sobota, 28 lutego 2015

This Is Not It_28

Część dedykowana Pannie Rudej w ramach przeprosin, bo (musicie mi uwierzyć na słowo) jest za co przepraszać. Miłej lektury
Liberian_Girl

Ma w sobie coś, czego nie da się opisać słowami.

- John Steinbeck Podróże z Charleyem. 
W poszukiwaniu Ameryki


- Pakuj się.
To krótkie zdanie wystarczyło, by oderwała się od czytanej w salonie książki i zwróciła ciemne oczy w kierunku stojącego na progu Michaela. Polarowy koc w kolorze czerwonego wina otulał jej zmarznięte ciało, a gęste loki zostały związane w kok na czubku głowy.
- O czym ty mówisz?
Ubrany w czerwoną pidżamę upstrzoną gwiazdkami, z dziwnym, kolorowym szalikiem owiniętym wokół szyi, patrzył na nią, nie kryjąc rozbawienia. Nie minęły dwa dni, odkąd dzieci opuściły dom, jednak cisza już dawała im się we znaki. Obojgu brakowało gwaru, jaki opanowywał kuchnię i salon, gdy Prince, Blanket, Paris i Leah wracali ze szkoły. Erin znikała na całe dnie, coraz więcej czasu spędzając na zajęciach dla seniorów, na które zapisała ją Sarah. Oprócz stałych pracowników, takich jak ochroniarze i gosposia oraz ogrodnik wpadający raz w tygodniu, dom pozostawał do dyspozycji ich dwojga. Kiedy Jackson akurat godzinami nie przesiadywał w studiu nagraniowym, albo nie wyjeżdżał na spotkania w sprawie rozpoczęcia prac nad nową płytą, często siadywali, tak jak ona teraz, w salonie i uprzyjemniali sobie chwile lekturą książek, których nigdy nie brakowało w jego domowej bibliotece. Tym razem jednak, gdy pojawił się, ubrany niczym dziadek mróz, nie zważając na dodatnią temperaturę panującą w domu, widziała, że tryska energią. Był już wieczór, a ona nie widziała go od rana, kiedy to wspólnie zjedli śniadanie składające się z białkowej jajecznicy i pełnoziarnistych tostów. Co wprawiło go w tak wyśmienity humor? Nie miała pojęcia, ale czuła, że polecenie, które jej wydał, gdy tylko się tu pojawił, ma z tym coś wspólnego.
- Czy chociaż raz nie mogłabyś mi zaufać? - założył za ucho pasmo ciemnych włosów opadających na ramiona kaskadą gęstych loków.
- Tobie? W życiu!
- Ha. Ha. Bardzo zabawne... W porządku. Nie chcesz, to nie słuchaj. Wracam do studia.
Nie wierzyła własnym oczom. Nonszalancko oparty o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersiach, po czym jeszcze chwile jej się przyglądał. Potem, jak obrażony sześciolatek, odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Sarah wydawało się, że najzwyczajniej w świecie to wyobraźnia spłatała jej figla. Jak się okazało, nie tym razem. Kiedy już otrząsnęła się z wrażenia, jakie wywarło na niej dość spektakularne wyjście Michaela, podniosła się z kanapy i pozostawiając swój ciepły kącik, ruszyła na poszukiwania Piotrusia Pana. Idąc korytarzem, polarowy koc cicho szurał po świeżo lakierowanej, drewnianej podłodze, niczym długi tren w średniowiecznych, bogato zdobionych sukniach. Jedną dłonią przytrzymując okrycie, drugą wodziła po szorstkiej powierzchni ściany, pod palcami wyczuwając finezyjne nierówności. W powietrzu wciąż wyczuwało się zapach jaśminowej świeczki, którą zapaliła na krótko po obiedzie, mieszający się z ulotną wonią perfum pana domu. To oznaczało, że szła w dobrym kierunku. Były tylko dwie możliwości, gdzie mógł się ukryć ten dorosły dzieciak: sypialnia lub studio nagraniowe. Jako że za wszelką cenę chciała uniknąć naruszania jego przestrzeni osobistej, postanowiła najpierw sprawdzić kryjówkę bardziej prawdopodobną. Doszła już do miejsca, gdzie korytarz rozwidlał się, prowadząc do garażu i dalszej części domu, gdzie światło, choć zapalone, nie zalewało swoim blaskiem wszystkich zakamarków. Jedna z lamp stojących na staromodnej, elegancko wykonanej komodzie rzucała zniekształcony cień na przeciwległą ścianę tak, że kobieta natychmiast pożałowała ruszania się z kanapy. Bardziej niż całkowitej ciemności nienawidziła tego złowieszczego półmroku, w którym nawet najzwyklejsze przedmioty potrafiły przybrać straszliwe kształty i postaci. Nienawidziła tego odkąd trafiła do tamtego domu... Uspokój się. Już się stamtąd wyrwałaś. Nie musisz tam wracać... - mówiła sobie w duchu, starając doprowadzić się do porządku. Wdech i wydech, trzeba uspokoić szaleńczo bijące w piersi serce. Kilka szybkich kroków i jej dłoń wreszcie wyląduje na klamce drzwi prowadzących do studia nagraniowego. Do dalej... Jeszcze tylko kawałek.
- Buu!
Ktoś wyskoczył z cienia i zimnymi dłońmi złapał ją za ramiona. Zamknęła oczy i osunęła się po ścianie prosto na podłogę, słysząc szaleńczy śmiech żartownisia. Jej oddech, tak uporczywie uspokajany, znów stał się płytki i szybki, a ręce drżały. Miała ochotę udusić go na miejscu, za to, że nie przestawał się śmiać. Za to, że trzymał się za bolący od chichotu brzuch, a łzy radości spływały mu po policzkach. Siedząc na podłodze, wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Zginiesz. Marnie.
- Ale... - próbował się opanować - sama się prosiłaś... No! Tym razem wyszło mi to całkiem nieźle. Żebyś ty widziała swoją minę.
Spróbował odegrać wyraz przerażenia przyjaciółki, jednak kolejny napad śmiechu mu w tym przeszkodził. Kiedy zobaczył, że ta nareszcie zaczyna podnosić się z ziemi, wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Przepraszam, Sarah... Po prostu chciałem cię trochę nastraszyć. To chyba nic złego, prawda?
- Jasne. Radzę ci teraz mieć oczy dookoła głowy, panie Jackson, bo nie wiesz, kiedy nadejdzie słodki czas zemsty - spojrzała na niego, a na jej twarzy ponownie zagościł słaby uśmiech.
- Przekonamy się, do kogo będzie należało ostatnie słowo. Wracając do pakowania się...
- Powiesz mi wreszcie, o co tu chodzi?
Zęby Michaela lśniły w szerokim uśmiechu. Kobieta patrząc na niego, chyba po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest atrakcyjny.Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, gęste, czarne włosy, pełne usta i te oczy... Nie wolno zapominać o srebrnym łańcuszku wiszącym seksownie na szyi. Co prawda, zupełnie nie był w jej typie, jednakże z pewnością mógł się podobać. Dopiero, gdy w jej głowie wysnuł się powyższy wniosek, usłyszała jego głos:
- ... no i wrócilibyśmy przed powrotem dzieci, co ty na to?
- Wrócilibyśmy skąd?
- Czy ty mnie słuchasz? Właśnie ci wszystko powiedziałem.
- Przepraszam, zamyśliłam się...
- Dobrze, powtórzę, ale teraz się skup - powiedział, kładąc jej tę samą, zimną rękę na ramieniu. - Muszę wyjechać na kilka dni do Austrii. Mam tam parę spotkań dotyczących płyty i chciałbym zabrać cię ze sobą, jako szefa kuchni i towarzyszkę podróży. Zanim dzieciaki wróciłyby z ferii, bylibyśmy w domu. Co o tym sądzisz?
- Wiesz... to bardzo miłe z twojej strony, ale nie mogę zostawić Erin samej.
- Już z nią rozmawiałem i powiedziała, że od dawna chciała odwiedzić jakąś swoją koleżankę w okolicy, w której mieszkałyście i nie ma nic przeciwko temu, abyśmy wyjechali.
- Ale... ja nie mogę z tobą jechać. Nie mam tyle pieniędzy.
- Hej, przecież mówiłem, że odegrasz podwójną rolę: dotrzymasz mi towarzystwa i zadbasz o to, żeby nas tam nie potruli. To jak?
- Załatwiłeś już wszystko, a ja nie mam tu nic do gadania. Mylę się?
- To nie tak... - w jednej chwili wyglądał jak chłopiec przyłapany przez matkę na gorącym uczynku. - Chcę, żebyś pojechała.
- W takim razie chyba nie mam wyboru...
- Świetnie!
Ujął w dłonie jej śliczną twarz i ucałował w oba policzki, nie przestając się uśmiechać. Krótki moment czystej euforii, zupełnie jak u dziecka. Kiedy tylko zauważył rumieńce otulające kości policzkowe kobiety, natychmiast się zreflektował.
- Przepraszam, ja... po prostu bardzo się cieszę.
- Jasne, rozumiem... Więc kiedy wyjeżdżamy?
- Nie wspominałem? - spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Och, faktycznie! Jakimś cudem to przeoczyłem. Mamy lot jutro o 10:30.

piątek, 20 lutego 2015

This Is Not It_27

Czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? 

- M. Kundera Nieznośna lekkość bytu


Gwar w autobusie wypełnionym młodzieżą szkolną i dziećmi stanowczo przekraczał dopuszczalny poziom głośności. Dochodziła godzina wyjazdu, a nikt jeszcze nie siedział na swoim miejscu. Połowa młodych podróżników wciąż tkwiła na zewnątrz, czekając, aż ich nazwisko zostanie wyczytane przez starszą opiekunkę - pannę Glorię Humble, kobietę po czterdziestce, o brązowych włosach przeplatanych siwymi pasemkami, których zdawała się nie zauważać. Nazwisko Anderson wymienione zostało na samym początku, dlatego też Leah, zaopatrzona w torbę podróżną wypełnioną smakołykami przygotowanymi przez matkę, już szukała sobie wygodnego miejsca. Troje Jacksonów stało ciągle na zewnątrz, słuchając niekrótkiej pogawędki wychowawczej ojca. Sarah zdążyła przeprowadzić już taką rozmowę z młodszą córką poprzedniego wieczora... Sami wiecie, z tych, podczas których padają zdania: Nie rozmawiaj z obcymi. Pilnuj się grupy. Nie kładź się zbyt późno. Miej swój rozum i nie zgadzaj się na wszystko, co wymyślą koledzy. Żadne z dzieci nie lubiło tych kazań, jednak wliczało je w koszty, jakie musiały zostać przez nie poniesione, by mogły wreszcie wyrwać się na całe trzy tygodnie spod opiekuńczych skrzydeł rodziców. Szesnastolatka, starając się zejść z drogi rozszalałym bliźniakom, którzy bardziej przypominali małpy w zoo, niż dwóch, dziewięcioletnich chłopców, usiadła na jednym z foteli. Nagle, fotel przemówił dość niskim, całkiem przyjemnym głosem niosącym nie całkiem przyjemne przesłanie:
- Hej! Uważaj, jak chodzisz!
- Sorry, ale chyba widzisz, co tu się dzieje.
Zupełnie niespeszona, wstała z kolan nieznajomego i z czułością podniosła książkę, która wcześniej wypadła jej z ręki. Zanim zdążyła się nią nacieszyć, rozparty w fotelu chłopak wyrwał ją z dłoni Leah i uważnie przyjrzał się okładce.
- Oddawaj! - krzyknęła, jednak jej głos rozpłynął się w wszechobecnym rozgardiaszu.
- No no... The Perks of Being a Wallflower. To najgłupsza książka, jaką czytałem, ale ma w sobie coś takiego, że nie można się oderwać, a potem chodzi się, jak struty przez kilka dni. Może chcesz, żebym to ja ci poczytał, co?
- Spieprzaj.
- Nie tak ostro, bo trzeba ci będzie wymyć mydłem te różowe usteczka. Jestem Jamie David Witcher, a ty jak się nazywasz? - zapytał, nonszalancko opierając brodę na zaciśniętej pięści.
- A co to, przesłuchanie? Oddawaj mi książkę.
- Grzeczniej, młoda damo, bo będę musiał być dla ciebie mniej wyrozumiały. Więc jak się nazywasz?
- Leah.
- Nie, nie, skarbie. Poproszę o pełną listę.
- Leah Hope Anderson. A teraz oddasz mi tę książkę?!
- I po co się tak wściekać, panno Leah Hope? Nie wiesz, że złość piękności szkodzi? Łap i znikaj.
Rzucił jej kilkusetstronicową powieść i wyciągnął iPada z plecaka obczepionego przypinkami z miniaturowymi zdjęciami rockowych kapel. Nastolatka rzuciła mu ostatnie, pogardliwe spojrzenie i wróciła na początek autokaru, gdzie jakimś przedziwnym zrządzeniem losu pozostało już tylko jedno wolne miejsce. Nerwowo rozglądała się w poszukiwaniu rodzeństwa Jacksonów, licząc na to, że spędzi podróż w gronie znajomych. Gdzieś na tyle autokaru dostrzegła uniesioną rękę Paris z charakterystyczną, zielono-żółto-czerwoną bransoletką na przegubie. Domyśliła się, że pewnie obok niej znajduje się Michaela, Prince i Blanket ze swoim przyjacielem - Tobym. Nie miała tam czego szukać. Zrezygnowana, opadła na siedzenie obok chłopaka mniej więcej w jej wieku, któremu blond włosy, dodatkowo rozjaśnione słońcem, opadały  na twarz, gdy w pełnym skupieniu oddawał się lekturze, nie zauważywszy nawet przybycia nowej towarzyszki podróży. Tak diametralnie różnił się od tamtego okolczykowanego buraka... Dziewczyna, korzystając błogiej nieświadomości nieznajomego, zaczęła mu się przyglądać zza rozłożonej książki. Okulary w czarnych, niezbyt grubych oprawkach, zasłaniały oczy (chyba niebieskie, choć nie była pewna). Drobne, pomarańczowe punkciki rozsypane na policzkach i małym, lekko zadartym nosie, przypominały pyłek wróżki. Długie, smukłe palce przytrzymywały pożółkłe strony zapisane od góry do dołu drobnym, niezbyt wygodnym do czytania, drukiem. Zdawał się nie zauważać odpadających kartek, prowizorycznie przytwierdzonych do całości taśmą klejącą prawdopodobnie przez poprzedniego właściciela. Nastolatka wytężała wzrok, by rozczytać choć fragment, jednak zanim zdążyła rozszyfrować niemal kaligraficzną czcionkę, chłopak podniósł wzrok znad lektury.
Die Traumdeutung. - odparł z uśmiechem ujarzmionym drutem ortodontycznym.
- Przepraszam?
- Książka - zwrócił się jak do przybysza z innej planety. - Die Traumdeutung, czyli Objaśnienie marzeń sennych Sigmunda Freuda. To już antyk.
- Czytasz Freuda?
- Lubię sobie czasem poanalizować - odpowiedział, jakby analizowanie było zajęciem całkowicie powszechnym wśród ogółu nastolatków. - A ty co tam masz?
The Perks of Being a Wallflower.
- Aha! Dałaś się złapać na promocję i dziki bum na tę książkę. Stary dobry Charlie i nieśmiertelne być albo nie być. Książka jest niebywale męcząca i nie wnosi do życia nic, oprócz trzydniowego otępienia i dziwnego smutku. Zdecydowanie nie polecam. Ale jeśli chcesz, mogę pożyczyć ci coś swojego..?
Dziewczyna przyglądała mu się z pewną dozą nieufności pomieszanej z upartą ciekawością. Jak łatwo można się było domyślić, drugie z uczuć zwyciężyło.
- Czemu nie... Tak w ogóle, jestem Leah.
- A ja Cory. Miło mi cię poznać, Leah - krótko uścisnął jej dłoń i zanurkował w głębi swojego plecaka. - Co by tu... Jest! Co powiesz na Portet Doriana Graya ? Trochę ciężko się czyta, ale nie jest pusta, jak większość dzisiejszych tak zwanych dzieł literackich.
- Przeczytam z przyjemnością. Dziękuję.
Posłała nowemu znajomemu uśmiech, który świat mógł obejrzeć po raz pierwszy. Był to uśmiech kogoś, kto właśnie znalazł pokrewną duszę, a kto jeszcze nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Otworzyła niegrubą książkę na stronie tytułowej i, zanim autokar ruszył, spojrzała na niepozornego nastolatka. Zupełnie inny... Jej myśli rozpłynęły się w ułamku sekundy, gdy usłyszała dźwięk przychodzącego SMSa. Najpierw pojedynczego... Potem kolejnego... A na koniec jeszcze jednego... Jak się szybko okazało, pierwszy był od Paris:

Powiedz, że mi się przywidziało! O__o Czy ty przed chwilą gadałaś z TYM WITCHER'EM?!?! Koniecznie musisz opowiedzieć mi wszystko na postoju! xoxo
                                                                                                        P.
Pff... Serio? Paris naprawdę podobał się ten zadufany w sobie gnojek? Zresztą, jej sprawa. Od kogo był kolejny SMS? Nacisnęła małą kopertkę wyświetlającą się w prawym dolnym rogu.

Skarbie, uważaj na siebie. Kocham cię.
                                                                        Mama

Leah uśmiechnęła się do dotykowego ekranu swojego telefonu i odpisała rodzicielce wiadomość o podobnej treści. Kiedy przyszedł czas na otwarcie ostatniej, była prawie pewna, że to ponownie młoda Jackson pisze do niej w sprawie Jamie'ego Witchera. Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy zobaczyła ten krótki tekst:

Życzę Ci dobrej zabawy. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, nie bój się zadzwonić. Niech Bóg Ci błogosławi. Kocham Cię
Doo Doo                   

Tym razem nie zdołała powstrzymać wzruszenia. Doo Doo... Zwracała się do niego w ten sposób tylko wtedy, gdy zostawali sami, a on opowiadał jej o książkach, podróżach i życiu. Nie wierzyła, że pamiętał także o niej. Pojedyncze łzy potoczyły się po obu jej policzkach, lecz szybko otarła je wierzchem dłoni. Uff... Na szczęście Cory niczego nie zauważył. Jeszcze tego brakowało, by od razu pomyślał, że maże się z byle powodu. Wzięła kilka głębszych oddechów i wróciła do przeczytanej wiadomości. Postanowiła odpisać jedynie krótkie dziękuję. Dlaczego tylko tyle? Czasami tyle wystarczy i była pewna, że Michael zrozumie jak bardzo jest mu wdzięczna. Nie tylko za tego SMSa, ale za wszystko, co ostatnimi czasy wydarzyło się w jej życiu.

piątek, 13 lutego 2015

This Is Not It_26

- Przepraszam - wymamrotał Harry.
Dumbledore pokręcił głową.
- Ciekawość to nie grzech. Ale z ciekawością trzeba uważać... oj, tak...

- Joanne K. Rowling Harry Potter i Czara Ognia

Noc spowiła już cały śpiący świat swoim czarnym całunem, pozwalając tylko pojedynczym gwiazdom przeniknąć ciemność. Wiatr ze wschodu targał skulonymi ze strachu drzewami, nie pozostawiwszy im nawet chwili wytchnienia. Świerszcze przerwały swój koncert pośród równo skoszonej trawy. Nawet ćmy i świetliki pochowały się, drżąc przed siłą żywiołu. Mimo tej wichury, ani jeden błysk nie rozświetlał pochmurnego nieba, by zwiastować burzę. Mężczyzna, w narzuconym na zieloną piżamę, białym szlafroku, przyglądał się zawierusze przez duże okno w salonie. Był środek nocy, blisko godziny trzeciej, a on przyszedł tu z nadzieją spędzenia kolejnej bezsennej nocy w swojej tarasowej kryjówce, jednak tym razem pogoda postanowiła najzwyczajniej sobie z niego zadrwić. Bezsilny, oparł czoło i koniuszek nosa o szybę, na której już po chwili pojawiła mleczna para. Niewiele myśląc, palcem wskazującym wypisał imię, które dziwnym trafem, jako pierwsze przyszło mu do głowy. Annie. Obok imienia zaraz pojawiło się serduszko. Zatrzymał dłoń, chcąc lepiej przyjrzeć się swojemu dziełu. Gdyby pozostawił je w takim stanie, wyglądałoby niedorzecznie i co najmniej śmiesznie. Szybko dopisał pozostałą część, która miała się tam znaleźć od początku. Omer. Tak, teraz wyglądało to zdecydowanie lepiej. Bez porównania. Nagle jego wyczulony, muzyczny słuch ostrzegł go przed dźwiękiem zbliżających się do salonu kroków. Szybko starł miłosne równanie i bezmyślnie utkwił wzrok w bezmiernej dali, starając się pozostać niezauważonym. Do pokoju, z latarką oświetlającą najbliższe półtora metra, niczym gejsza ze skrępowanymi stopami, małymi kroczkami dreptała zawinięta z kołdrę Sarah. Otwarte szeroko oczy błyszczały jak w gorączce, spierzchnięte usta drżały, z zimna lub pragnienia, a niezdrowe rumieńce rozogniły jej policzki. Przypomniał sobie jak po południu podsłuchał jej rozmowę z Erin (tak,tak... wiedział, że to niezbyt grzeczne, jednak nie mógł się powstrzymać), podczas której zawzięcie upierała się, że czuje się świetnie. Jak widać było na załączonym obrazku, mocno minęła się z prawdą. Nie zwracając uwagi, bądź po prostu przeoczywszy obserwującego ją Michaela, podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej małą, półlitrową butelkę mleka. Minęła chwila. Dźwięk tłuczonego szkła spowodował, że podskoczył ze strachu w swojej kryjówce. Mężczyzna, jednocześnie przerażony tym, że mogłaby się pokaleczyć i wzruszony jej nieporadnością, postanowił wyjść z ukrycia. Zapalił światło, przysporzywszy i jej małego zawału serca, zmusił ją do przymrużenia oczu przed natrętną jasnością. Wprawnym okiem szybko ocenił sytuację: butelka, w jednym kawałku, wciąż tkwiła w jej delikatnej dłoni, a po podłodze nie walały się żadne odłamki.
- Obudziłam cię? Przepraszam... - usłyszał jej zachrypnięty głos.
- Nic się nie stało - mało brakowało, by się roześmiał, czując jednocześnie niewysłowioną ulgę. - Usiądź, pomogę ci.
Odsunął jej krzesło i pozwolił, by, wciąż opatulona kołdrą kobieta, zajęła miejsce przy stole. Zręcznie wyciągnął z górnej szafki niewielki rondelek i wlał do niego całą zawartość cudem ocalałej butelki. Z lodówki wyciągnął kremowe masło i nabrawszy niewielką bryłkę na łyżkę, wrzucił ją do garnka. Wolną od mieszania ręką, sięgnął do szafki, tym razem ulokowanej na dole i spośród wielu różnobarwnych opakowań wybrał to czerwone, zawierające w sobie kilka saszetek ze środkiem przeciw przeziębieniowym i przeciwgorączkowym do rozpuszczenia w ciepłej wodzie. Zmniejszył gaz pod lekko parującym wywarem i zajął się krojeniem dwóch ząbków czosnku w drobną kosteczkę. Zerknąwszy przez ramię na siedzącą nieruchomo Sarah, zobaczył jej bladą rękę wyłaniającą się spod kołdry w poszukiwaniu chusteczek leżących po drugiej strony blatu. Zza pleców dobiegło go ciche pociąganie nosem, a po chwili także przeciągły świst czajnika. Nalał wrzątku do połowy wysokości glinianego kubka, drugą połowę wypełniając zimną wodą. Rozpuścił pachnący cytryną proszek i podał jej kubek. Skrzywiła się niczym mała dziewczynka, niemo wzbraniając się przed zażyciem niezbyt smacznego leku.
- Wypij to. Zbije gorączkę - powiedział Michael autorytatywnym tonem, wciąż z trudem powstrzymując uśmiech.
Wrócił, do przygotowywania cudownej mikstury mającej postawić na nogi jego przyjaciółkę. Przyjaciółkę. Tak właśnie... To co ich łączyło można by chyba nazwać przyjaźnią. Może dopiero co kiełkującą, a jednak... Szczery uśmiech rozjaśnił jego zmęczoną, pięćdziesięcioczteroletnią twarz, która jednak nie zdradzała jeszcze cech charakterystycznych dla tego wieku. Dosypał posiekany czosnek do przyjemnie bulgoczącego wywaru,a po chwili dodał do niego także łyżeczkę zupełnie białego, rzepakowego miodu. Gdy wyglądało na to, że mikstura była gotowa, zdjął rondelek z ognia i przelał jego zawartość do kolejnego, większego niż poprzedni, kubka. Wyłączył kuchenkę indukcyjną, by zająć miejsce vis a vis kobiety, która wciąż odczuwała na języku nieprzyjemny posmak lekarstwa, dając upust swemu niezadowoleniu poprzez ciągłe przygryzanie ust. Mężczyzna zapalił świecę o zapachu jaśminu stojącą na stole i podsunął Sarah kolejny kubek.
- Co to jest? - wycharczała bardziej, niż powiedziała, obrzucając go nieufnym spojrzeniem rozgorączkowanych, lśniących oczu.
- Domowy sposób na walkę z grypą. Do dna!
Jego 'okrzyk' zabrzmiał dość zabawnie, zwłaszcza kiedy został wypowiedziany raczej szeptem. Sarah, szczęśliwa, że przynajmniej zatykanie nosa (z powodu okropnego kataru) mogła sobie odpuścić, zamoczyła wargi w parującym płynie.
- Ałć! Gorące!
- Tylko takie będzie w stanie coś zdziałać. Pij i nie marudź... Gdzieś ty się tak urządziła, co? Pewnie na lotnisku?
- To było trzy dni temu - powiedziała, po czym postanowiła szybko zmienić temat. - Skąd u ciebie takie zdolności kulinarne? Myślałam, że... - jej wywód przerwał nagły napad kaszlu. Gdy tylko się skończył, kontynuowała - że ograniczasz się do naleśników.
- Miałem kiedyś gosposię , która z pochodzenia była Czeszką. Przezabawna kobieta! Katowała nas tym napojem przy okazji każdej grypy i to nie tylko chorych. Wszyscy musieli pić to świństwo"profilaktycznie", jak mówiła. Niby nie brzmi strasznie, ale dzieci były wtedy w takim wieku, że łapały dosłownie wszystko. Przez pół roku nie piłem chyba nic innego. Ale, co by nie mówić, pomagało, chociaż było niezłym wyczynem namówić dzieci, szczególnie Prince'a, na wypicie takiego wywaru.
- Wyobrażam to sobie. Annie też nie lubiła tego typu wynalazków, a chorowała prawie ciągle do jedenastego roku życia. Od tamtego momentu nigdy więcej nie odwiedzałyśmy lekarza, chyba że z powodu szczepień obowiązkowych.
- U nas, kiedy Prince miał siedem, Paris sześć, a Blanket dwa latka, musiałem sprowadzić lekarza na stałe do domu. Jeździł z nami wszędzie, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy jego pomoc okaże się niezbędna.
Popatrzył na swoją towarzyszkę. Jej ciemnobrązowe oczy zmatowiały, dając wyraźny sygnał, że gorączka zaczęła spadać. Przestały targać nią niekontrolowane dreszcze. Cudowny napój Pani Miromily i tym razem okazał się niezawodny.
- Myślisz, że Annie dotarła już na miejsce? - zapytała, powtórnie zmieniając temat.
- Pewnie tak... Chociaż Omer miał zaplanowany przylot na wczorajszy wieczór, a wciąż nie dał znaku życia.
- Przedwczorajszy wieczór - poprawiła go już znacznie pewniejszym głosem. - Jest prawie czwarta nad ranem.
- Faktycznie... Wiesz, może powinienem się o niego martwić, ale mam jakieś dziwne przeczucie, że ostatecznie wcale nie zamierzał wylądować w Argentynie.
- Gdzie w takim razie, twoim zdaniem, się teraz znajduje?
- Niezmiennie, obok twojej córki, w samolocie kierującym się prosto do Afryki.
- Widzę, że nie jestem osamotniona w tym przeczuciu... Myślisz, że oni wiedzą, że my wiemy?
Michael zmarszczył czoło, gorączkowo przetwarzając w głowie jej pytanie. W końcu był środek nocy. Gdy wreszcie zrozumiał, co miała na myśli, jego oblicze ponownie się rozpromieniło.
- Sądząc po tym, jak nieźle się kamuflują, mają chyba nadzieję, że ciągle niczego się nie domyślamy. Kiedy na to wpadłaś?
- Tak naprawdę pewność zyskałam dopiero po wczorajszym telefonie Seana. Chłopak nie brzmiał najlepiej, pytając, czy mógłby podrzucić mi dziś do pracy rzeczy Annie, które u niego zostawiła. Zgodziłam się, bo nie chciałam, żeby przyjeżdżał tutaj i cię niepokoił. Do tej pory głowię się, co też tej mojej pierworodnej odbiło. Przecież Sean to taki fajny chłopak...
- Hej! Omer to też świetny, młody mężczyzna. Nie wiem, o co ci chodzi.
- Przepraszam, źle to zabrzmiało. Miałam na myśli to, że miedzy nimi jest taka duża różnica wieku.
- Kiedy ja brałem ślub z moją pierwszą żoną, było miedzy nami dziesięć lat różnicy. Poza tym, między nami jest osiem lat, a ja i tak uważam, że stanowimy całkiem niezłą parę - nie mógł powstrzymać się od puszczenia jej oczka.
- Panie szefie... Niech pan się tak nie rozpędza.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać. Choroba tylko dodaje ci uroku.
- Dobra, dobra... Jak to się mówi? - podrapała się po głowie. - Aha! Bujać to my, ale nie nas.
Nie mogli powstrzymać śmiechu, który poniósł się echem po całym domu. Gdy tylko zdali sobie z tego sprawę, natychmiast zakryli dłońmi usta i chichotali jak dzieci przyłapane na gorącym uczynku.
- Więc twoim zdaniem to dobrze, że coś jest między nimi?
- Tak sądzę. Sama pomyśl - zwrócił się do niej z dobrotliwym uśmiechem na ustach. - Czy Annie nie była szczęśliwsza, odkąd udawali, że nic ich nie łączy?
- Niby tak, ale...
- Ja mogę z czystym sumieniem przyznać, że dawno nie widziałem Omera tak radosnego. Momentami wydawało mi się, że unosi się tuż nad podłogą, zamiast normalnie chodzić. Kiedy trenowaliśmy, był kompletnie rozkojarzony. Myślę, że wpadł jak śliwka w kompot.
- Jakoś nie wydaje mi się, żeby taka gwałtowna miłość mogła zakończyć się dobrze.
- Bredzisz! - podsumował, choć szybko się zreflektował, widząc jej obruszenie. - To znaczy... Nie uwierzę, że twój mąż nie zwariował na twoim punkcie w mniej niż dziesięć sekund od kiedy cię zobaczył.
- No to chyba jednak będziesz musiał... George i ja to zupełnie inna sprawa. Ale to nie czas na takie historie. Lepiej już się położę. Dziękuję, że się mną zająłeś i za tę rozmowę.
- Sarah, przepraszam, jeśli cię zasmuciłem wspominając o twoim mężu. Naprawdę nie...
- To nic takiego. Po prostu nie chcę o tym rozmawiać. Dobrej nocy.
Wyszła, wciąż owinięta w koc, z oczami szklącymi się nie od gorączki, ale od gorzkich łez.

piątek, 30 stycznia 2015

This Is Not It_25

Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić. 
- Harlan Coben Nie mów nikomu

Kompletnie nie wierzyła w to, że siedziała właśnie w wygodnym fotelu samolotowym, obok jednej z najważniejszych osób w jej życiu. Jakimś cudem udało jej się przetrwać burzę, która rozpętała się tuż po jej powrocie do domu. Dzięki Bogu, wybiła Omerowi z głowy pomysł, o pojawieniu się w salonie razem z nią, dzięki czemu wzbudziliby jeszcze większe podejrzenia domowników. Niestety, wiązało się to z tym, iż musiała samodzielnie stawić czoła gniewowi matki, co przy temperamencie rodzicielki nie wydawało się takie proste. Nie wiedzieć czemu, gdy tylko przeszła przez główne drzwi, zobaczyła Sarah wachlującą się dokładnie tym samym plikiem papierów, który w tamtej chwili powinien leżeć sobie spokojnie w jej sypialni. Świetnie pamiętała, jak drobne kropelki potu wstąpiły jej na czoło, a głos uwiązł w gardle. Matka, kiedy tylko ją zobaczyła, zerwała się z fotela i stając tuż przed nią, rozpoczęła reprymendę, nie oszczędzając przy tym swojego gardła. Jak długo zamierzałaś trzymać to w tajemnicy?! Chcesz zostawić babcię i siostrę na pół roku?! Czy w ogóle pomyślałaś o tym, jak ty tam przeżyjesz?! Niech ci się nie wydaje, że pozwolę ci gdziekolwiek wyjechać, moja droga! Po moim trupie! Pojawiło się jeszcze parę zdań wygłoszonych w podobnym tonie, zanim zdołała nieśmiało przerwać swojej rodzicielce. Kiedy wreszcie mogła zacząć się tłumaczyć, do środka wparowało rodzeństwo Jacksonów, uważnie przyglądając się wszystkim zebranym. Z ich perspektywy musiało to wyglądać naprawdę ciekawie: Leah, zaczytana w grubym tomiszczu, starsza z dziewcząt, stojąca ze spuszczoną głową, niczym mała dziewczynka, Sarah, czerwona od gniewu lecz milcząca i wreszcie ich ojciec, z rozbawieniem przyglądający się całej tej sytuacji. Jednak, zamiast okazać w jakikolwiek sposób swoje zaskoczenie, każde z nich podeszło do Michaela i otrzymało od niego powitalny pocałunek w czoło. Przez krótką chwilę w głowie Annie pojawiło się pytanie: jak wiele skrajnie nietypowych sytuacji musiały widzieć te dzieci, skoro będąc świadkiem tej jednej, nie posłały im nawet pojedynczego, zaskoczonego spojrzenia... Jednak ta myśl rozpłynęła się równie szybko, jak się pojawiła, gdy jako kolejny, w salonie pojawił się Omer. Uśmiechnięty, z oczami błyszczącymi jak najszlachetniejsze diamenty, zatrzymał się w ustami otwartymi w połowie rozpoczętego zdania. No cóż... przynajmniej jego choć odrobinę zdziwiła ta dramatyczna scena. Jego ukochana posłała mu natychmiast ostrzegawcze spojrzenie, przypominając, by nie wspomniał przypadkowo o tych trzech wspólnie spędzonych tygodniach. Sarah, speszona nagłym, nietypowym zbiorowiskiem, rzuciła tylko krótkie jeszcze z tobą nie skończyłam, Anno Faith Anderson i opuściła pomieszczenie, purpurowa od gniewu i wstydu. Przez resztę dnia obie kobiety nie wymieniły miedzy sobą nawet jednego słowa. Nastąpiło to dopiero wtedy, gdy niczego nieświadoma Erin podczas kolacji, którą już od dłuższego czasu jadali razem z Jacksonami, zapytała:
- A skąd taka mina, kochanie? - zwrócając się do swojej starszej wnuczki.
Wtedy dziewczyna, chcąc nie chcąc, musiała również przed babcią przyznać się do swojego nieodwołalnego, jak postanowiła, wyjazdu. Potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała i nie do końca była pewna, jak zareagować na taki obrót spraw. Erin uśmiechała się, wyrozumiale potakując głową, wsłuchana w opowieść blondwłosej studentki. Potem wyraziła swój podziw dla jej odwagi, nie szczędząc jej przy tym wyrazów bezgranicznej miłości i zaufania. Nie przemilczała oczywiście kwestii bezpieczeństwa, jednak nie działała tak histerycznie, jak jej synowa, dzięki czemu wszyscy obecni stopniowo się rozluźnili. Tak naprawdę, tylko dzięki babce udało się Annie zdobyć zgodę Sarah na wyjazd, a ta była niepospolicie twardą zawodniczką. Gdy już brakowało jej oręża w nierównej walce przeciwko córce i teściowej, chwyciła się ostatniego argumentu, niczym tonący przysłowiowej brzytwy: A co z Seanem? To pytanie zamknęło usta najstarszej z Andersonów, a tę o wiele młodszą wprawiło w zakłopotanie. Nie mogła tak zwyczajnie przyznać się do porzucenia tego ciemnoskórego, wcielonego ideału każdej szanującej się amerykańskiej matki, bo z prawie wywalczoną zgodą na wyjazd mogłaby się pożegnać. Musiała grać na zwłokę, powiedzieć, że przyda im się mały odpoczynek, co oczywiście nie przekreśla całego związku. Czy pomyślała o tym, że Sean mógłby skontaktować się z jej matką i opowiedzieć jej o odrzuconych zaręczynach? Oczywiście. Jednak chłopak nie znał powodu jej odmowy, co zostawiało jej bliskim pewną swobodę w interpretacji. Poza tym, kiedy już wróci z Afryki, jej były zdąży zagoić rany i zapomni, pozwalając jej wieść spokojne życie u boku, rozpoczynającego swoją światową karierę, mężczyzny. Może, gdy ponownie zawita do ojczyzny, rodzina zdoła zaakceptować jej szalony romans, który w ciągu trzech tygodni przerodził się w miłość poza grób. Uśmiechnęła się, czując dłoń Omera ściskającą delikatnie jej własną. To, że leciał z nią dla pozostałych było równie nieoczywiste, jak ich skrywany związek. Chłopak cierpiał, mając świadomość, iż okłamał swego mentora, także jego dzieci, za które po części czuł się odpowiedzialny. Rozumiał jednak, że w innym wypadku cały ich plan spali na panewce, do czego w żadnym wypadku nie chciał doprowadzić. Dlatego też wszyscy byli pewni, iż wysiądzie w Argentynie, gdzie miał ponoć zaplanowane spotkania z ludźmi odpowiedzialnymi za doprowadzenie do końca prac nad jego pierwszym w życiu albumem studyjnym. Właściwie on również nie do końca minął się z prawdą. Spotkania faktycznie miały odbywać się w Argentynie, jednak dopiero w przyszłym miesiącu, gdy pogoda nieco się poprawi i będzie można rozpocząć prace nad jednym z klipów. Dzięki takiemu rozwiązaniu, papużki nierozłączki mogły spędzić razem kolejne, przepełnione miłością, cztery tygodnie, bez wtajemniczania w szczegóły osób trzecich. Samolot zamruczał, najpierw jak dachowiec z radością odbierający pieszczotę, potem jak dziki kot szykujący się do skoku. Blondwłosa stewardessa w biało-fioletowym mundurku i liliowej apaszce na szyi, już po udzieleniu obowiązkowego instruktażu, zajęła się pasażerami siedzącymi bliżej kokpitu. Po krótkiej chwili przy zakochanej parze pojawiła się inna ślicznotka, tym razem w hebanowo czarnych lokach związanych w wysoką kitę, prosząc ich, by zapięli pasy, gdyż zbliża się pora startu. Potem zapytała, czy aby czegoś nie potrzebują, a gdy przecząco pokręcili głowami, życzyła im już tylko przyjemnej podróży i zniknęła w dalszej części pokładu.
- Omer!
Posłała mu dość mocnego kuksańca w bok, gdy tylko zauważyła, jak oczy jej lubego mimowolnie wędrują za ciasno opiętymi purpurowym materiałem, krągłymi pośladkami stewardessy.
- Ałć! Coś ty, karate trenowała w dzieciństwie?
- Nie, ale jak będzie trzeba, to skopię ci tyłek, skarbie.
- Zerknąłem tylko dla porównania. Dzięki temu moja hipoteza została potwierdzona: twoja pupa jest najcudowniejsza na świecie - powiedział, ukazując w szerokim uśmiechu rząd śnieżnobiałych zębów.
- Następnym razem, dla własnego dobra, potraktuj to jako dogmat, ok?
- Tak jest, wasza wysokość.
- Jesteś niemożliwy! - złożyła na jego ustach krótki pocałunek. - Masz ochotę posłuchać muzyki?
Z bagażu podręcznego wyciągnęła skręcone w prawdziwie marynarski węzeł, czarne słuchawki i jedną z nich podała chłopakowi, drugą zaś wetknęła do swojego ucha. Nie trzeba było czekać długo, by do ich uszu dopłynęły pierwsze takty piosenki Olly'ego Mursa Dear Darling. Omer przymknął ozdobione długimi rzęsami powieki i odpłynął, nie zwracając uwagi na to, co działo się z Annie. W jej głowie, równocześnie ze słowami:

I can’t stop my hands from shaking
'Cause I’m cold and alone tonight.
I miss you and nothing hurts like no you.

w jej myślach pojawiła się twarz Seana. Jak się trzymał? Czy był na nią zły? Czy kiedyś jej to wszystko wybaczy. Gdy tylko wyobraziła go sobie, dłońmi zakrywającego zapłakane twarz, przeklęła cicho samą siebie. Nie powinna rozdrapywać tak świeżej rany. Śladem swojego ukochanego zamknęła oczy i poddała się chwili relaksu, ani na moment nie puszczając jego dłoni. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo jej wyobrażenia różnią się od rzeczywistości... Wyjrzałaby przez niewielkie okienko ogromnej maszyny, by dostrzec samotnego chłopaka stojącego na płycie lotniska, z głową wpatrzoną w niebo, którego policzków nie przecinała nawet pojedyncza łza, a serce pozostało twarde, jak pęknięty w połowie, zimny głaz.



piątek, 23 stycznia 2015

This Is Not It_24


- Jestem szczęśliwa. Nigdy w całym moim życiu nie czułam się tak dobrze. A ty?
- Ja? – przytula ją do siebie – ja czuję się znakomicie.
- Tak, że mógłbyś palcem dotknąć nieba?
- Nie, nie tak.
- Jak to, nie tak?
- O wiele wyżej. Co najmniej trzy metry nad niebem.

- Federico Moccia Trzy metry nad niebem


- Musisz być dumna z Annie...
- Dumna?! Z tego, że zamierza lecieć na drugi koniec świata, żeby próbować leczyć chorych w kompletnej dziczy, narażając przy tym własne życie?!
- Jeśli mielibyśmy być dokładni, Afryka to sąsiedni kontynent, a nie od razu koniec świata...
- Zamierzasz mnie jeszcze teraz uczyć geografii?! Ja chyba śnię!
Chodziła to w jedną, to w drugą stronę, wściekle wymachując papierami znalezionymi całkowicie przypadkowo w pokoju starszej z córek. Gniew, jaki przepełniał ją od stóp do głów, z jednej strony nieco ją przerażał, z drugiej zaś była w stanie prawie całkowicie go usprawiedliwić. No bo jakim prawem jej pierworodna wybiera się tak daleko, nawet nie racząc jej powiadomić, chociaż dokumenty świadczą o tym, iż wylatuje ze Stanów za trzy dni?! Nie zważała na czekoladowe oczy jej pracodawcy, obserwujące ją z rozbawieniem, ani na spłoszone spojrzenie Leah rzucane znad krawędzi parusetstronicowej książki, którą dostała od Michaela. Miała gdzieś, co sobie o niej pomyślą. Wściekała się i miała do tego pełne prawo. Niech no tylko ta smarkula wróci... Już ona sobie z nią porozmawia! Nie po to pochowała jej ojca, by niedługo musieć urządzać pogrzeb córki. Kto wie, czym ona może się tam zarazić... Ebola, AIDS, malaria... To nie takie trudne, złapać jakieś świństwo, zwłaszcza, gdy non stop przebywa się w otoczeniu ludzi chorych. Poza tym, czy ona zdawała sobie sprawę o ile gorsze warunki panują tam, niż tutaj? Ciekawe, co by powiedziała na niemożność wzięcia gorącego prysznica przez przynajmniej pół roku, nie mówiąc już o skorzystaniu z PRYWATNEJ toalety. Goniła za dziecinnymi mrzonkami, zapominając o szarych realiach. A rodzina? Czy pomyślała, jak poczuje się Erin, gdy jedna z jej wnuczek wyniesie się na drugi koni... na sąsiedni kontynent. Niech ci będzie, Jackson. - powiedział głos w jej głowie. Czy zastanawiała się, jaki wpływ będzie miała jej wyprowadzka na Leah? Co będzie, kiedy małej zabraknie autorytetu w postaci starszej siostry (o taak... już dawno przestała się łudzić, jakoby to ona miała być dla nastolatki wzorem do naśladowania)? Czy wreszcie pomyślała o swojej matce, może jeszcze nie takiej starej, ale znów nie tak młodej, która bezsprzecznie uschnie tutaj z tęsknoty? Doskonale pamiętała godziny przeciągające się w dni, tygodnie, a potem miesiące, kiedy to z drżeniem serca wyczekiwała choćby najkrótszego listu od George'a, który nigdy nie pozostawał w jednej bazie dłużej niż dwa tygodnie. A co z Seanem? Przecież chyba nie zostawi tutaj swojego chłopaka na pół roku... Może zadzwoni teraz do niego i zapyta, czy Annie wspominała mu cokolwiek o wyjeździe? Wyciągnęła komórkę z kieszeni luźnych spodni w kolorze khaki i wykręciła numer. Zanim jednak zdążyła nacisnąć zieloną słuchawkę, usłyszała głos pana domu.
- Chyba do niej nie dzwonisz... Nie wydaje ci się, że to nie rozmowa na telefon?
- Daj spokój! Dzwonię do Seana. Może on wie cokolwiek o tym wariackim pomyśle.
- Zaczekaj! A co, jeśli nic mu jeszcze nie powiedziała? Chyba nie byłoby dobrze, gdyby dowiedział się tego od ciebie.
Spojrzała na niego przekrwionymi z gniewu i zmęczenia oczami. Od pobytu Leah w szpitalu nie sypiała najlepiej, ponadto nie miała apetytu, ani większej chęci do wstawania z łóżka. Mimo że córka wróciła już do domu, Sarah wciąż tkwiła w dziwnym amoku, z którego wyrywała się tylko na czas nocnych wycieczek na taras, podczas których prowadziła całkiem ciekawe rozmowy ze swoim szefem. Odkąd spotkała go tam pierwszy raz, omijała tamto miejsce do czasu, gdy po chorobie córki okazało się, że tylko tam jest w stanie poukładać sobie myśli kłębiące się w jej głowie. Zdając sobie sprawę, że słuszność i tym razem leży po stronie mężczyzny, bezsilnie opadła na fotel.
- Może masz rację, ale co twoim zdaniem powinnam teraz zrobić? Grzecznie poczekać, aż wróci do domu i mi to wszystko wyjaśni?
- Chyba nie masz innego wyjścia - odparł, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Co cię właściwie tak bawi, hę?
- Po prostu chyba nigdy nie spotkałem kobiety, która z rozszalałego wulkanu przemienia się w oazę spokoju w mniej niż pięć sekund.
Poczuła napływający na jej policzki subtelny rumieniec, choć nie wyczuła w jego głosie jakiejkolwiek dwuznaczności. Bojąc się, iż rozmowa mogłaby zejść na niebezpieczne dla niej tematy, z troską przyjrzała się młodszej córce.
- Leah, poprosiłaś Prince'a, żeby dowiedział się, co twoja klasa robi w tym tygodniu na lekcjach?
- Tak, mamo, obiecał, że zapyta nauczycieli, żebym mogła nadrobić zaległości - odpowiedziała pokornie dziewczyna, wychylając się zza czytanej książki.
- A podziękowałaś mu?
- Jeszcze nie...
- Przecież jeszcze nie ma za co - do rozmowy włączył się wciąż lekko rozbawiony Michael. - Leah, nie powiedziałaś mi jeszcze, jak podoba ci się powieść?
- Doszłam dopiero do siedemdziesiątej strony, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest naprawdę świetna. Nie wpadłabym na to, że można napisać książkę o książkach.
Nastolatka z czułością pogładziła okładkę Atramentowego Serca pióra Cornelii Funke. Pięćset stronic przesiąknęło zapachem biblioteki Jacksona, bogatej jak żadna inna, którą do tej pory widziała. Mimo iż nieco krępował ją tak wielkoduszny gest ze strony pracodawcy jej matki, z radością przyjęła podarek. Książki, to coś, co kochała. To dzięki lekturze przeżywała kolejne życia, dzieliła przygody z bohaterami, a także płakała, śmiała się, czy też tęskniła razem z nimi. Świat pisany miał jeszcze jedną, zasadniczą zaletę, którą odebrano światu realnemu, a mianowicie możliwości opuszczenia go w dowolnej chwili bez żadnych konsekwencji. Słysząc milczenie, jakie zapadło między zebranymi, które potraktowała, jako zakończenie rozmowy, wróciła do upragnionej lektury. Każde z nich, pogrążone we własnych myślach, zapomniało o istnieniu drugiego w oczekiwaniu na powrót sprawczyni całego zamieszania.

*

Jak to możliwe, że w ciągu niecałej godziny, pogoda tak bardzo się pogorszyła? Miała na sobie obcisłe, białe jeansy, swój ulubiony sweter w kolorze kawy z mlekiem i puchowy bezrękawnik z puszkiem wokół kaptura, równie biały, jak jej spodnie. Dygotała z zimna, obserwując strugi deszczu spływające z blaszanego dachu przystanku autobusowego, pod którym się ukryła. Przyglądała się ludziom biegiem pokonującym dystans, jaki dzielił ich od przystanku do drzwi głównych dworca. Jedni przemoknięci od stóp do głów, drudzy przemykający pod tarczą parasola. Wszyscy jednakowo obojętni na otaczający ich świat. Z utęsknieniem przesuwała wzrokiem po obcych twarzach, szukając w nich znajomych rys ukochanego, jednocześnie rozcierając skostniałe dłonie. Czerwone plamy powstałe na jej bladej skórze przypominały, że jeżeli postoi tak jeszcze przez jakiś czas, zamarznie, pomimo dodatniej temperatury, pod wpływem przenikliwego i lodowatego wiatru. Pośród tłumu wylewającego się z szarego autobusu, dostrzegła zakapturzoną sylwetkę mężczyzny, zbliżającego się do niej znajomym, lekkim krokiem. W samą porę. Chłopak objął ją w pasie i mocno przytulił, nie zważając na skrzypienie ich ocierających się o siebie, mokrych kurtek. Kiedy zdjął kaptur, zobaczyła jego intensywnie czekoladowe oczy, wokół których pojawiły się, z powodu uśmiechu, nieznaczne zmarszczki. Próbowała odwzajemnić jego radość, lecz gdy z wysiłkiem próbowała unieść choć odrobinę kąciki swoich ust, poczuła ciepłą kroplę spływającą po jej policzku.
- Hej, kochanie, co jest? - zapytał, gładząc palcem wskazującym jej skroń.
Musiała się pozbierać. Teraz było już za późno, aby się wycofać. Wzięła głęboki wdech, policzyła do dziecięciu i wytarła niepokorną łzę wierzchem dłoni. Potem ujęła jego rękę, prowadząc w kierunku wejścia do hali głównej, zapominając o niesłabnącym deszczu zalewającym ziemię tak, jakby nigdy nie zamierzał przestać.
- Lepiej chodźmy gdzieś usiąść.
Właściwie nie wiedziała, dokąd go ciągnie. Czy istniało dobre miejsce do tego, by porozmawiać o tym, co wydarzyło się przed godziną? Nie przestawała drżeć. Nie wiedziała, czy z zimna, czy z szoku, jednak nie bardzo miała czas, by się nad tym zastanawiać. Obojętnie mijała ludzi, czasem zderzając się z nimi, nie zawsze przy tym przepraszając. Zdezorientowany Omer próbował dotrzymywać kroku, nie pozwalając jej puścić swojej dłoni, by przypadkiem nie zniknęła mu z pola widzenia. A nie trudno było się zgubić. Ogromna hala, wzdłuż której w nieskończoność ciągnęły się małe sklepiki, knajpki, podrzędne restauracje, butiki i księgarnie, pękała w szwach. Nie mógł powstrzymać myśli, iż nie była to najlepsza godzina na spotkanie w miejscu takim, jak to, jednak nie śmiał się odezwać. Gdy niespodziewanie dziewczyna skręciła, o mały włos nie wylądował rozpłaszczony jak żaba, na szybie jakiejś jadłodajni. Jak się za chwilę okazało, przyprowadziła go do KFC, które ku zdumieniu obojga, nie było tego dnia oblegane. Mężczyzna uśmiechnął się na samo wspomnienie nierzadkich wizyt w restauracjach takich jak ta w towarzystwie przebranego Michaela i jego dzieci. Doskonale pamiętał, jak po przyniesieniu zamówienia przez ochroniarza, cierpliwie zeskrobywał panierkę z kurczaków przeznaczonych dla maluchów, twierdząc, że jest ona niezdrowa. Wtedy o tym nie myślał, ale dziś, zastanawiając się nad tym trochę dłużej nie był pewien, czy Jackson robił to z rzeczywiście z troski o swoje pociechy, czy też zwyczajnie chciał zabrać lepsze kąski dla siebie...
- Omer, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Nawet nie zauważył, kiedy usiedli przy jednym z tych bocznych, nieco zacienionych stolików. Annie zdążyła już zdjąć z siebie wilgotną kurtkę, podczas gdy on z roztargnieniem rozglądał się dookoła. Czuł, jak  żołądek przewraca mu się do góry nogami z głodu, mimo iż zjadł pokaźne śniadanie. Ale kto nie byłby głodny po trzygodzinnym, prywatnym treningu z samym Królem Popu, podczas którego miało rozstrzygnąć się, czy uczeń nareszcie przerósł mistrza. Jednak mimo swoich pięćdziesięciu pięciu lat, Michael pozostawał niepokonany.
- Przepraszam cię... Jestem po prostu trochę głodny. O czym mówiłaś?
- Może chcesz coś zamówić? - sprawiała wrażenie naprawdę zmartwionej.
- Najpierw opowiedz mi, co takiego się wydarzyło.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech, by za chwilę z miną winowajczyni przedstawić ukochanemu całą tę niedorzeczną historię.
- Byłam dziś u Seana, ale o tym już wiesz. Miałam zamiar powiedzieć mu o moim wyjeździe i jednocześnie oznajmić mu, że z nami koniec. Siedzieliśmy w jego pokoju, kiedy przyznałam, że przez pół roku nie będzie mnie w kraju i powinniśmy ze sobą zerwać, nie ze względu na mnie, ale na niego. On, słysząc to, zamiast się wkurzyć, popłakać, zrobić cokolwiek... siedział sobie, z takim dziwnym wyrazem twarzy, lekko uśmiechnięty, jakby już obmyślił cały plan. No i rzeczywiście już go w swojej głowie opracował. Zaczął mnie przekonywać, że tutaj na mnie zaczeka, a jeśli chcę zostać dłużej w Afryce, to on pojedzie tam ze mną. Kiedy zawzięcie próbowałam mu to wybić z głowy, on bez żadnego ostrzeżenia uklęknął przede mną i się oświadczył!
- Co zrobił?!
- Oświadczył mi się!
Chłopak w jednej chwili zbladł tak, że Annie miała wrażenie, że za chwilę zemdleje. Mocniej uścisnęła jego chłodną dłoń i nieco uniosła kąciki ust. Widziała to niewypowiedziane pytanie w jego ciemnych oczach.
- Nie bądź niemądry... Przecież wiesz, że w życiu bym się nie zgodziła. To ciebie kocham...
Jeśli to było możliwe, jego skóra zbladła jeszcze bardziej. Dziewczyna w jednej chwili, zdając sobie sprawę, co takiego powiedziała, spuściła wzrok, bojąc się spojrzeć mu w oczy. Jak mogła być tak głupia? Pewnie za chwile wyśmieje jej sentymentalizm i tę beznadziejną uczuciowość, niwecząc marzenia nieśmiało rysujące się w jej wyobraźni.Czy to możliwe, by po zaledwie trzech tygodniach tego niedorzecznego romansu, który wcale nie miał się wydarzyć, mogła czuć do niego coś tak poważnego? Gdy szukała odpowiedzi na to pytanie w otchłani swoich poplątanych myśli, usłyszała jego szept.
- Co przed chwilą powiedziałaś?
- Ja? Ja nic takiego nie powiedziałam. A co usłyszałeś?
- Sama wiesz. A więc powtórzysz, co powiedziałaś?
- Opowiedziałam ci, jak Sean poprosił mnie o rękę.
- A potem?
- Potem powiedziałam, że mu odmówiłam.
- A potem?
- Potem zapytałeś, co przed chwilą powiedziałam. - próbowała wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji za wszelką cenę.
- Nie prawda. Powiedziałaś coś jeszcze...
- Niby co takiego?
- Oj, wiesz dobrze.
- Nie mam pojęcia.
Jeśli uda jej się wyjść z tego bez szwanku i rany na własnej dumie, będzie niesamowicie szczęśliwa. Wydawało jej się, że wyparcie, to jedyna słuszna metoda, dlatego nie poddawała się, dopóki znów nie usłyszała jego głosu okraszonego tym urzekającym półuśmiechem.
- Ja też.
- Ja też co? - nie dbała o to, jak idiotycznie zabrzmiało to pytanie.
- Też cię kocham.
- Co?
- O nie... Nie zmusisz mnie do powiedzenia tego jeszcze raz.
Nachylił się nad nią, opierając się o czerwony stolik i lekko dotknął swoimi jej warg. Pasmo złotawych włosów założył jej za ucho i wyszeptał, sprawiając, że jej ciałem wstrząsnął nieoczekiwany dreszcz.
- Chyba kompletnie oszalałem, ale naprawdę cię kocham, Annie.
Ponownie połączeni pocałunkiem nie zwrócili uwagi na cztery nastolatki siedzące kilka stolików dalej, które przyglądały się im z błyszczącymi oczyma. To ciekawe, że kiedy widzisz szczęśliwą parę, zatracającą się w swoich objęciach, najczęściej nie marzysz o niczym innym, niż o powieleniu ich idealnej miłości. Gdy już wreszcie odsunęli się od siebie na nieco mniej niż metr, promieniejąc szczęściem, drobna blondynka powiedziała do swojego ukochanego o wiele pewniejszym głosem.
- Wracajmy. Muszę powiedzieć mamie o wyjeździe.

sobota, 17 stycznia 2015

This Is Not It_23


When a man loves a woman 
Deep down in his soul 
She can bring him such misery 
If she is playing him for a fool 
He's the last one to know 
Loving eyes can never see
                                                                    - Percy Sledge



Czuła ciepło bijące od jego ciała, gdy obejmował ją ramieniem, siedząc obok na łóżku w jego pokoju. Wdychała zapach jego perfum, tak inny od tego, którym pachniał mężczyzna zajmujący teraz miejsce w jej sercu. Gdy bawił się pierścionkiem tkwiącym na jej serdecznym palcu, gładziła dłonią jego udo. Maleńki kamyczek rzucał pojedyncze, migotliwe refleksy, odbijając promienie słońca wpadające przez okno. Niebo, pomimo dość chłodnego, styczniowego popołudnia, nigdy nie było bardziej przejrzyste i spokojne. Lecz nawet jego zielono-zimny odcień nie potrafił ukoić nerwów Annie. W odtwarzaczu kręciła się teraz płyta, którą Sean podarował jej na pierwszą rocznicę ich związku. Była to składanka jej ulubionych piosenek, w tym jej stuprocentowy faworyt: Just The Way You Are Bruno Marsa. Nigdy chyba nie słyszała piękniejszego utworu, choć przecież cudownych piosenek o miłości na świecie jest wiele. Kiedy jednak ta właśnie melodia zaczęła wypełniać sypialnię pierwszymi dźwiękami, ostrożnie wyswobodziła się z uścisku swojego chłopaka i wyłączyła wieżę. 
- Coś nie tak, Tinker Bell? - zapytał, obejmując ją od tyłu i opierając brodę na jej ramieniu.
Tinker Bell. To urocze przezwisko nadał jej ojciec, gdy była zaledwie trzy-, a może czteroletnim brzdącem. Miała wtedy bardzo wysoki głosik, który w żartach porównywany był do dźwięku małego dzwoneczka. Poza tym słynęła ze swojego wiecznego gadulstwa, więc imię disnejowskiej wróżki pasowało do niej jak ulał. Teraz tylko jej chłopak nazywał ją w ten sposób.
- Musimy porozmawiać, Sean.
Słowa z trudem przechodziły jej przez ściśnięte gardło. Odsunęła się od wtulonego w jej plecy chłopaka i wetknęła skostniałe, lekko drżące ręce w tylne kieszenie jasnych jeansów.
- To zabrzmiało groźnie - powiedział, unosząc kąciki ust w na pozór pewnym uśmiechu. - Co się dzieje?
Nie podnosząc wzroku, zajęła miejsce na łóżku i nie czekając, aż do niej dołączy, pozwoliła potokowi słów wylać się z niej z niebywałą szybkością.
- Przepraszam, że mówię ci o tym tak, późno, ale nie znalazłam dobrego momentu, aby poruszyć ten tematu. Dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że moja uczelnia umożliwia wyjazdy do Afryki, w ramach bezpłatnych praktyk. Zdecydowałam się wyjechać. Wylatuję za tydzień.
Cały róż, zwykle obecny na jej policzkach, rozpłynął się w nicość. Przy tej bladości jeszcze wyraźniejsze stały się sińce pod jej błękitnymi oczami... Wyrzuciła z siebie to wszystko, dopiero teraz mając chwilę na wzięcie oddechu. Patrzyła na mężczyznę, który poświęcił jej dwa i pół roku swojego życia, a którego musiała teraz zostawić, nie podając mu prawdziwego powodu ich rozstania. Właściwie, to wyznała mu tylko połowę prawdy. Faktycznie za tydzień wylatywała na inny kontynent, by pomagać lekarzom, a jednocześnie zdobywać doświadczenie. Od zawsze pragnęła służyć innym, dlatego właśnie zdecydowała się na medycynę, jednak praca tam, gdzie warunki nierzadko okazują się przeszkodą nie do przebycia, wydawała jej się spełnieniem marzeń. Tylko tam mogła naprawdę poczuć, że jest potrzebna i nic nie potrafiłoby jej powstrzymać od zaplanowanego już wyjazdu. Nawet scena, jaką urządziłby jej Sean. Ale on tylko siedział i wpatrywał się w nią tymi swoimi ciemnymi jak noc oczami, które wydawały się rozumieć wszystko. Prosiła go, lecz tylko spojrzeniem, by powiedział cokolwiek... W odpowiedzi usłyszała jedynie:
- Kiedy wrócisz?
- Właśnie powiedziałam Ci, że przeprowadzam się na inny kontynent, z dala od cywilizacji, by leczyć ludzi bez leków i sterylnych szpitali, a ty pytasz tylko o to, kiedy wrócę? Nawet nie próbujesz nie powstrzymać? - nie mogła uwierzyć w spokój wypisany na jego twarzy. I tę cholerną, bezgraniczną miłość w jego spojrzeniu.
- Wiem, że to od zawsze było twoim marzeniem, dlatego nie zamierzam cię powstrzymywać. Poza tym, jesteś córką swojej mamy, dlatego nawet nie łudzę się, że dałbym radę cię przekonać. Po prostu chciałbym wiedzieć, jak długo będę tu na ciebie czekał.
- A co jeśli w ogóle nie zamierzam wracać?
- Wtedy spakuję się jeszcze dzisiaj i  wyjadę razem z tobą. Ale może nie podejmuj tak poważnej decyzji zbyt pochopnie. Chyba o to mogę cię poprosić?
- Sean, ja nie chcę, żebyś tutaj na mnie czekał i marnował swoje życie. Może mnie nie być miesiąc, rok, albo dziesięć lat. Nie wiem, jak potoczy się moje życie. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co się stanie po wejściu na pokład samolotu, a co dopiero w tak odległej przyszłości. Nie chcę, byś czuł się w jakikolwiek sposób ograniczony, tylko dlatego, że coś mi obiecałeś. Przerabiałam już związek na odległość i z doświadczenia wiem, że nie da się żyć w ten sposób. Nie chcę obarczać cię takim ciężarem.
- Kiedy się kogoś kocha, Tinker Bell, nawet rozłąka nie potrafi tego zmienić. A jeśli ja chcę wziąć ten ciężar na swoje barki? Pomyślałaś o tym, że może wcale nie chcę spędzić życia bez ciebie, choćbym musiał mieszkać w lepiance i codziennie jeść placki z kukurydzy? Nie ważne gdzie. Ważne, że z tobą.
Nie wierzyła własnym oczom. Bezszelestnie ześlizgnął się na podłogę z, nakrytego kocem, łóżka i klęknął przed nią na jedno kolano, delikatnie ujmując jej dłonie.
- Anno Faith Anderson, czy chciałabyś rozjaśniać moje życie swoim uśmiechem do końca naszych dni? Czy chciałabyś zostać moją żoną? - Jego oczy jaśniały niesamowitym blaskiem. Widząc jej zaskoczoną minę, natychmiast zaczął się tłumaczyć. - Przepraszam, że tak bez pierścionka, ale trochę mnie zaskoczyłaś tym wyjazdem, jednak moja prośba jest całkowicie poważna. Pojedziemy po pierścionek jeszcze dzisiaj, jeśli tylko zgodzisz się wyjść za mnie. Bo się zgodzisz, prawda?
Przybrał proszący wyraz twarzy, utkwiwszy wzrok w jej pochmurno niebieskich oczach, które zasnuła dziwna mgiełka. Dziewczyna zakryła dłonią usta, próbując za wszelką cenę powstrzymać łzy zbierające się pod jej zaciśniętymi powiekami. Wyswobodziła swoje dłonie z jego uścisku, może odrobinę zbyt gwałtownie i stanęła, górując teraz nad klęczącym młodym mężczyzną. Odwróciła głowę, gdy wieża, choć uprzednio własnoręcznie przez nią wyłączona, odtworzyła piosenkę Cry Me A River Justina Timberlake'a. To nie tak miało wyglądać. To zbyt wiele...
- Wybacz, Sean... Ja... Ja nie mogę tego zrobić.
Spokojnie, jakby wciąż pod wrażeniem jego słów i obezwładniona szybkim biciem swojego serca, odeszła zamykając za sobą drzwi do jego sypialni. Wierzchem bladych dłoni otarła słone łzy spływające po jej policzkach. Bezmyślnie wyciągnęła telefon z kieszeni i wybrawszy Jego numer, napisała krótką wiadomość:

Spotkajmy się za godzinę na dworcu Union Station.
     Ann              



piątek, 9 stycznia 2015

This Is Not It_22


Nadzieja bierze mnie w ramiona i trzyma w swoich objęciach, ociera mi łzy i mówi, że dziś, jutro, za dwa dni wszystko będzie dobrze, a ja jestem na tyle szalona, że ośmielam się w to wierzyć. 
- Tahereh Mafi Dotyk Julii

Wciąż czuła ten żelazny posmak w ustach. W całym tym zamieszaniu, do czasu, gdy lekarz wreszcie nie zaprosił jej na salę, by mogła zobaczyć córkę, przygryzała wargi, na których wreszcie pojawiły się kropelki krwi. Teraz, gdy dotykała ust językiem, czuła tylko maleńkie strupki. Staromodny i nieco przykurzony zegar pokazywał godzinę 23:08. Od ponad godziny już siedziała na niewygodnym krześle, które Jackson wytrzasnął nie wiadomo skąd. Swoją drogą, jak to możliwe, by w szpitalu brakowało krzeseł dla bliskich, którzy odwiedzali chorych? Do północy pozostała jeszcze niecała godzina, a sale już oblegali nieuważni amatorzy fajerwerków z zakrwawionymi dłońmi, lub innymi częściami ciała. Istne szaleństwo. A w samym jego środku osiem osób, wystrojonych jak na bal, czekało w bocznym hallu. Sarah doskonale widziała ich twarze, na których strach ustąpił miejsca uldze i zmęczeniu, przez szybę w pokoju, w którym leżała jej młodsza córka. Nie zdołała ich przekonać, by zostali, zresztą, nawet nie miała do tego głowy. Nagle, jadąc karetką na sygnale i ściskając zimną dłoń swojej wciąż nieprzytomnej córki, zauważyła przez małe okienko czarny samochód, który tak wiele razy widziała na podjeździe domu Jacksona. Teraz widziała ich wszystkich jak na dłoni. Annie wtuloną w pierś głaszczącej ją po głowie Erin. Seana i Omera wbijających wzrok w pustą przestrzeń przed sobą. Blanketa wspartego na ramieniu starszego brata, ze snem przymykającym mu powieki. Paris obejmującą swoimi dłoń ojca w tej ślicznej, grafitowej sukience, która podkreślała jej kolor oczu. Miała jej powiedzieć, że wygląda naprawdę pięknie, ale sprawy potoczyły się zupełnie inaczej, niż planowała. Od kiedy to wspominała (choćby jeden jedyny raz), że marzy jej się Sylwester na oddziale intensywnej terapii? Nie dość, że jej wieczór zmienił się w koszmar, pozwoliła, by inni przeżywali go razem z nią. Westchnęła gorzko, nieprzerwanie gładząc rękę śpiącej teraz córki, gdy do środka weszła młoda lekarka w towarzystwie dwóch pielęgniarek.
- Pani Anderson, muszę prosić panią o opuszczenie sali. Musimy zmienić kroplówkę, na taką, która zawiera dodatkowe środki nawadniające.
- W porządku. Czy później będę mogła do niej wrócić?
- Nie widzę przeciwwskazań.
Sarah, nie mówiąc już ani słowa,  wyszła na korytarz, gdzie zaraz przywitały ją pytające spojrzenia. Nie miała teraz ochoty z nikim rozmawiać. Nie po tym, co usłyszała. Posłała im słaby uśmiech i bez wyjaśnienia ruszyła w dalszą część korytarza. W tamtej chwili marzyła o kawie, choćby tak lurowatej, jak ta z automatu. Szkoda, że w tym całym chaosie nie zabrała ze sobą maleńkiej, kremowej torebeczki. Z tego, co pamiętała, przed kilkunastoma laty miała ją ze sobą na jakimś Balu Żołnierza i była prawie pewna, że jakieś drobniaki wciąż musiały w niej tkwić. Stanęła naprzeciw maszyny i tęsknym wzrokiem spojrzała na guzik przy plakietce: Cappuccino. Prawie nie poczuła dłoni lekko zaciskającej się na jej ramieniu. Dopiero miękki, kojący głos wybudził ją z dziwnego otępienia, w które prawdopodobnie wprowadziła ją ta cholerna kawa.
- Sarah, wszystko w porządku?
- Słucham..? Ach, tak wszystko ok... Właściwie to nie do końca.
- Chcesz porozmawiać?
Spojrzała na niego. Nie uśmiechał się, nie przymilał, czekał na jej słowa, gotów wysłuchać wszystkiego, z czego zechce mu się zwierzyć. Nie musiał jej namawiać. Słowa córki ciążyły jej jak kamienie i jeśli nie zrzuciłaby z siebie tego ciężaru, prędko pociągnąłby on ją za sobą na dno. Ujęła jego dłoń, dużo większą od jej własnej i pociągnęła w stronę niezbyt wygodnej kanapy. Gdy już oboje zajęli miejsca, ona, z twarzą ukrytą w dłoniach, zaczęła mówić.
- Zanim jeszcze wróciła jej przytomność, rozmawiałam z panią doktor, która powiedziała mi, że Leah od około tygodnia zażywała duże dawki leków na przeczyszczenie. Faszerowała się tym świństwem, a ja nie miałam o tym pojęcia. Jak mogłam niczego nie zauważyć?
- Nie obwiniaj się... Spójrz, w tym domu mieszka tyle ludzi, a przecież nikt nie zauważył, że dzieje się z nią coś złego.
- Jeśli nie ja jestem winna, to kto? Michael, ja pytałam Leah, dlaczego to zrobiła, dlaczego się krzywdziła. Widziałeś te rany na jej rękach i nogach? Powiedziała, że bardzo tęskni za tatą i że ma do mnie żal. Żal o to, że nie nosiłam po nim żałoby zbyt długo. Ale powiedz mi, jak długo można wylewać łzy, gdy zostajesz sam z utrzymaniem rodziny, całym domem i pracą na głowie? Chciałam pokazać dziewczynkom, że mogą mieć we mnie oparcie, udowodnić im, że jestem silna. Pragnęłam, żeby wiedziały, że jestem silna dla nich.
Nie czuła, że po jej policzkach kolejno spływają gorzkie łzy. Mężczyzna, objąwszy dłońmi jej twarz, kciukami otarł krople i powiedział do niej głosem tak łagodnym, jakby uspokajał dziecko.
- Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką poznałem. Wychowujesz dwie cudowne młode damy i świetnie sobie z tym radzisz. Leah po prostu musi pozwolić ojcu odejść, inaczej nigdy nie uda jej się ułożyć sobie życia. Tu nie chodzi o to, by zapomnieć o ukochanej osobie, która odeszła. Rzecz w tym, by pozwolić jej żyć w naszej pamięci. Jeśli chcesz, mogę z nią porozmawiać. Może będzie lepiej, gdy będzie mogła zwierzyć się komuś, kto ma możliwość spojrzenia na sprawę świeżym okiem?
- Dziękuję ci, ale nie wiem czy to najlepszy pomysł... Spróbuję jakoś przemówić jej do rozsądku, kiedy wreszcie stąd wyjdziemy.
- Pani doktor wspominała coś na ten temat?
- Nie ma szans, żeby opuściła szpital do końca tygodnia. A później niewątpliwie czeka nas rodzinna terapia u psychologa. Jakbyśmy same nie radziły sobie z własnymi problemami! - powiedziała wzburzona, uderzając pięścią w udo. Chwilę potem musiała rozcierać bolące miejsce wnętrzem dłoni.
- Spokojnie. Sesja u fachowca to nic strasznego. Poza tym, mam chyba całkiem niezły pomysł.
- Mhm?
- Co powiesz na to, żeby Leah dołączyła do moich dzieci na zimowym wyjeździe do Europy? Mógłbym pogadać z organizatorami, na pewno znalazłoby się jeszcze jedno wolne miejsce.
- Ale my nie mamy na to pieniędzy...
- Chyba nie myślisz, że pozwoliłbym ci za to zapłacić. Potraktuj ten wyjazd, jako premię za najlepsze naleśniki, jakie w życiu jadłem - korytarz rozbrzmiał jego śmiechem, którym niemal natychmiast zaraził swoją rozmówczynię.
- To były twoje naleśniki...
- W takim razie, wycieczka będzie prezentem, który ma uczcić mój epizod ze smażeniem naleśników.
- Przecież oboje dobrze wiemy, że to nie był twój pierwszy raz.
- Jeju, Sarah, czy z tobą zawsze jest tak pod górkę? - westchnął i znów roześmiał się na cały głos, zwracając na siebie uwagę znudzonej recepcjonistki. Przez moment można było zobaczyć błysk w jej oczach, który pojawiał się zawsze, gdy ktoś go rozpoznawał, jednak po chwili kobieta powróciła do swoich papierków, kręcąc głową z niedowierzaniem. Michael zwrócił oczy ku niewielkiemu, elektronicznemu zegarowi, by następnie ująć szczupłą dłoń kobiety.
- Chodźmy. Za chwilę północ.
Ruszyli w drogę powrotną do sali, na której leżała Leah, jednak nie doszli tam razem. W pewnym momencie mężczyzna puścił jej rękę i rzucając tylko krótkie zaraz wracam na odchodnym, zniknął w głębi poprzecznego korytarza. Kiedy Sarah dotarła do miejsca, gdzie wypoczywała teraz jej córka, wszyscy (dodajmy, że ze smukłymi kieliszkami w dłoniach) już na nią czekali.
- No co tak patrzysz? - zapytał Jackson, z tymi swoimi zabawnymi iskierkami skrzącymi się w jego czekoladowych oczach. - Chciałaś świętować Nowy Rok bez szampana?
Z wdzięcznością przejęła jeden z kieliszków i stuknęła się po kolei z każdym, kto wciąż tkwił tutaj razem z nią, mimo iż nie musiał. Leah jako jedyna, zamiast lekkiego alkoholu dostała gazowaną wodę, co nie pogorszyło jej całkiem niezłego, zważywszy na okoliczności, humoru. Kiedy wszyscy z wytęsknieniem śledzili powoli przesuwające się wskazówki zegara, Sarah zbliżyła się do pracodawcy i zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu:
- Skąd ty, do licha, wytrzasnąłeś szampana w środku nocy i na dodatek w szpitalu?
- Hmm... Chyba pielęgniarki po prostu mnie lubią - mówiąc to, mrugnął porozumiewawczo i razem z innymi rozpoczął odliczanie:
 Dziesięć... Dziewięć...Osiem...Siedem...Sześć...
Sean zamknął usta Annie romantycznym pocałunkiem.
Pięć...
Paris zniknęła w ramionach obu braci.
Cztery...
Erin odbierała buziaki w policzki od rozbawionego Omera.
Trzy...
Leah, z wzrokiem utkwionym poza oknem, obserwowała fajerwerki na niebie jaśniejącym feerią barw.
Dwa...
Tylko Michael i Sarah stali naprzeciwko siebie, z lekko uniesionymi w toaście kieliszkami i zmieszanymi uśmiechami błądzącymi im na ustach. O północy z trzydziestego pierwszego grudnia na pierwszego stycznia zarówno znajomi jak i zupełnie obcy sobie ludzie obdarowywali się pocałunkami, które miały przynieść im szczęście w nadchodzącym roku. Prędzej czy później musiało dość do tego, czego oboje się spodziewali... I może na co oboje liczyli?
Jeden...
Czuła jego perfumy, które wzbierały na intensywności, gdy zbliżał swoją, do jej twarzy. Owionął ją miętowy zamach gumy do żucia, kiedy spod przymkniętych powiek zobaczyła z bliska jego ciemne jak otchłań, a jednocześnie ciepłe oczy. Jej odrobinę rozchylone usta czekały na niego...
- Szczęśliwego Nowego Roku - powiedział, z uśmiechem schylając się, by ucałować jej dłoń.