastanów się nad tym proszę i nie zmarnuj szansy, jaką dają ci Stany. To jedyne takie miejsce, gdzie marzenia się spełniają...
- Dziękuję za tę drogocenną radę pani Jackson. Zapamiętam ją.
Ponownie skłoniła się w geście szacunku i, lekko jak zwinna łania, opuściła salon. Janet westchnęła głęboko, na co, jak na zawołanie pojawił się jej ukochany brat z gaworzącym dzieckiem na rękach.
- I jak? Udało ci się z nią porozmawiać? - zapytał, nie kryjąc troski.
- Wydaje mi się, że niewiele do niej dotarło. Czas pokaże. Tymczasem pokaż mi tego przystojnego dżentelmena.
Wyciągnęła ramiona, by przejąć Blanketa. Podrzucała go delikatnie, a brzdąc ponownie zanosił się od słodkiego śmiechu. Michael uśmiechał się dobrotliwie, nie mogąc wyjść z podziwu dla młodszej siostry, która pomimo tylu trudności, zaszła w życiu tak daleko. Przepełniała go duma...
- Nie mogę w to uwierzyć. Blatket to cały ty, Michael! On jest po prostu twoją miniaturą.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo go kocham. Tak samo Princa i Paris. Nie wyobrażam sobie bez nich mojego życia.
- A może już przyszedł czas, by ktoś jeszcze się w nim pojawił..? Dziadziejesz tu zupełnie - ukazała rząd śnieżnobiałych zębów.
- Dunk, proszę, skończ te insynuacje. Nie mogę teraz pozwolić sobie ta to, by ktoś ponownie zabawił się moim kosztem. Nie po raz kolejny...
- Lisa to już przeszłość, Mike. Nie możesz odpychać od siebie wszystkich kobiet, tylko dlatego, że boisz się odrzucenia.
- Dość, Janet. Teraz muszę poświęcić się dzieciom i fanom. Nic poza tym się dla mnie nie liczy.
Kobieta dała za wygraną i w geście pojednania podała mu malucha. Potem przytuliła go mocno na pożegnanie i powiedziała smutno:
- Trzymaj się braciszku...
*
Wszystko tu było takie inne, od tego, do czego przyzwyczaiło ją życie w Chinach. Stany Zjednoczone były azylem dla indywidualistów, dawały schronienie każdemu, kto go potrzebował i w zasadzie można tu było spotkać każdego. Sam fakt, iż jej droga babcia pracowała jako pomoc domowa u Michaela Jacksona , nasuwał wniosek, że tutaj wszystko stawało się możliwe. Tylko czy była na to gotowa? Starała się nie rozlać choćby kropli herbaty, którą niosła jako poczęstunek dla wyjątkowego gościa - siostry pana domu. Przystanęła tylko na chwilę, usłyszawszy przyjemną dla ucha oznakę radości. To, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Po raz pierwszy widziała mężczyznę, który z taką troską i miłością odnosił się do swojego dziecka. Ona, od najmłodszych lat, doświadczała czegoś zupełnie odwrotnego, ale nie pragnęła winić za to rodziców. W końcu była tylko bezużyteczną, bezwartościową dziewczynką. Czy jednak jej pan nie kochał swojej córki równie mocno, jak obu synów. To było dla niej nie do pojęcia. Całą siłą woli zmusiła się, by odejść spod drzwi studia nagrań i, po pokonaniu kilkunastu stopni, znaleźć się w salonie. Tam już czekała na nią piękna kobieta o promiennym uśmiechu. Nie mogła nie ulec wrażeniu, iż była damską wersją swojego starszego brata. Szczerze powiedziawszy, byli do siebie tak podobni, jak tylko może być rodzeństwo. Dziewczyna podeszła elegancko na swoich liliowych stópkach odzianych w najładniejsze, bladoróżowe pantofelki, wyszywane srebrną nicią. Jakież miała szczęście, urodzić się z tak maleńkimi stopami! Gdyby nie to, jej rodzice zapewne nie zawahaliby się użyć ciasnych bandaży i czerwonej fasoli znanej ze swej cudownej właściwości zmiękczania kości. Ku chwale przodków jej lilie nie wymagały krępacji. Ustawiła filiżankę przed gościem i już miała usunąć się na bok, oczekując dalszych poleceń, gdy kobieta wskazała jej gestem krzesło naprzeciwko siebie. Niechętnie przyjęła propozycję, nieprzyzwyczajona do takiej uprzejmości wobec swojej osoby. Usiadła prosto, zachowując wszystkie zasady dobrego wychowania, które przez osiemnaście lat wpajała jej matka i ciotki.- Bardzo miło mi cię poznać, Yù Xīn . Mój brat co nieco mi o tobie opowiadał. Ja mam na imię Janet.
Dziewczyna niepewnie pokłoniła się nieznajomej i z drżącym sercem oczekiwała na dalsze słowa.
- Może miałabyś ochotę trochę mi o sobie powiedzieć? - zapytała Jan, uśmiechając się jak najbardziej przekonująco.
- Nie zwykłam opowiadać swojej historii. Kogo mogłaby ona obchodzić? Jestem tylko zwykłą dziewczyną.
- Każdy z nas przeżył coś, o czym warto jest mówić. Poza tym, mnie obchodzi.
- Skoro pani nalega...
- Mów mi po prostu Janet - ponownie posłała młodej urzekający uśmiech - tajną broń Jacksonów.
- Wolałabym pozostać przy oficjalnej formie. Szanuję panią, dlatego nie mam prawa zwracać się do pani po imieniu.
- Kochanie, żyjemy w XXI wieku. Nie musisz bać się postępu i zmian.
- Zmiany nigdy nie przynoszą nic dobrego. Więc jeśli pani pozwoli, będę wierna zasadom, które przyswajałam od dzieciństwa.
- Posłuchaj, gdybym to ja żyła w cieniu dawno już nieobowiązujących zasad, nie byłabym dziś tym kim jestem. Dzięki temu, że nie bałam się złamać kilku reguł, mogę robić to, co kocham. A ty co chciałabyś robić w przyszłości?
- Być dobrą żoną, matką i synową, by nie przynosić hańby mojej rodzinie - odpowiedziała z pokorą.
- Nie pytałam o to, czego nauczono cię pożądać, ale o to, czego naprawdę pragniesz.
- To moje jedyne pragnienie. Czy mogę już odejść?
- Zastanów się nad tym proszę i nie zmarnuj szansy, jaką dają ci Stany. To jedyne takie miejsce, gdzie marzenia się spełniają...
- Dziękuję za tę drogocenną radę pani Jackson. Zapamiętam ją.
Ponownie skłoniła się w geście szacunku i, lekko jak zwinna łania, opuściła salon. Janet westchnęła głęboko, na co, jak na zawołanie pojawił się jej ukochany brat z gaworzącym dzieckiem na rękach.
- I jak? Udało ci się z nią porozmawiać? - zapytał, nie kryjąc troski.
- Wydaje mi się, że niewiele do niej dotarło. Czas pokaże. Tymczasem pokaż mi tego przystojnego dżentelmena.
Wyciągnęła ramiona, by przejąć Blanketa. Podrzucała go delikatnie, a brzdąc ponownie zanosił się od słodkiego śmiechu. Michael uśmiechał się dobrotliwie, nie mogąc wyjść z podziwu dla młodszej siostry, która pomimo tylu trudności, zaszła w życiu tak daleko. Przepełniała go duma...
- Nie mogę w to uwierzyć. Blatket to cały ty, Michael! On jest po prostu twoją miniaturą.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo go kocham. Tak samo Princa i Paris. Nie wyobrażam sobie bez nich mojego życia.
- A może już przyszedł czas, by ktoś jeszcze się w nim pojawił..? Dziadziejesz tu zupełnie - ukazała rząd śnieżnobiałych zębów.
- Dunk, proszę, skończ te insynuacje. Nie mogę teraz pozwolić sobie ta to, by ktoś ponownie zabawił się moim kosztem. Nie po raz kolejny...
- Lisa to już przeszłość, Mike. Nie możesz odpychać od siebie wszystkich kobiet, tylko dlatego, że boisz się odrzucenia.
- Dość, Janet. Teraz muszę poświęcić się dzieciom i fanom. Nic poza tym się dla mnie nie liczy.
Kobieta dała za wygraną i w geście pojednania podała mu malucha. Potem przytuliła go mocno na pożegnanie i powiedziała smutno:
- Trzymaj się braciszku...
sobota, 28 września 2013
Nefrytowe Serce_4
Minęły już dwa tygodnie, od kiedy po raz pierwszy zobaczył tę dziewczynę w swoim domu. Przez cały czas przemykała po korytarzach, niczym wiatr, tak delikatny, że nie słychać nawet najmniejszego szelestu w jego powiewie. Widywał ją najczęściej podczas posiłków, gdzie usłużnie podawała do stołu i zajmowała się domownikami. Dla jasności, nigdy nikt jej tego nie nakazywał, a kiedy on sam prosił, by usiadła i posiliła się z nimi, odmawiała niemym kręceniem głowy i znów wracała do swojej pracy. Gdzie podziewała się przez resztę dnia? Z tego, co udało mu się dowiedzieć od Lu Lu, Yù Xīn przesiadywała w swoim pokoju, zajmując się typowo kobiecymi zajęciami. Nie potrafił jej rozgryźć, a fakt ten wypalał go od środka. Szedł w zamyśleniu, powoli zmierzając do, znajdującej się na piętrze, bawialni. Miał nadzieję spotkać tam dzieci i spędzić z nimi trochę czasu, zanim znów zabierze się do pracy. Po wydaniu ostatniej płyty przyszedł czas na nowe przedsięwzięcia. Chciał spróbować swoich sił w reżyserowaniu, ponieważ marzył o tym od lat, jednak błyskotliwa kariera nie pozostawiała czasu na realizację tego pomysłu. Nogi zaniosły go aż pod sam próg pokoju przeznaczonego na spędzanie czasu w gronie rodziny. To tutaj zwykle zbierali się wszyscy odwiedzający jego bajkową posiadłość, by powspominać dawne czasy, pożartować i pobyć ze sobą blisko. Teraz coś go powstrzymało przed bezpretensjonalnym wejściem do środka. Nadstawił uszu, nasłuchując dobiegającą stamtąd rozmowę.
- Mieszkałaś w Chinach? - w dziecinnych słowach rozpoznał dociekliwego Princa.
- Tak. Urodziłam się w Pekinie, osiemnaście lat temu. Moi rodzice byli niepocieszeni, kiedy pojawiłam się na świecie, ale postanowili przyjąć ten kolejny już cios od losu z podniesionym wysoko czołem. Dlatego pozostawili mnie przy życiu i wychowali, za co jestem im dozgonnie wdzięczna.
Jej niewinny, melodyjny głos, tuszowany poprawnością w dobieraniu i wyrażaniu zdań dobiegał do jego uszu i wybrzmiewał w nich, powodując ciągłe odpływanie myślami. Mówiła jak mądry uczony, przy czym zachowywała całą swą skromność i szacunek do starszych.
- A dlaczego nie cieszyli się, kiedy się urodziłaś?
- Dziewczynka, która przychodzi na świat, jest przekleństwem dla całej rodziny. Rodzice pragną męskich potomków, którzy podtrzymają nazwisko rodu, a także będą opiekować się nimi, kiedy będą już w zaświatach. Tylko mężczyzna może przygotowywać obrządki na cześć przodków. Córki natomiast są istotami bezużytecznymi, ze względu na to, że gdy tylko osiągną odpowiedni wiek, a ich kobiece umiejętności znajdą się na wystarczającym poziomie, opuszczą rodzinny dom i na zawsze przestaną należeć do swoich rodziców. Ponadto wydanie panny za mąż wymaga przygotowania posagu.
- A co to jest to "posagu"? - tym razem usłyszał zaciekawiony głos Paris.
- To rzeczy, które panna młoda wnosi do małżeństwa. W jego skład wchodzi pościel, ubrania, często nawet zwierzęta i inne cenne przedmioty. To właśnie nad posagiem dziewczyna pracuje podczas swoich mlecznych lat. Szyje, haftuje, by nie przyjść do domu męża z pustymi rękami.
- A ty gdzie masz swój posag?
- Dziewczynka nie powinna zadawać tylu pytań, moja droga. Powinnaś być posłuszna mężczyznom, skromna, dobra i cnotliwa. Pamiętaj, że to milczenie, nie mowa, uczyni cię kobietą idealną...
- Ja wolałbym jednak móc porozmawiać ze swoją żoną, zamiast patrzeć jak ciągle mi przytakuje, nie posiadając własnego zdania.
Nie wytrzymał dłużej w ukryciu. Postanowił wejść do bawialni i wziąć udział w tej intrygującej rozmowie. Gdy dziewczyna tylko zobaczyła wchodzącego do pokoju Michaela, podskoczyła zaskoczona, a autorytatywny półuśmiech znikł z jej alabastrowej twarzy. Na jego miejscu pojawiła się chłodna maska uprzejmości. Siedziała na podłodze, z nogami podwiniętymi pod siebie, a dłońmi splecionymi na udach. Jej długie, proste włosy, z równym przedziałkiem na środku, opadały łagodnie na plecy. Wyglądała tak dostojnie i dojrzale jak na swoje osiemnaście lat. Chabrowa spódnica odcinała się na wysokości talii i przechodziła w białą koszulę ze stójką. Co najciekawsze, za każdym razem, gdy ją widział, na jej dziecinnej buzi nie mógł dostrzec nawet odrobiny makijażu. Spojrzała na niego swoimi wyrazistymi oczami w kolorze gorzkiej herbaty i odpowiedziała zwięźle:
- Kobieta może mieć własne zdanie, lecz nie powinna się z nim obnosić.
Odczekała, aż jej słowa wybrzmią w głuchej ciszy, po czym podniosła się i z gracją oddaliła do swojego pokoju. Michael, zaskoczony do granic, spojrzał na swoje pociechy, po czym zapytał z nadzieją uzyskania odpowiedzi od dwójki dzieci:
- Rozumiecie coś z tego?
Maluchy zgodnie pokręciły głowami i zabrały się za układanie rozrzuconych po dywanie puzzli. Mężczyzna usiadł obok nich i, w zamyśleniu, dopasowywał kolejne fragmenty rozsypanego obrazu. Gdyby tylko to samo udało mu się z Yù Xīn...
- Mieszkałaś w Chinach? - w dziecinnych słowach rozpoznał dociekliwego Princa.
- Tak. Urodziłam się w Pekinie, osiemnaście lat temu. Moi rodzice byli niepocieszeni, kiedy pojawiłam się na świecie, ale postanowili przyjąć ten kolejny już cios od losu z podniesionym wysoko czołem. Dlatego pozostawili mnie przy życiu i wychowali, za co jestem im dozgonnie wdzięczna.
Jej niewinny, melodyjny głos, tuszowany poprawnością w dobieraniu i wyrażaniu zdań dobiegał do jego uszu i wybrzmiewał w nich, powodując ciągłe odpływanie myślami. Mówiła jak mądry uczony, przy czym zachowywała całą swą skromność i szacunek do starszych.
- A dlaczego nie cieszyli się, kiedy się urodziłaś?
- Dziewczynka, która przychodzi na świat, jest przekleństwem dla całej rodziny. Rodzice pragną męskich potomków, którzy podtrzymają nazwisko rodu, a także będą opiekować się nimi, kiedy będą już w zaświatach. Tylko mężczyzna może przygotowywać obrządki na cześć przodków. Córki natomiast są istotami bezużytecznymi, ze względu na to, że gdy tylko osiągną odpowiedni wiek, a ich kobiece umiejętności znajdą się na wystarczającym poziomie, opuszczą rodzinny dom i na zawsze przestaną należeć do swoich rodziców. Ponadto wydanie panny za mąż wymaga przygotowania posagu.
- A co to jest to "posagu"? - tym razem usłyszał zaciekawiony głos Paris.
- To rzeczy, które panna młoda wnosi do małżeństwa. W jego skład wchodzi pościel, ubrania, często nawet zwierzęta i inne cenne przedmioty. To właśnie nad posagiem dziewczyna pracuje podczas swoich mlecznych lat. Szyje, haftuje, by nie przyjść do domu męża z pustymi rękami.
- A ty gdzie masz swój posag?
- Dziewczynka nie powinna zadawać tylu pytań, moja droga. Powinnaś być posłuszna mężczyznom, skromna, dobra i cnotliwa. Pamiętaj, że to milczenie, nie mowa, uczyni cię kobietą idealną...
- Ja wolałbym jednak móc porozmawiać ze swoją żoną, zamiast patrzeć jak ciągle mi przytakuje, nie posiadając własnego zdania.
Nie wytrzymał dłużej w ukryciu. Postanowił wejść do bawialni i wziąć udział w tej intrygującej rozmowie. Gdy dziewczyna tylko zobaczyła wchodzącego do pokoju Michaela, podskoczyła zaskoczona, a autorytatywny półuśmiech znikł z jej alabastrowej twarzy. Na jego miejscu pojawiła się chłodna maska uprzejmości. Siedziała na podłodze, z nogami podwiniętymi pod siebie, a dłońmi splecionymi na udach. Jej długie, proste włosy, z równym przedziałkiem na środku, opadały łagodnie na plecy. Wyglądała tak dostojnie i dojrzale jak na swoje osiemnaście lat. Chabrowa spódnica odcinała się na wysokości talii i przechodziła w białą koszulę ze stójką. Co najciekawsze, za każdym razem, gdy ją widział, na jej dziecinnej buzi nie mógł dostrzec nawet odrobiny makijażu. Spojrzała na niego swoimi wyrazistymi oczami w kolorze gorzkiej herbaty i odpowiedziała zwięźle:
- Kobieta może mieć własne zdanie, lecz nie powinna się z nim obnosić.
Odczekała, aż jej słowa wybrzmią w głuchej ciszy, po czym podniosła się i z gracją oddaliła do swojego pokoju. Michael, zaskoczony do granic, spojrzał na swoje pociechy, po czym zapytał z nadzieją uzyskania odpowiedzi od dwójki dzieci:
- Rozumiecie coś z tego?
Maluchy zgodnie pokręciły głowami i zabrały się za układanie rozrzuconych po dywanie puzzli. Mężczyzna usiadł obok nich i, w zamyśleniu, dopasowywał kolejne fragmenty rozsypanego obrazu. Gdyby tylko to samo udało mu się z Yù Xīn...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpg)



