czwartek, 7 listopada 2013

Moi Drodzy!

Opóźnienia z publikowaniem kolejnych części są spowodowane nawałem obowiązków, który spadł na mnie w ostatnim czasie. Na świąteczny weekend wyjeżdżam z miasta zregenerować siły. Następnej notki spodziewajcie się w poniedziałek wieczorem. Dziękuję Wam za cierpliwość i zrozumienie. Czytam wszystkie komentarze i naprawdę je doceniam. Jesteście niesamowici! Do zobaczenia niebawem...God Bless You <3
Liberian_Girl






niedziela, 3 listopada 2013

Nefrytowe Serce_15

Proponuję czytając tę notkę, włączyć sobie http://www.youtube.com/watch?v=Hat1Hc9SNwE w tle :) 


Wiedziała już, że rozpadało się na dobre. Strumienie deszczu lały się z nieba niczym słone łzy po jej policzkach. Siedziała na podłodze z kolanami podkurczonymi pod brodę, szlochając cicho w pustym pokoju. Ze starego magnetofonu wybrzmiewał smutny głos Mariah Carey, śpiewającej przebój Harry'ego Nilssona "Without You". Dlaczego właściwie człowiek, gdy czuje się zrozpaczony, za wszelką cenę dobija się smutnymi piosenkami? Czy każdy z nas jest w pewnym sensie masochistą, tylko się do tego nie przyznaje? Jej paznokcie tkwiły wbite w przedramiona, powodując ból, którym próbowała odwrócić swoją uwagę od złamanego serca. Nie powinna była tego robić. W ten sposób zaprzepaściła wszystko, na co do tej pory mogła liczyć i to wyłącznie z powodu własnej głupoty. Właściwie nie była pewna, co sobie myślała, wykonując taki krok. Jednak nie żałowała, tego co zrobiła, a tylko konsekwencji swojego czynu. Nie wolno jej się łudzić, że po czymś takim, cokolwiek wróci do normy. Możliwe, że on mógłby przejść nad tym do porządku dziennego, jednak co z nią? Miałaby codziennie widzieć jego smutne, czekoladowe oczy i nie móc się w nich zatracić? Patrzeć na jego miękkie, subtelne usta i nie być w stanie ich dotknąć? Czuć jego słodki zapach i nie móc się w niego wtulić? Zerkać na jego męskie, silne, ale zarazem łagodne dłonie i żyć ze świadomością, że nigdy jej nie obejmą ani nie ochronią? Nic już nie będzie tak, jak przedtem. W dodatku, co z niej była za córka, kiedy w dniu pogrzebu własnego ojca, robiła coś takiego z obcym mężczyzną! Matka, gdyby tylko się o tym dowiedziała, wyrzuciłaby ją za drzwi i przeklęła na wieki. Ale Michael nie był jej obcy. Był podarkiem od przodków, który stanął na jej drodze, by ją oświecić. Miał za zadanie nauczyć ją życia, co przecież robił. Czyż miłość nie jest jego cząstką, bez której egzystencja człowieka na ziemi jest pozbawiona sensu? W takim razie, co z cierpieniem? Rodzimy się po to, by kochać i być kochanymi, czy też być ranionymi i ranić? Czy to miłość rani? Czy może tylko ludzie, którzy nie potrafią kochać? Kolejny bolesny uścisk przejął jej młode serce. Zacisnęła powieki, nie chcąc dopuścić, by kolejne łzy udowodniły światu jej słabość. Ona po prostu się bała. Niemal od zawsze marzyła o wielkim uczuciu, którym będzie mogła obdarzyć odpowiedniego człowieka. Śniła o nieskazitelnej miłości... Bezcennej. Czystej. Odwzajemnionej. Pomiędzy kolejnymi pociągnięciami nosa, usłyszała cichy szelest w korytarzu. Była zbyt głupia, by zamknąć za sobą drzwi. Nim się spostrzegła, w ich progu stał, oparty o futrynę, Michael. Jak na nieme zawołanie, z odtwarzacza popłynęły pierwsze dźwięki utworu George'a Michaela "Careless Whisper". Mężczyzna przez dłuższą chwilę się jej przyglądał, jakby nie do końca zdecydowany, co powinien zrobić. W końcu, gdy zabrzmiał refren piosenki, ruszył powoli w kierunku zwiniętej w kłębek dziewczyny. Bez słowa wziął ją za rękę i pomógł wstać z podłogi. Gdy ich oczy znalazły się na tej samej wysokości, delikatnie, niczym opadający liść, jego ręka spoczęła na jej wyraźnej talii. W drugą zaś ujął jej smukłą dłoń i popatrzył na nią z melancholią. Ostrożnie kołysali się w rytm muzyki, zapominając o otaczającym ich świecie. Łzy wciąż płynęły po jej porcelanowej buzi, a ciało drżało ze smutku i bezradności. Nie chciała pytać go, po co to wszystko. Teraz liczył się tylko ten taniec, bo to, co będzie potem, zabierze jej go na zawsze. Ułożyła głowę na jego klatce i wsłuchiwała się w wolne bicie jego serca. Pachniał wiosną i wodą z wodospadu. Nie wiedziała, dlaczego była tego taka pewna. Gdy ostatnie nuty piosenki powoli cichły, on miękko podniósł jej brodę i spojrzał w jej orientalne, skrywające niezgłębione tajemnice oczy. Wiedział czego pragnęła. I nie zamierzał jej tego odmówić. Ich spragnione siebie usta ponownie się spotkały... 

sobota, 2 listopada 2013

Nefrytowe Serce_14

Zapach jego ulubionych perfum wypełniał pokój gościnny, w którym przebywali. Pozostali lokatorzy pogrążyli się już w głębokim śnie, dlatego dom przepełniała głucha cisza. Tylko w sypialni na piętrze dwoje ludzi nie mogło zmrużyć oka. Pomieszczenie oświetlało kilka zapalonych uprzednio świec, przy których tak lubiła siedzieć dziewczyna. Każde z nich trzymało w dłoniach filiżankę przyjemnie parującego naparu z dzikiej róży, który przygotowali kilka minut wcześniej. W otwartym oknie łagodnie powiewała biała firanka, zapraszając do środka chłodne powietrze. Gwiazdy mrugały niemo do księżyca, który dzisiejszej nocy wyjątkowo przyćmiewał je swoim blaskiem. Jego okrągła tarcza nieprzysłonięta choćby najlżejszym obłokiem rozświetlała nieboskłon srebrną poświatą. On siedział na podłodze, po turecku, ubrany we flanelową pidżamę w kolorze wzburzonego morza, a ona z nogami podwiniętymi pod siebie, z szarą bluzką wiszącą jej luźno na smukłym ciele i w dresowych spodniach wygrzebanych z dna szafy. Jej aksamitne włosy rozpuszczone, opadały gładko na plecy i ramiona. Długie rzęsy przysłaniały nieśmiało zerkające na towarzysza, brązowe oczy, lecz jej malinowe usta nie układały się w promienny uśmiech. Ich kąciki niepokojąco opadły, a cera była bardziej blada niż zwykle. Oczywiście można by winić za to zaledwie kilkugodzinny odstęp od ceremonii pogrzebu ojca, ale ją gryzło coś więcej. Michael również to zauważył.
- Wiem, że pytanie "dlaczego jesteś smutna?" nie jest najtrafniejszym w tej sytuacji, jednak stało się coś ponadto, prawda?
- Wydaje się panu... To naturalne, że nie emanuję szczęściem w chwili, gdy dopiero co pochowałam rodziciela.
- Oczywiście... przepraszam Yù .
- Nie ma pan za co przepraszać.
Powtórnie zapadła, niezmącona już więcej przez nikogo, cisza. Widocznie oboje zastanawiali się nad galopującymi przez ich głowy myślami. Dlaczego właśnie teraz rozmowa przychodziła im z taką trudnością? Michael, oderwawszy w końcu mętny wzrok od kwiecistych wzorów dywanu, spojrzał na, oblaną płomiennym rumieńcem, buzię dziewczyny. Teraz był już niemalże pewien, że coś ją trapi. A może po prostu nie czuje się dobrze? Złapanie przeziębienia w taką pogodę nie byłoby rzeczą trudną. Kontemplacje przerwał mu odgłos pojedynczych kropel uderzających o blaszany parapet. Podniósł się, by zamknąć okno, lecz nie zauważył, że Chinka również podążyła w tamtym kierunku. Ich dłonie zetknęły się tuż przy klamce jednej z okiennic. Tuż po tym, ich oczy również spotkały się, wyrażając wielką niewiadomą. Mężczyzna uśmiechnął się niezdarnie i zabrał swoją rękę.
- Panie Jackson...
- Tak, Yù? - zapytał, nie potrafiąc ukryć zmieszania.
Dziewczyna obiema dłońmi dotknęła jego twarzy. Swoimi smukłymi palcami muskała kolejno jego kości policzkowe, nos, zamknięte powieki. Wyglądało to zupełnie tak, jak niewidomi badają twarz nieznajomych, by móc sobie ich wyobrazić. I ona miała zamknięte oczy i tylko przez dotyk rysowała go w swojej głowie. Gdy jej opuszki poczuły pod sobą jego pełne usta, jej dłoń przez chwilę zadrżała. Dlaczego on nie przerwał tej niedorzecznej sytuacji? Nie potrafił tego zrobić. Stał, kompletnie zahipnotyzowany, jakby zawładnęła nim jakaś tajemna moc, nie pozwalająca wykonać choćby drobnego ruchu. Yù otworzyła oczy i zajrzała nimi wprost do duszy Michaela. Zanim zdążył wykrztusić jedno słowo, jej karminowe wargi przylgnęły do jego ust. Całowała tak, jak nigdy wcześniej nikt tego nie robił. W tym pocałunku była tak dziewczęco niewinna, a jednocześnie niesamowicie pewna powziętej decyzji. Dopiero po dłuższej chwili odsunęła lodowate ze stresu dłonie od jego policzków i odsunęła się przestraszona. Zanim zdołał ją zatrzymać, wybiegła, roniąc gorzkie łzy rozczarowania i goryczy...

poniedziałek, 28 października 2013

Nefrytowe Serce_13

Ten telefon sprawił, że jej świat roztrzaskał się na tysiące maleńkich kawałeczków. Nic nie wskazywało na to, że tak słoneczny i pogodny dzień zamieni się w istny koszmar. Siedziała wtedy w jasnej bibliotece, otoczona tak wielką ilością ksiąg, że nie była jej w stanie zliczyć, w towarzystwie swojego mentora. Rozmawiali wtedy akurat o rasizmie panującym w Stanach Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych. Michael przedstawiał jej właśnie sylwetkę Martina Luthera Kinga, jednego ze swoich autorytetów. Nie wierzyła w to, jak bardzo Afroamerykanie byli szykanowani i upadlani. Gdy szeroko otwierała oczy ze zdziwienia, poznając kolejny przykry fakt dotyczący "tamtej" Ameryki, do biblioteki wpadła niczym burza, roztrzęsiona Lu Lu. Wnuczka popatrzyła na nią z przerażeniem malującym się na jej dziecięcej buzi, a Michael ustąpił miejsca staruszce. Dopiero kiedy złapała głębszy oddech poprzedzony kilkoma wybuchami płaczu odpowiedziała na niezadane pytania dręczące ich oboje.
- Yù, dzwoniła twoja matka...
- Co się stało, babciu? - zapytała dziewczyna, klękając u nóg kobiety.
- Twój ojciec... Miał zawał.
- Jak to?! Czy jest w szpitalu? Jak on się czuje?!
Babka pokręciła tylko przecząco głową i powtórnie zalała się łzami. To, co wtedy poczuła dziewczyna, ciężko jest opisać słowami. W jednej chwili straciła grunt pod nogami, co dotychczas nigdy jej się nie przytrafiło. Wtuliła się w kwiecistą spódnicę opiekunki i gorzko zapłakała. Obok kobiet stał rozkojarzony pan domu, który zupełnie nie wiedział, co ma ze sobą począć. Przyglądał się tej scenie rozpaczy, sam odczuwając głęboki smutek. Czy jeszcze nie dosyć cierpień doświadczyła ta rodzina? Należało działać jak najszybciej, póki był w stanie pomóc. Spojrzał załzawionymi oczami na szlochającą dziewczynę, która wbrew własnej woli powoli osuwała się w nicość...
*
Kiedy po raz pierwszy uniosła powieki, poczuła tępy ból, który rozrywał jej głowę oraz mocne pieczenie opuchniętych oczu. Dopiero po chwili poczuła tak znajomy zapach starych mebli i kwiatów wiśni w kryształowym wazonie. Powoli, mimo nieznośnego bólu podniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała po pokoju. Nie mogła uwierzyć własnym oczom! Znajdowała się w tej samej izbie dla kobiet, w której spędziła osiemnaście lat swojego życia i może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jeszcze parę godzin wcześniej znajdowała się w Neverlandzie. Jakim cudem wylądowała w swoim domu w Pekinie? Powoli przypominała sobie co zaszło, zanim niewyjaśnionym sposobem pojawiła się tutaj. Była w bibliotece... przyszła babcia Lu Lu i powiedziała... Jej ojciec nie żyje. Znów poczuła to ukłucie bezsilności w słabym, dziewczęcym sercu. Potem widocznie musiała zemdleć, bo już nic więcej nie pamięta... Opuściła ostrożnie swoje lilie na drewnianą podłogę i wsunęła je w ręcznie haftowane, czerwone pantofelki, które zaczęła robić jeszcze przed wyjazdem. Jej matka musiała je dokończyć, po jej odejściu... Cichutko jak mysz prześlizgnęła się przez korytarze na piętrze i bezszelestnie zeszła po schodach, zjawiając się niczym duch, w przestronnym salonie. Zastała tam dwie, ubrane w żałobny kolor- biały kobiety popijające herbatę w żałosnej ciszy oraz szczupłego mężczyznę oglądającego album ze zdjęciami. Jego smukłe palce przewracały spokojnie kolejne lekko zakurzone strony rodzinnych wspomnień. Podeszła do stołu, przy którym siedziały jej rodzicielka i babka, po czym z pokorą i miłością objęła zrozpaczoną matkę. Michael na moment oderwał się od zdjęć i przyglądał się tej scenie. Starsza Chinka, mimo iż była matką Yù, była od niej zupełnie inna. Miała przysadzistą budowę ciała, lekko falowane włosy ułożone w misterny kok i oczy kolory błotnistej kałuży. Jej niegdyś zapewne urodziwą twarz przecinały nie całkiem płytkie zmarszczki i zagłębienia. Kąciki jej ust opadające smutno potęgowały wrażenie, iż jest raczej osobą zimną i nieprzystępną. Dopiero teraz pojął, po kim młoda dziewczyna tak naprawdę odziedziczyła urodę. Za pomocą swojej bogatej wyobraźni cofnął się o kilkadziesiąt lat i nimi oglądał piękną, nastoletnią Lu Lu przechadzającą się po Pekinie. To ją widział w albumie! A był przekonany, że to fotografia wykonana Yù, tuż przed jej wyjazdem do Ameryki...
- Matko... Sądzę, że już poznałaś pana Jacksona...
- Tak, twoja babka przedstawiła mi naszego gościa - skłoniła się pokornie w kierunku mężczyzny. - Bardzo mi miło gościć pana w naszym domu. Szkoda tylko, że w tak przykrych okolicznościach.
- Ja również dziękuję za gościnę...
- Ależ to żaden kłopot. Yù Xīn, chodźmy na górę. Pomogę ci się przebrać, bo niedługo musimy ruszać.
- Ruszać? Ruszać dokąd?
- Jak to "dokąd"? Na cmentarz, dziecko... Dziś jest pogrzeb twojego ojca.
- Przecież dopiero co przyjechaliśmy. Jak to możliwe, żeby wszystko zostało tak szybko załatwione? - zapytała zaskoczona.
- Przybyliście tutaj dwa dni temu, córko. Przespałaś całe dwie doby. Chciałam cię obudzić, ale babka Lu Lu stanowczo się temu sprzeciwiała. A teraz już chodź. Nie mamy czasu do stracenia.
Wzięła dziewczynę pod rękę i bardzo energicznie zaczęła wdrapywać się po schodach. Michael odprowadził je wzrokiem, co nie uszło uwadze spostrzegawczej staruszce. Odmówiła w myślach błagalną modlitwę, by jej myśli nigdy się nie ziściły...
*
Kroczyła dumnie u boku swej matki w tym żałobnym kondukcie, nie spuszczając oczu z hebanowej trumny zdobionej pozłacanymi wzorami. Po swojej drugiej stronie miała babkę ocierającą gorzkie łzy fiołkową chusteczką. Dziewczyna była ubrana w długą, białą, opinającą jej zgrabne ciało suknię, a na głowie miała woalkę zakrywającą częściowo jej śliczną twarz. On, przebrany dla zachowania anonimowości, obserwował ją z daleka, idąc na samym końcu tego smutnego pochodu. Przed nim dreptali powoli najwięksi bogacze Chin, chcący uczcić pamięć wielkiego człowieka, pana Yù Shoana, a także wynajęci przez rodzinę grajkowie muskający smyczkami delikatne struny skrzypiec oraz walący w ogromne bębny. Nie śmiał zbliżyć się choćby odrobinę do drobnej sylwetki przyjaciółki, nie chcąc narazić jej na wstyd i nieżyczliwość zebranych żałobników, choć wiedział, że w takiej chwili powinien ją wspierać. Mógł mieć jedynie nadzieję, że czuła jego obecność, co dodawało jej siły. Kiedy nareszcie przystanęli, ujrzał wijącą się zmysłowo w biało - czerwonej sukni kobietę, na niewielkim podeście, tuż przy rozkopanym grobie. Jej twarz była niezwykle tajemnicza, a egzotyczne oczy tak nieodgadnione, że każdy mężczyzna miał ochotę rozwikłać ich zagadkę. Gdy zakończyła swój, niejako dedykowany zmarłemu, taniec, kapłan odprawił ostatnie rytuały, a trumna z ciałem pana Yù, owiniętym w biały całun i namaszczonym wonnymi olejkami, spoczęła w miejscu wiecznego snu. Po chwili dały się słyszeć głośne wybuchy, a wszyscy zebrani, jak zahipnotyzowani wpatrywali się w niebo, które rozświetlało tysiące kolorowych fajerwerków.
- Spoczywaj w pokoju, Yù Shoanie, najmądrzejszy i najuczciwszy z obywateli naszego miasta...





środa, 23 października 2013

Kochani!

"We are the world, We are the Children... We are the ones who make a brighter day, so let's start givin'...", kto kojarzy te słowa? Zapewne każdy z Nas. Zatem mam dla Was propozycję, jak przekazać miłość Michaela dalej i tym samym ulepszać świat. W Zielonej Górze mieszka dziewczynka imieniem Oliwia, chora na białaczkę. 27 października skończy sześć lat, a my, przy niewielkim wkładzie własnym, możemy pomóc spełnić jej marzenie. Pragnieniem Oliwki jest dostanie dużej ilości urodzinowych kartek. Czy to tak wiele do zrobienia? Nie sądzę. Dlatego weźmy do ręki kredki i flamastry, narysujmy coś i napiszmy życzenia. Potem już tylko czeka nas spacerek na pocztę. To tak niewiele kosztuje, a możemy wywołać uśmiech na twarzy tego Dziecka. Myślę, że Michael by się nie wahał :) Dodaję tutaj link z wydarzeniem na facebooku, dzięki któremu zapoznacie się ze szczegółami. Proszę Was o wsparcie i Miłość <3 Wierzę, że razem sprawimy, że dziewczynka choć tego jednego dnia poczuje się w pełni szczęśliwa. Liczę na Was, ponieważ...

It's All For L.O.V.E.

Liberian_Girl

Link: https://www.facebook.com/events/425153547590576/ 

poniedziałek, 21 października 2013

Nefrytowe Serce_12

To niewiarygodne, że była tak spokojna. Od samego rana, niczym od natręta, nie mogła odpędzić się od uśmiechniętego promiennie, rozczochranego blondyna. Chłopak wyraźnie dawał do zrozumienia, że jest nią więcej niż zainteresowany, lecz ona przyjęła za taktykę, brak reakcji. Traktowała go jak każdego obcego w tym domu - z szacunkiem, ale bez spoufalania. Gdy razem spędzali czas w ogrodzie, a dzieci biegały wokół fontanny, chlapiąc się wesoło chłodną wodą, ona znów odpłynęła myślami. Przymknęła powieki i w wyobraźni po raz kolejny ujrzała wyraźne rysy Michaela. Jego wyraźne kości policzkowe, mały nos, wydatne, brzoskwiniowe usta, duże, czekoladowe oczy i pojedyncze loki okalające posągowo piękną twarz..Był teraz na spotkaniu biznesowym, dlatego nie mógł towarzyszyć im w zabawie na świeżym powietrzu. Dlaczego właśnie wtedy, gdy gościem był ten irytujący młokos? Zamrugała kilka razy, chcąc pozbyć się myśli, jakie opanowały jej głowę jak najszybciej. Spojrzała na Macaulaya z niezauważalną dla niego antypatią i od razu tego pożałowała. Kiedy podchwycił jej wzrok, momentalnie zjawił się u jej boku i zapytał niezrażony chłodem bijącym z jej oblicza.
- Nie miałabyś może ochoty, na mały spacer po posiadłości, Yù?
- Przykro mi, panie Culkin, ale nie mogę zostawić dzieci.
- Mów mi Mac... Przecież nic im się nie stanie. Są już duże.
- Są pod moją opieką, dlatego nie mogę spuścić ich z oka choćby na minutę.
Młodzieniec westchnął głęboko, z lekka zawiedziony, jednak już po chwili w jego głowie zrodził się kolejny przebiegły plan.W koszu ogrodnika, który na chwilę zniknął we wnętrzu domu, by zaspokoić pragnienie, zauważył mały bukiet świeżo ściętych czerwonych róż. Piękna dziewczyna leżała teraz na miękkiej trawie, odrobinę przymykając powieki, rozkoszowała się chwilowym spokojem od adoratora. Chłopak gestem przywołał do siebie brykające beztrosko rodzeństwo i szeptem zapytał dziewczynkę:
- Paris, byłabyś tak miła i pożyczyłabyś mi swoją wstążkę?
Mała chętne przystała na prośbę swojego ojca chrzestnego i bez wahania oddała mu szmaragdową szarfę, którą związane były jej miodowe loczki. Już po chwili starannie plecione przez opiekunkę warkoczyki zniknęły, a w ich miejsce pojawił się zgrabny nieład kręconych włosków dziewczynki. Wujek pogładził ją po głowie i tym razem zwrócił się do chłopca:
- Prince, zanieś, proszę, Yù te kwiatki, dobrze?
Malec, jako bezsprzeczny dżentelmen energicznie zgarnął pojedyncze kwiaty z koszyka i z pomocą Maca związał je wstążką siostry. Potem puścił się biegiem w kierunku odpoczywającej w rozgrzewających promieniach słonecznych Chinki i wręczył jej prezent. Ona tylko spojrzała w kierunku nadawcy owego podarku, skłoniła się lekko i ponownie odpłynęła w nieprzeniknioną krainę swoich myśli. I pozostała tam do momentu, gdy ciszy, przerywanej rozbrzmiewającą wokoło subtelną muzyką klasyczną, nie zakłócił dzwonek frontowych drzwi.
- Tatuś wrócił! - zawołały dzieci chórem i wybiegły na spotkanie ojcu.
Dziewczyna nawet na moment nie zmieniła pozycji, choć miała ogromną ochotę dołączyć do komitetu powitalnego. Widziała, że Macaulay, może trochę niechętnie, również zmierzał w stronę domu, dlatego postanowiła pozostać na miejscu. Gdy pan Jackson będzie jej potrzebował, znajdzie ją łatwo...
*
- Przepraszam, że tak was wczoraj zostawiłem. Mam nadzieję, że nie nudziliście się beze mnie. Mac na pewno się tobą zajął... - powiedział z nieukrywaną radością.
- Oczywiście... Nie ma pan sobie nic do zarzucenia. Po prostu wykonywał pan swoje obowiązki.
Nie zamierzała mu się zwierzać z tego, jak bardzo nie cierpiała Macaulaya Culkina. Najważniejsze było to, że z nieznanego nikomu powodu musiał bezzwłocznie opuścić Neverland, jednak obiecał, że niedługo powtórnie ich odwiedzi. Jakie było jej szczęście, gdy dowiedziała się, że nie będzie już dłużej zmuszona do znoszenia jego towarzystwa. Nareszcie będzie mogła spędzić czas ze swoim nauczycielem... Siedzieli teraz we dwoje na puszystym dywanie, a ich twarze oświetlały skaczące w ognisku płomienie. Koce, które otulały ich nogi, przyjemnie i skutecznie ogrzewały zmarznięte stopy. Nie wiedzieć czemu pogoda tak diametralnie się załamała, a na zewnątrz panował prawdziwy ziąb. Idealnym antidotum na tę jesienną aurę okazała się gorąca czekolada popijana teraz przez nich podczas luźnej rozmowy. Pomiędzy jednym a drugim łykiem słodkiego napoju Michael zapytał:
- Powiedz mi, Yù, co w języku chińskim oznacza twoje imię?
- Tak naprawdę Yù, to moje nazwisko. W chinach przedstawiamy się właśnie z nazwiska. Yù Xīn, znaczy Nefrytowe Serce... To babcia zaproponowała moim rodzicom to imię... - powiedziała i  nieśmiało spojrzała na mężczyznę.
- To naprawdę niesamowite... I piękne. Czy nefryt nie jest kamieniem wręcz kultowym w chińskiej kulturze? Teraz, gdy już wiem, co to znaczy, mogę z pewnością stwierdzić, że pasuje ono do ciebie jak ulał.
- Zgadza się. Nefryt od dawna był bardzo ceniony przez Chińczyków, ze względu na wszechstronność zastosowania.
- A ja sądzę, że to z powodu jego piękna. Jest to dość nietypowy kamień. Ma w sobie tajemnicę... Tak jak Ty.
Mógł dostrzec zaskoczenie w jej nieprzeniknionych oczach. By ukryć zawstydzenie, upił odrobinę z czerwonego kubka, obserwując jak porcelanową twarzyczkę dziewczyny oblewa lekki rumieniec. Uśmiechnął się delikatnie i spojrzał na jej długie, błyszczące włosy. Były czarne jak noc i tak gładkie, jakby jej jedynym zajęciem było rozczesywanie ich całymi godzinami. Jej dziecięcą buzię przyozdabiał najsubtelniejszy uśmiech na świecie, a on, jedynym co teraz widział, były rozkoszne dołeczki w jej policzkach. Przymknął powieki, mając dalej przed oczami jej obraz, i cieszył się chwilą...



Nefrytowe Serce_11

Lu Lu miała dziś wychodne, jednak przez wcześniejsze plany jej pracodawcy względem Yù, nie mogła zabrać ze sobą wnuczki. Postanowiła zatem wolny wieczór spędzić w jednej z chińskich knajpek w hałaśliwym centrum miasta. Nie chciała się przyznać, ani przed innymi, ani przed samą sobą, że w głębi serca tęskniła za miejscem, w którym się wychowała. Jako, że teraz była nieobecna, obowiązek przyrządzenia posiłku dla gościa i reszty domowników spadł na nich. Przygotowanie takiej kolacji, wbrew pozorom, nie należało do zadań najtrudniejszych. Razem wszystko zdawało się być łatwiejsze. Michael szybkimi, pewnymi ruchami kroił pomidory i sałatę, ona zajmowała się małymi kanapeczkami, a dzieci mieszały składniki surówki w dużej misce. Stół już był nakryty żywym, limonkowym obrusem, na którym ustawionych było pięć kompletów nakryć. Z kryształowego wazonu dumnie wyciągały się ku światłu żyrandola świeże kwiaty bzu. Kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, właściwie byli już gotowi. Dziewczyna zdjęła tylko, chroniący jej najładniejszą kreację, fartuszek i rozpuściła swoje sięgające do pasa, hebanowe włosy. Jej sukienka, w kolorze nienagannej bieli, była niezwykle skromna, lecz zwiewna, co przydawało jej uroku. Buzia Yù jak zawsze bez odrobiny makijażu, promieniała od ekscytacji, a jej głębokie, nieprzeniknione oczy błyszczały w oczekiwaniu na nieznane. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że przygląda się nieświadomej niczego dziewczynie już od dłuższego czasu. Otrząsnął się z wrażenia jakie na nim wywarła i radosnym krokiem ruszył na spotkanie gościowi. Ona tymczasem wyłożyła już na stół wszystkie przysmaki i zabrała dzieci do łazienki, by tam umyły ręce. Z hallu usłyszała ciepłe powitanie dawnych przyjaciół:
- Mac! Jak ty wyrosłeś! - Michael zamknął chłopaka w objęciach i poklepał przyjaźnie po plecach.
- Applehead! Dawnośmy się nie widzieli. W końcu mam już 23 lata na karku...
- Daj spokój! Każdy ma tyle, na ile się czuje... - zawołał z werwą, wierząc już teraz w powodzenie swojego planu. - Zapraszam do jadalni. Zjemy kolację, a później może obejrzymy jakiś film, co ty na to?
- Z tobą zawsze jest fajnie, wiec z góry zgadzam się na wszystko, Mike.
Podążyli razem do stołu, przy którym zobaczyli siedzących spokojnie Paris, Princa i młodą Chinkę. Michael uśmiechnął się przebiegle, co niestety uszło uwadze wszystkich zebranych, i zwrócił się do przyjaciela:
- Muszę ci kogoś przedstawić, Mac. To jest Yù, moja przyjaciółka i uczennica oraz ulubienica moich dzieci.
- Bardzo mi miło, nazywam się Macaulay Culkin, Madame... - powiedział szarmancko chłopak i skłonił się lekko.
Dziewczyna, zawstydzona śmiałością nowo przybyłego, zakryła dłonią różane usta i odkłoniła mu się z szacunkiem. Gdy już wszyscy zajęli odpowiednie miejsca, zaczęli pogawędkę na różne tematy. Przerwali ją dopiero na czas, kiedy jedzenie, za ich sprawą, stopniowo znikało ze stołu. Dopiero po dokończeniu kolacji młodzieniec ponownie zagaił rozmowę.
- Więc pochodzisz z Chin? Jak tam jest?
- To piękny kraj pełen tradycji i kultury. Jednak nie tak fascynujący jak Stany Zjednoczone.
- Dlatego tutaj przyjechałaś?
- Powiedzmy, że to było głównym powodem...
- Jesteś bardzo tajemnicza. Nie lubisz opowiadać o sobie?
- Nie przepadam. Poza tym chyba dzieci powinny już się położyć, prawda panie Jackson? - zapytała, po czym nie czekając na odpowiedź wzięła dzieci za rączki i dodała na odchodnym - Pomogę im przygotować się do snu. Panie Culkin, bardzo miło się z panem rozmawiało. Przykro mi, że muszę panów opuścić. Życzę dobrej nocy.
Wyszła, zupełnie nieświadomie kołysząc biodrami, jednak na tyle wyraźnie, by za tym płynnym ruchem podążyły oczy obu mężczyzn. Po chwili popatrzyli na siebie, jeden z wymownym uśmiechem na twarzy, drugi onieśmielony swoją reakcją. Michael, próbując ukryć rumieniec, jaki oblał jego blade dotąd policzki, zwrócił się do przyjaciela:
- To co, może obejrzelibyśmy Batmana, tak jak kiedyś? Zrobię popcorn, napijemy się coli...
- Kto ostatni w sali kinowej, ten frajer! - krzyknął Mac i pobiegł w znanym dla siebie kierunku.
- Nie masz szans!
Mężczyzna puścił się biegiem za towarzyszem, śmiejąc się jak za dawnych lat...
*
Prince i Paris już smacznie spali w swoich łóżeczkach, a ona leżała samotnie na miękkim tapczanie, przykryta jedwabną kołdrą w szmaragdowym kolorze. Czuła się niewiarygodnie samotna, gdy nie mogła spędzić tego wieczoru w towarzystwie Michaela. To dziwne, ale była odrobinę zazdrosna o starego przyjaciela, który teraz kradł bezcenne chwile z jej mentorem. Oczywiście wiedziała dobrze kim był dla niego Macaulay  Culkin, a także czym ten chłopak się zajmował, jednak od początku zbytnio nie przypadł jej do gustu. Nie mogła zakwestionować tego, że był przystojny i miał w sobie coś niezwykłego, mimo tego nie potrafiła myśleć o nim inaczej, niż w kategorii znajomego. Starała się nie zastanawiać nad tym, jak świetnie bawi się z Michaelem, podczas gdy ona skazana jest na oglądanie czterech ścian swojego pokoju. Oczywiście mogłaby bez przeszkód do nich dołączyć, ale czy nie byłoby to w złym guście? Poza tym nie miała wielkiej ochoty spędzanie czasu z tym bezpośrednim chłopakiem. Wiedziała, że będzie musiała znosić jego towarzystwo przez najbliższych kilka dni, dlatego postanowiła nie dokładać sobie więcej cierpienia. Zamknęła oczy i w duchu modliła się, by sen szybko przyniósł jej ukojenie...
*
- Applehead! Skąd ty wytrzasnąłeś tę dziewczynę?! - zawołał Mac w przerwie od opychania się popcornem.
- Spodobała ci się, co?
Michael wyczuł pismo nosem. Już podczas kolacji zauważył, że jego młody przyjaciel nie spuszczał oczu z ich pięknej towarzyszki. Martwiły go trochę chłód i zdystansowanie z jakim odnosiła się do niego Yù, ale liczył, że było to spowodowane jej wrodzoną nieufnością. Spojrzał na siedzącego obok niego rozczochranego blondyna, który jeszcze nie tak dawno temu woził go z szaleńczą prędkością po Neverlandzie w wózku golfowym. Ten sam chłopak, bez zapowiedzi i ku uciesze wszystkich dzieci obecnych w posiadłości, zepchnął go z trampoliny wprost do basenu. Nie mógł uwierzyć, że od tamtego czasu minęło ponad dziesięć lat. Teraz miał przed sobą młodego mężczyznę tuż po dwudziestce, z tymi samymi iskierkami w oczach. Był dobrym kandydatem dla Chinki, jednak nie zamierzał mu tego mówić. Postanowił trochę się z nim podroczyć i sprawić, by zapragnął jej jeszcze mocniej.
- Czy mi się spodobała? Stary, ona jest prześliczna... 
- Och... będę musiał przekazać jej twoje komplementy.
- Sam jej to powiem! Dam sobie radę - zaśmiał się i pokazał język przyjacielowi.
- Tylko jej nie przestrasz tymi swoimi wyznaniami, Romeo. To bardzo płochliwe stworzenie...
- Niech cię o to głowa nie boli, Applehead. Zanim się obejrzysz, będzie moja.
- Obyś się nie pomyli - dodał w duchu Michael i ponownie zatopił się w fabule filmu.