sobota, 28 marca 2015

This Is Not It_31


Look at me now, I’m falling
Can’t even talk, still stuttering
This ground of mine keeps shaking
[...]
Cause all I wanna be, all I ever wanna be, yeah, yeah
Is somebody to you


- The Vamps ft. Demi Lovato Somebody To You

- Dasz wiarę?! Panna Humble zabrała mi wczoraj wieczorem twoją książkę, bo, uwaga: Nie wstaniesz jutro na śniadanie, moja kochaniutka. Przysięgam, że jeśli jeszcze raz zdrobni choćby jedno słowo, to serio zwymiotuję.
- Daj spokój, nie jest tak źle. A książką się nie przejmuj, jakoś ją wyciągnę z jej czerwonych szponów. Czy do tego czasu masz co czytać?
- Czy ty się słyszysz, Cory? Mówię ci właśnie, że ta cukrowana jędza zabrała mi książkę, za to, że czytałam ją w WOLNYM czasie, a ty wyjeżdżasz z nieprzejmowaniem się?
- Uspokój się. Szkoda nerwów. Poza tym, jeśli nie chcesz, żeby znów coś ci zarekwirowała, naucz się czytać przy małym świetle - mówiąc to, rzucił na łóżko dziewczyny miniaturową latarkę. - Masz. Możesz ją sobie pożyczyć.
Leah obracała w palcach niepozorny przedmiot mający uchronić ją przed kolejnymi niechcianymi odwiedzinami opiekunki, nie zwracając uwagi na wpatrującego się w nią intensywnie chłopaka. Dopiero po chwili zauważyła utkwione w niej zafascynowane spojrzenie szaroniebieskich oczu spod cienkich szkieł okularów.
- Hej! Nie gap się na mnie, jak na zwierzę w klatce.
- Przepraszam.
Tajemniczy uśmiech natychmiast spełzł z jego delikatnej, prawie dziewczęcej twarzy. Starając się zachowywać jak najnormalniej, między palcami obracał długopis, którym przed przyjściem nowej przyjaciółki kreślił z pasją kolejne wersy swojego nowego wiersza. Teraz, gdy pod poduszką tkwił ciasno utkany słowami notatnik, gorączkowo modlił się, by przypadkowo nie wpadł on w ręce dziewczyny. Zmierzwił blond włosy lekko wilgotną dłonią i postanowił, że jedyną rozsądną decyzją będzie opuszczenie sypialni. Przynajmniej do momentu, w którym nie wymyśli czegoś lepszego.
- Jest ktoś u ciebie w pokoju? - zapytał, siląc się na nonszalancję.
- Nie. Małolaty - zaczęła, chociaż Paris i Michaela były od niej zaledwie o rok młodsze - poszły wyrywać Pana Buntownika.
- Kogo?
Leah popatrzyła na chłopaka niczym matka przyglądająca się brzdącowi, którego buzia była umorusana w jedzonym posiłku. Wyglądał na poetę... Cudowne dziecko przypadkowo trafiające do XXI wieku - ery smartonów, komputerów i innych rzeczy, które zamiast rozwijać nasze umiejętności, sprowadzają nas do poziomu jaskiniowców. Współczesny William Shakespear, powiedziałaby mama, chociaż Michael z pewnością przyznałby rację jej córce, według której Cory'emu bliżej było do roztargnionego i pochmurnego Norwida, niż do duszy towarzystwa, jaką bez wątpienia był Anglik.
- Zastanów się trochę. A niby za kim ugania się żeńska część naszej grupy?
Jego gładkie czoło przecięły dwie zmarszczki. Chociaż był niebywale inteligentny, Bóg niewątpliwie poskąpił mu orientacji w subtelnej kwestii zauroczeń i miłości. Leah z żalem przerywała tę kontemplację, nie chcąc tracić już więcej czasu.
- Jamie David Witcher. Coś świta?
- To ten zakolczykowany, tryskający testosteronem chłopak, który swoim wyglądem usilnie próbuje upodobnić się do Micka Jaggera w momencie jego największego haju?
Sypialnia po raz pierwszy tego dnia wypełniła się perlistym śmiechem dziewczyny.
- Poeta z ciebie, ale jak chcesz, to potrafisz nieźle dokopać - przyznała, lekko klepnąwszy go w kolano. - Tak, dokładnie jego miałam na myśli. Paris z Michaelą śledzą każdy jego ruch odkąd tylko się zameldowaliśmy. Przynajmniej mam wolny pokój, więc nie powinnam narzekać.
- Czekaj, czekaj... A czy to nie ten sam chłopak, który tak protekcjonalnie potraktował cię w autokarze?
- Ten sam. Ma szczęście, że znów nie nawinął mi się pod rękę, bo tym razem nie wywinąłby się tak łatwo.
- Jeśli chcesz, mogę z nim porozmawiać, jak mężczyzna z mężczyzną... - zauważył, teatralnie zaciskając dłonie w pięści.
- Kochany jesteś, Cory, ale oboje wiemy, że mógłby cię sprzątnąć z powierzchni ziemi jednym ruchem dłoni. Mimo wszystko dziękuję - powiedziała, składając na jego policzku lekki jak mgiełka pocałunek. - To jak? Idziemy przejść się po ośrodku?
- Ccc.. co? Taaak, jjj... jasne.
Dziewczyna sprawnie zeskoczyła z pojedynczego łóżka i już po chwili zniknęła za drzwiami prowadzącymi na korytarz. Chłopak, wciąż nie za bardzo rozumiejąc to, co przed chwilą miało miejsce, poprawił okulary, które lekko przekrzywiły się na jego piegowatym nosie i nieprzytomnym spojrzeniem omiótł sypialnię. Róg notesu wystawał spod poduszki. Nie mógł go tak zostawić... Wyciągnął podniszczony zeszyt i rozejrzał się w poszukiwaniu lepszego miejsca na kryjówkę.
- Mallett, idziesz?!
Na dźwięk głosu przyjaciółki mimowolnie podskoczył. Przyklęknął przy ciężkiej komodzie i wysunął ostatnią szufladę. Pokryte pajęczynami wnętrze nie odrzucało go, dlatego czym prędzej ukrył notatnik i wybiegł do holu, zamykając za sobą drzwi.

sobota, 21 marca 2015

This Is Not It_30


Kiedy ludzie żyją, kochają. Kiedy umierają, kochają dalej.Jeśli uczucie umiera wraz z człowiekiem nie jest to prawdziwa miłość.
- Lisa See Miłość Peonii


Okazuje się, że nawet najtwardsze kobiety, miękną w obliczu miłości.

 - Carrie Bradshaw Seks w Wielkim Mieście


Krzyżowe sklepienie ozdobione barwnymi freskami zamykało się wysoko jak niebo nad jej głową. Stukot obcasów roznosił się echem po całej świątyni, przerywając nieskalaną do tej pory ciszę. Przyklęknęła w jednej z pierwszych ławek pustego kościoła i wbiła wzrok w majestatyczny krzyż z przybitą do niego umęczoną postacią Zbawiciela. Dokładnie widziała grymas twarzy Chrystusa wyrażający nieopisany ból. Namalowane stróżki krwi spływały z ran na dłoniach, głowie, stopach, a także wypływały z przebitego boku. Szara i postrzępiona szmata wisiała żałośnie na Jego biodrach, a cierniowa korona tkwiła wbita w Jego skronie, tuż pod szyderczym napisem INRI. Jezus Nazarejczyk Król Żydowski wznosił oczy ku Ojcu swojemu w Niebie i Jemu poświęcał zarówno swoje życie, jak i ostatnie tchnienie... Lubiła tego typu świątynie. Gdy wchodziła do środka, grube ściany odcinały wnętrze od zgiełku miasta i pozwalały człowiekowi zanurzyć się w zupełnie innej, duchowej rzeczywistości. Zapomniała już, jakie to uczucie zamknąć za sobą cały świat i w spokoju zajrzeć wgłąb siebie. W kościele nie pojawiła się od dnia pogrzebu George'a, w którym przeklinała Boga, przestając tylko w chwilach, gdy łzy dławiły jej słowa. Rana po śmierci ukochanego wciąż pozostała niezabliźniona, a za jej zadanie potrafiła obwiniać tylko Stwórcę. Skoro jest tak potężny, wieczny i wszystkowiedzący, dlaczego zabrał matce jedynego syna, żonie umiłowanego męża, a córkom niezastąpionego ojca? Dlaczego pozwolił, aby przykładny obywatel, patriota i żołnierz z powołania zasnął snem wiecznym, nie dając mu szansy na nawet krótkie pożegnanie? Jej zaciśnięta do bladości pięść uderzyła z imponującą siłą w brzeg ławki. Łzy, kolejno, spływały po jej policzkach, razem z resztkami makijażu, których nie zmyły ich poprzedniczki. Na całe szczęście rumieniec, jaki pojawił się na jej twarzy po niezręcznej rozmowie z Billem, podczas której musiała wyjaśnić, dlaczego nie chce jechać prosto do hotelu i zapewnić, że później wróci sama, całkowicie zniknął. Czerwony płaszczyk nie działał tak dobrze, jakby się tego spodziewała. Tyrolskie miasto Vils okazało się nieco chłodniejsze niż podejrzewała. Dygocząc z zimna złożyła ręce do modlitwy. To, co wydarzyło się w samolocie, w żadnym wypadku nie powinno mieć miejsca. Co z tego, że George nie żył od 9 lat? Nie uważała, by była gotowa na wpuszczenie kogoś nowego do swojego serca i nie podejrzewała, by kiedykolwiek miało to nastąpić. Co by powiedział jej mąż, gdyby dowiedział się, że pokochała kogoś innego? Nerwowo odwróciła głowę, słysząc kroki przemykającej boczną nawą zakonnicy. Wdech i wydech... - przywołała się do porządku, starając się znów pozbierać myśli. Postanowione. Nie dopuści, by ten pocałunek kiedykolwiek się powtórzył. Ani z Michaelem Jacksonem, ani z Ethanem Waltersem, ani z nikim innym.

Daj spokój, Lola... Przecież wiesz dobrze, że nie pragnę niczego, z wyjątkiem szczęścia Twojego i dziewczynek. 

Słyszała ten głos wyraźniej, niż kiedykolwiek (chociaż tylko w swojej głowie) i była pewna, co do tożsamości jego właściciela... Tylko George zwracał się do niej per Lola, odwołując się do niezapomnianej króliczki z Kosmicznego meczu, za którą uganiał się sam Bugs. Nazywał ją tak, odkąd się poznali, aż wreszcie ta ksywka przylgnęła do niej na dobre, przynajmniej wśród ich wspólnych znajomych. Potem, po przyjściu na świat dziewczynek, zdarzało mu się nazwać ją tak podczas podawania jej niedzielnego śniadania, czy kiedy zostawali sam na sam. Ten pieszczotliwy zwrot potrafił za każdym razem wywołać na jej twarzy uśmiech i załagodzić nawet największy gniew. Od dziewięciu lat nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze usłyszy to imię.

Skarbie, wiem, że mnie kochasz. Nie musisz mi tego udowadniać, pozostając zgorzkniałą wdową do końca życia.

Trzeba mu przyznać, że nawet w jej głowie nie brakło mu tego uszczypliwego poczucia humoru. Mimo wszystko cudownie było go słyszeć i w pewien sposób czuć jego bliskość. Była pewna, że to nie wyobraźnia płatała jej figla. W końcu klęczała na zimniej posadzce kościoła... Tutaj naprawdę wszystko mogło się wydarzyć.

Rozświetl życie tego gościa swoim światłem, tak jak to zrobiłaś z moim. Uczyń go najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi, bo wiem, że tylko Ty jesteś w stanie tego dokonać, Maleńka. 


Roześmiała się tym czystym, perłowym śmiechem, który odbijał się od zmarzniętych ścian świątyni w Vils. Śmiała się, a razem z tym śmiechem po jej policzkach zaczęły ponownie płynąć łzy, teraz już wolne od smutku i żalu. Były to łzy wdzięczności, tęsknoty i przede wszystkim miłości, która rozpierała jej serce. Dostała od swojego męża zielone światło, choć wcześniej nie czuła nawet, by choć odrobinę go potrzebowała. Była pewna, że ten nieszczęsny pocałunek wyniknął jedynie z tego, jak tragicznie malowała się ich sytuacja, jednak, gdy teraz pomyślała o tym już bez poczucia winy, jej serce zabiło niespokojnie. Jak to możliwe? Nie miała pojęcia. Uśmiech rozjaśniał jej śliczną twarz, dzięki czemu jeszcze bardziej przypominała nastolatkę, którą się w tamtej chwili czuła. Zadrżała na myśl o motylach, które uprawiały w tej chwili dzikie harce w jej brzuchu... Chwyciła torebkę i czym prędzej wybiegła, w duchu błogosławiąc miłosiernego Boga i swojego męża, który zamiast służyć w amerykańskiej armii, stał się żołnierzem Stworzyciela.

*

- Wróciłaś już? Wszystko w porządku? Wyglądasz... inaczej. - podsumował Bill, stojący przed pokojem swojego pracodawcy.
- Tak. Musiałam trochę odpocząć po podróży, ale już jest ok.
- Mam zawołać Clintona, żeby pokazał ci twój pokój? Twój bagaż jest już w środku.
- Nie, dzięki. Po prostu podaj mi numer, sama trafię. Jest szef? Mam do niego sprawę.
- 1218, czwarty po lewej. Co do MJa, siedzi w środku odkąd przyjechaliśmy i nie wytknął nosa na zewnątrz nawet na obiad. Nie wiesz, co się stało?
- Myślę, że mogę temu zaradzić. Wpuścisz mnie?
- Próbuj. Nie pozwala wejść nikomu, ale może tobie się uda. Powodzenia.
Olbrzym w czarnym garniturze usunął się z drogi, a ona podeszła, wzięła głęboki wdech i zapukała dość głośno. Zza drzwi dobiegł ją cichy, choć stanowczy głos Jacksona:
- Bill, chyba mówiłem ci już, że nie chcę nikogo widzieć.
Niezrażona jego tonem odważyła się nacisnąć klamkę, po czym weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Apartament składał się z kilku pokoju, jednak ten, w którym się znajdowali, spełniał rolę salonu. Mężczyzna siedział na zielonej sofie, kurczowo wtulając się w kremową poduszkę. Panował tam niesamowity chłód, spowodowany otwartym oknem, przez które wpadało do środka mroźne, alpejskie powietrze. Wolała nie myśleć, co się teraz stanie. Podeszła do niego i przyciągając za poły błękitnej koszuli, mocno przylgnęła swoimi do jego ust. Widziała nierozumiejące spojrzenie, które stopniowo rozpływało się pod wpływem tego pocałunku, aż wreszcie kompletnie zniknęło pod przymkniętymi z rozkoszy powiekami. Powoli puściła koszulę i ułożyła obie dłonie na jego piersi, by popatrzeć na jego rozanieloną twarz.
- Przepraszam.
Mówiła to naprawdę szczerze. Marzyła, by to, co wydarzyło się w samolocie, zostało zapomniane i aby dali sobie szansę na jeszcze jeden start. Nie musiała ubierać tego w słowa. Wszystko mieściło się w jej spojrzeniu.
- Obiecaj mi... - zaczął wciąż rozedrganym głosem - że nigdy więcej nie każesz mi o sobie zapomnieć.
- Nigdy... - obiecała, całując go tego dnia po raz trzeci.


niedziela, 8 marca 2015

This Is Not It_29


W zemście i w miłości kobieta jest większym barbarzyńcą niż mężczyzna. 


- Fryderyk Nietzsche

- Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci lot publicznymi liniami? - zapytał, opuszczając nieco niżej przeciwsłoneczne okulary tak, aby mogła zobaczyć jego oczy.
- Nie... Jasne, że nie.
Co mogła powiedzieć? Że nigdy w życiu nie leciała ani liniami publicznymi, ani prywatnym samolotem? Wyśmiałby ją, a nie zamierzała dawać mu tej satysfakcji. Szybkim krokiem, niczym piesek za swoim panem, dreptała, kurczowo mnąc w dłoniach rąbek swojego płaszcza. W tym miejscu wypadałoby wspomnieć, iż w słowniku Michaela Jacksona linie publiczne, oznaczały najdroższe miejsca w klasie biznesowej. Skoro było go stać na kupno tak drogich biletów, dlaczego właściwie nie szarpnął się na lot prywatnym odrzutowcem? Jak sam powiedział, bardzo chciał poobserwować ludzi podczas odprawy na lotnisku. Czasami wydawało jej się, że mogłaby go zrozumieć w stu procentach, ale po chwili za pomocą jakiegoś stwierdzenia, bądź bliżej nieokreślonego działania sprawiał, że ponownie uznawała swoją klęskę i godziła się z faktem, iż chyba nigdy w pełni nie pojmie złożoności jego charakteru. Mimo wszystko czas spędzany w jego towarzystwie nie tylko biegł szybko, ale też produktywnie. Ich dyskusje, choć niekiedy pełne uszczypliwości i złośliwych komentarzy, nigdy nie były jałowe. Szczególnie przepadała za tymi momentami ciszy, które zapadały po zabawnym zdaniu wypowiadanym przez jedno z nich, kiedy to po prostu patrzyli na siebie, starając się powstrzymać wzbierający w nich śmiech. W końcu któreś z nich pękało i pokój rozbrzmiewałchichotem obojga.
- Sarah... - poczuła lekkie klepnięcie w ramię. - Twoja kolej.
Co..? Jak długo pozostawała w krainie swoich myśli? Wyglądało na to, że wystarczająco długo, aby przeoczyć przekroczenie bramki przez kilkanaście osób. Pospiesznie wręczyła bilet elegancko ubranej pracownicy lotniska i oglądając się przez ramię na przyjaciela, przekroczyła przejście mające skierować ją na pokład samolotu. Szybki trucht po rozłożonych schodach, uprzemy uśmiech stewardessy i gest dłoni, którą, ubrana w elegancki uniform kobieta, wskazała jej biznes klasę. Jak mogła być na tyle głupia, żeby zakładać te cholerne szpilki?! Obcasy sprawiały, że chwiała się niesamowicie, przypominając raczej cyrkowca na szczudłach. Kiedy był obok niej Michael, niby przypadkiem, prawie niezauważalnie przytrzymywała się go, by utrzymać równowagę, ale teraz musiała radzić sobie sama. Zatrzymała się na wysokości niewielkiego okienka i przyjrzała się sobie dokładniej. Płaszcz w kolorze żurawiny współgrał z czarną spódnicą i prostą koszulą w tym samym kolorze. Kręconym włosom pozwoliła swobodnie opadać na plecy, w duchu modląc się, by nie doszło do załamania pogody. Dopiero teraz pojęła, że niepotrzebnie aż tak się wystroiła. Nie chciała, aby ktokolwiek (a w szczególności Michael) pomyślał, że na czymś zależy jej bardziej, niż powinno. Przynajmniej odpuściła sobie prostowanie włosów... Ponownie obejrzała się za siebie, z nadzieją wyczekując pojawienia się znajomej twarzy w głębi korytarza. Pośród kilku mężczyzn w garniturach o najróżniejszych odcieniach szarości dostrzegła wyraźnie górującego nad nimi Billa rozglądającego się nerwowo. Już zamierzała podnieść rękę, by ułatwić sprawę nieco spanikowanemu ochroniarzowi, jednak tuż przed nią, niczym spod ziemi wyrósł ktoś, kogo tak długo wyczekiwała.
- Mike?
- Tak szybko pokonałaś dystans od bramki do samolotu, że nie zdołaliśmy wcześniej cię dogonić - powiedział, nie kryjąc rozbawienia.
- W takim razie, jeżeli ty mnie znalazłeś, Bill nie może mnie szukać.
- Wychodzi na to, że chyba to mnie stracił z oczu - nie wyglądał na zmartwionego bezradnością przyjaciela. - Bill! Billy!
Musiała być szczera: darł się jak dzieciak. Najwidoczniej jednak wieloletni ochroniarz i przyjaciel Jacksona nie był zaskoczony takim zachowaniem swojego podopiecznego, bo przeprosił kilka białych kołnierzyków i jakimś cudem dopchnął się do Sarah i Michaela. Nareszcie byli już razem i mogli spokojnie zająć zabukowane przez pomocników miejsca.
- Wolisz siedzieć przy oknie? - zapytał, dostrzegając wyraźną bladość jej skóry. - Czy może z brzegu?
- Przy oknie.
Bill usiadł już, dwa rzędy za nimi, zdążywszy zagłębić się w lekturze czasopisma motoryzacyjnego, podczas gdy Sarah bez sił opadła na siedzenie, a jej towarzysz ulokował się tuż obok. Czuła, że kropelki lodowatego potu wstępują jej na czoło, gdy tylko stewardessy rozpoczęły procedurę instruktażową na wypadek sytuacji awaryjnej. Starała się za wszelką cenę wyrównać swój oddech, kiedy silniki zostały uruchomione, a samolot rozpoczął łagodny ślizg po pasie startowym. Zupełnie nieświadomie, zacisnęła rękę na dłoni niczego niepodejrzewającego sąsiada, podczas gdy koła oderwały się od ziemi. Leciała... To niewiarygodne, ale rzeczywiście wznosiła się prosto ku niebu. Co powinno się czuć w takiej sytuacji? Wolność, niezależność, siłę, spokój... Cóż, jednego mogła być pewna. Żadne z tych uczuć nie ogarnęło jej ani na chwilę. Całą siłą woli powstrzymywała dygotanie, lecz nie potrafiła zapanować nad siłą uścisku, w którym wciąż, cierpliwie, tkwiła ręka Michaela.
- Hej! Jeszcze chwila i będzie trzeba amputować mi palce.
- Oj, przepraszam.
- Nic się nie stało - zachichotał, rozcierając zdrętwiałą rękę, którą kobieta nareszcie wypuściła. Od kiedy zdjął ciemny płaszcz i pozostał w błękitnej koszuli, niezapiętej na ostatni guzik, wydawał się bardziej świeży. Srebrny zegarek (nie wyglądający na tani) lśnił na lewym przegubie, a wokół szyi męsko wił się prosty łańcuszek. Gdy tak jej się przyglądał, nie zapomniał obdarzyć jej swoim firmowym, Jacksonowskim uśmiechem, podczas którego w obu policzkach pojawiały się ledwie zauważalne dołeczki. Przymrużył oczy, długimi rzęsami prawie całkowicie przysłaniając ich intensywnie czekoladową barwę.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że się boisz.
- Ja?! Chyba żartujesz! - w jej głowie to zdanie nie zabrzmiało aż tak zaczepnie.
- Spokojnie. Tylko zapytałem... Po prostu nie wyglądasz najlepiej.
- I teraz jeszcze będziesz krytykował mój wygląd? Nie wierzę, że zgodziłam się na ten wyjazd!
- Zlituj się - uśmiechnął się pobłażliwie. - Wyglądasz cudownie, zresztą jak zawsze. Chodziło mi o to, że bardzo zbladłaś. Przyznaj się, to twój pierwszy lot, prawda?
- Nawet jeśli, to co z tego? - odburknęła, skupiając wzrok na pierzastych chmurach, które otoczyły samolot ze wszystkich stron.
Teraz już wszystko jasne... - pomyślał i ponownie uśmiechnął się do siebie. Od tamtej pory zapanowała między nimi powojenna cisza, nie przerwana choćby przez jedno zdanie. Mijały minuty, które przeradzały się w godziny, a każde z nich pozostawało nieuchwytne, zatopione we własnych myślach. Sarah, znużonej strachem, nareszcie udało się zapaść w półsen, z głową opartą o zaciągniętą zasłonkę w kolorze butelkowej zieleni. Jej oddech w końcu się wyrównał, a na twarzy pojawił się senny wyraz zadowolenia, najwyraźniej w wyniku dość przyjemnego snu (jak zdążył zauważyć sam Michael). On natomiast, z notatnikiem po przejściach i dobrze zatemperowanym ołówkiem starał się dopisać tekst do melodii, która od poprzedniego dnia nie chciała wyjść z jego głowy. Grafit zostawiał zamaszyste, pochylone i dla wielu ludzi pewnie trudne do rozczytania litery do chwili, gdy jego siedzenie lekko nie drgnęło. Natychmiast podniósł wzrok, by popatrzeć na stewardessy i przekonać się, o co chodzi. Onieśmielająco perfekcyjne kobiety nie pozwalały sobie nawet na minimum nieprofesjonalizmu, dodając otuchy pasażerom swoimi przyklejonymi do ust uśmiechami. Skoro one nie zachowywały się podejrzanie, znakiem tego wszystko było w najlepszym porządku. Mężczyzna jeszcze raz zerknął na pogrążoną we śnie przyjaciółkę, którą wcześniej zdążył przezornie okryć swoim paltem i ponownie przeniósł wzrok na połowicznie zapisany papier. Udało mu się nakreślić kilka kulfoniastych liter, gdy samolot ponownie zadrżał, tym razem gwałtowniej i z podwójną siłą, rozbudzając nawet Sarah. Błędnym spojrzeniem ogarnęła członków załogi, poruszających się po pokładzie nieco szybciej niż zazwyczaj, a w oczach miała jeden wielki znak zapytania.
- Spokojnie. To tylko małe turbulencje. Nic nadzw...
Zdanie przerwał kolejny silny wstrząs. Szklanki na stolikach białych kołnierzyków brzdęknęły złowrogo, a stewardessy rozpoczęły rozdawanie maseczek tlenowych i poleciły zapiąć pasy bezpieczeństwa. Towarzyszka Michaela natychmiast przytknęła maseczkę do ust i rozpoczęła serię głębokich wdechów, starając się zachować spokój. Teraz nawet on odrobinę się denerwował... Było inaczej niż podczas innych tego typu sytuacji. Załoga wydawała się nie do końca panować nad tym, co działo się w samolocie i na zewnątrz. Kolejny wstrząs zrzucił podręczne bagaże z górnych półek. Jedna ze stewardess leżała na podłodze, cucona przez pozostałe koleżanki. Drżenie pokładu ścięło ją z nóg, a podczas upadku uderzyła głową w poręcz jednego z foteli. To koniec. Teraz już wszystko wymknęło się spod kontroli. Oczy Sarah i Jacksona, naturalnie duże, jeszcze powiększyły się ze strachu.
- Boję się, Michael... - wyszeptała kobieta, między jednym wdechem, a drugim.
- Wszystko będzie w porządku.
Objął ją i przycisnął do siebie ramieniem, wiedząc, że nic więcej nie może teraz zrobić. W myślach gorąco modlił się do Boga o to,  by udało im się cało wyjść z tej opresji: Panie, skoro już raz wyrwałeś mnie śmierci, widocznie masz dla mnie kolejną misję. Pozwól mi ją zrealizować... Pozwól nam wrócić do dzieci... Wolną ręką gładził skroń drżącej na całym ciele przyjaciółki, w oczekiwaniu na ciąg dalszy turbulencji. Każde z nich w głębi duszy przeprowadzało teraz rachunek sumienia. Ale przecież to nie mogło się tak skończyć. Jeszcze nie teraz! Wstrząs. Sarah, nie zastanawiając się dłużej, zimnymi ustami przylgnęła do warg Michaela, z których również odpłynęła cała krew. Pocałunek był intensywny, krótki i zawierał wszystko, czego nie dałoby się zawrzeć w słowach. Przez ten ułamek sekundy obraz otoczenia stał się kompletnie niewyraźny. Jednak, choć dobiegł on końca, wciąż tkwili, złączeni lekko, spodziewając się kolejnego, decydującego drżenia...
Mijały sekundy przeradzające się w minuty, a samolot trwał w dziwnym, pozornym spokoju. Stewardessy zabrały się do uprzątania korytarza pomiędzy siedzeniami, a Anderson odskoczyła od wciąż obezwładnionego pocałunkiem mężczyzny, zatrzymując się dopiero, gdy plecami dotknęła zimnego okna. Z głośników usłyszeli komunikat.
- Proszę Państwa, nie ma powodów do niepokoju. Mamy za sobą niegroźne turbulencje, jednak nic nam już nie grozi. Przepraszamy za niedogodności.
- Przepraszam cię... Ja...
- Nie masz za co przepraszać... - powiedział, starając się zakryć dłonią półuśmiech i lekki rumieniec oblewający jego policzki. - To było całkiem miłe.
- Nie. Zapomnij o tym! To się nigdy nie wydarzyło! - wyrzucała z siebie słowa, jak pociski trafiające prosto w jego serce.
- Ale Sarah...
- Nigdy!
Kobieta, kurczowo trzymając w dłoni złotą obrączkę ponownie odwróciła się do okna, odgradzając się od Michaela barierą gęstej ciszy i muru zbudowanego z prostego zapomnij.

sobota, 28 lutego 2015

This Is Not It_28

Część dedykowana Pannie Rudej w ramach przeprosin, bo (musicie mi uwierzyć na słowo) jest za co przepraszać. Miłej lektury
Liberian_Girl

Ma w sobie coś, czego nie da się opisać słowami.

- John Steinbeck Podróże z Charleyem. 
W poszukiwaniu Ameryki


- Pakuj się.
To krótkie zdanie wystarczyło, by oderwała się od czytanej w salonie książki i zwróciła ciemne oczy w kierunku stojącego na progu Michaela. Polarowy koc w kolorze czerwonego wina otulał jej zmarznięte ciało, a gęste loki zostały związane w kok na czubku głowy.
- O czym ty mówisz?
Ubrany w czerwoną pidżamę upstrzoną gwiazdkami, z dziwnym, kolorowym szalikiem owiniętym wokół szyi, patrzył na nią, nie kryjąc rozbawienia. Nie minęły dwa dni, odkąd dzieci opuściły dom, jednak cisza już dawała im się we znaki. Obojgu brakowało gwaru, jaki opanowywał kuchnię i salon, gdy Prince, Blanket, Paris i Leah wracali ze szkoły. Erin znikała na całe dnie, coraz więcej czasu spędzając na zajęciach dla seniorów, na które zapisała ją Sarah. Oprócz stałych pracowników, takich jak ochroniarze i gosposia oraz ogrodnik wpadający raz w tygodniu, dom pozostawał do dyspozycji ich dwojga. Kiedy Jackson akurat godzinami nie przesiadywał w studiu nagraniowym, albo nie wyjeżdżał na spotkania w sprawie rozpoczęcia prac nad nową płytą, często siadywali, tak jak ona teraz, w salonie i uprzyjemniali sobie chwile lekturą książek, których nigdy nie brakowało w jego domowej bibliotece. Tym razem jednak, gdy pojawił się, ubrany niczym dziadek mróz, nie zważając na dodatnią temperaturę panującą w domu, widziała, że tryska energią. Był już wieczór, a ona nie widziała go od rana, kiedy to wspólnie zjedli śniadanie składające się z białkowej jajecznicy i pełnoziarnistych tostów. Co wprawiło go w tak wyśmienity humor? Nie miała pojęcia, ale czuła, że polecenie, które jej wydał, gdy tylko się tu pojawił, ma z tym coś wspólnego.
- Czy chociaż raz nie mogłabyś mi zaufać? - założył za ucho pasmo ciemnych włosów opadających na ramiona kaskadą gęstych loków.
- Tobie? W życiu!
- Ha. Ha. Bardzo zabawne... W porządku. Nie chcesz, to nie słuchaj. Wracam do studia.
Nie wierzyła własnym oczom. Nonszalancko oparty o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersiach, po czym jeszcze chwile jej się przyglądał. Potem, jak obrażony sześciolatek, odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Sarah wydawało się, że najzwyczajniej w świecie to wyobraźnia spłatała jej figla. Jak się okazało, nie tym razem. Kiedy już otrząsnęła się z wrażenia, jakie wywarło na niej dość spektakularne wyjście Michaela, podniosła się z kanapy i pozostawiając swój ciepły kącik, ruszyła na poszukiwania Piotrusia Pana. Idąc korytarzem, polarowy koc cicho szurał po świeżo lakierowanej, drewnianej podłodze, niczym długi tren w średniowiecznych, bogato zdobionych sukniach. Jedną dłonią przytrzymując okrycie, drugą wodziła po szorstkiej powierzchni ściany, pod palcami wyczuwając finezyjne nierówności. W powietrzu wciąż wyczuwało się zapach jaśminowej świeczki, którą zapaliła na krótko po obiedzie, mieszający się z ulotną wonią perfum pana domu. To oznaczało, że szła w dobrym kierunku. Były tylko dwie możliwości, gdzie mógł się ukryć ten dorosły dzieciak: sypialnia lub studio nagraniowe. Jako że za wszelką cenę chciała uniknąć naruszania jego przestrzeni osobistej, postanowiła najpierw sprawdzić kryjówkę bardziej prawdopodobną. Doszła już do miejsca, gdzie korytarz rozwidlał się, prowadząc do garażu i dalszej części domu, gdzie światło, choć zapalone, nie zalewało swoim blaskiem wszystkich zakamarków. Jedna z lamp stojących na staromodnej, elegancko wykonanej komodzie rzucała zniekształcony cień na przeciwległą ścianę tak, że kobieta natychmiast pożałowała ruszania się z kanapy. Bardziej niż całkowitej ciemności nienawidziła tego złowieszczego półmroku, w którym nawet najzwyklejsze przedmioty potrafiły przybrać straszliwe kształty i postaci. Nienawidziła tego odkąd trafiła do tamtego domu... Uspokój się. Już się stamtąd wyrwałaś. Nie musisz tam wracać... - mówiła sobie w duchu, starając doprowadzić się do porządku. Wdech i wydech, trzeba uspokoić szaleńczo bijące w piersi serce. Kilka szybkich kroków i jej dłoń wreszcie wyląduje na klamce drzwi prowadzących do studia nagraniowego. Do dalej... Jeszcze tylko kawałek.
- Buu!
Ktoś wyskoczył z cienia i zimnymi dłońmi złapał ją za ramiona. Zamknęła oczy i osunęła się po ścianie prosto na podłogę, słysząc szaleńczy śmiech żartownisia. Jej oddech, tak uporczywie uspokajany, znów stał się płytki i szybki, a ręce drżały. Miała ochotę udusić go na miejscu, za to, że nie przestawał się śmiać. Za to, że trzymał się za bolący od chichotu brzuch, a łzy radości spływały mu po policzkach. Siedząc na podłodze, wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Zginiesz. Marnie.
- Ale... - próbował się opanować - sama się prosiłaś... No! Tym razem wyszło mi to całkiem nieźle. Żebyś ty widziała swoją minę.
Spróbował odegrać wyraz przerażenia przyjaciółki, jednak kolejny napad śmiechu mu w tym przeszkodził. Kiedy zobaczył, że ta nareszcie zaczyna podnosić się z ziemi, wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Przepraszam, Sarah... Po prostu chciałem cię trochę nastraszyć. To chyba nic złego, prawda?
- Jasne. Radzę ci teraz mieć oczy dookoła głowy, panie Jackson, bo nie wiesz, kiedy nadejdzie słodki czas zemsty - spojrzała na niego, a na jej twarzy ponownie zagościł słaby uśmiech.
- Przekonamy się, do kogo będzie należało ostatnie słowo. Wracając do pakowania się...
- Powiesz mi wreszcie, o co tu chodzi?
Zęby Michaela lśniły w szerokim uśmiechu. Kobieta patrząc na niego, chyba po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest atrakcyjny.Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, gęste, czarne włosy, pełne usta i te oczy... Nie wolno zapominać o srebrnym łańcuszku wiszącym seksownie na szyi. Co prawda, zupełnie nie był w jej typie, jednakże z pewnością mógł się podobać. Dopiero, gdy w jej głowie wysnuł się powyższy wniosek, usłyszała jego głos:
- ... no i wrócilibyśmy przed powrotem dzieci, co ty na to?
- Wrócilibyśmy skąd?
- Czy ty mnie słuchasz? Właśnie ci wszystko powiedziałem.
- Przepraszam, zamyśliłam się...
- Dobrze, powtórzę, ale teraz się skup - powiedział, kładąc jej tę samą, zimną rękę na ramieniu. - Muszę wyjechać na kilka dni do Austrii. Mam tam parę spotkań dotyczących płyty i chciałbym zabrać cię ze sobą, jako szefa kuchni i towarzyszkę podróży. Zanim dzieciaki wróciłyby z ferii, bylibyśmy w domu. Co o tym sądzisz?
- Wiesz... to bardzo miłe z twojej strony, ale nie mogę zostawić Erin samej.
- Już z nią rozmawiałem i powiedziała, że od dawna chciała odwiedzić jakąś swoją koleżankę w okolicy, w której mieszkałyście i nie ma nic przeciwko temu, abyśmy wyjechali.
- Ale... ja nie mogę z tobą jechać. Nie mam tyle pieniędzy.
- Hej, przecież mówiłem, że odegrasz podwójną rolę: dotrzymasz mi towarzystwa i zadbasz o to, żeby nas tam nie potruli. To jak?
- Załatwiłeś już wszystko, a ja nie mam tu nic do gadania. Mylę się?
- To nie tak... - w jednej chwili wyglądał jak chłopiec przyłapany przez matkę na gorącym uczynku. - Chcę, żebyś pojechała.
- W takim razie chyba nie mam wyboru...
- Świetnie!
Ujął w dłonie jej śliczną twarz i ucałował w oba policzki, nie przestając się uśmiechać. Krótki moment czystej euforii, zupełnie jak u dziecka. Kiedy tylko zauważył rumieńce otulające kości policzkowe kobiety, natychmiast się zreflektował.
- Przepraszam, ja... po prostu bardzo się cieszę.
- Jasne, rozumiem... Więc kiedy wyjeżdżamy?
- Nie wspominałem? - spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Och, faktycznie! Jakimś cudem to przeoczyłem. Mamy lot jutro o 10:30.

piątek, 20 lutego 2015

This Is Not It_27

Czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? 

- M. Kundera Nieznośna lekkość bytu


Gwar w autobusie wypełnionym młodzieżą szkolną i dziećmi stanowczo przekraczał dopuszczalny poziom głośności. Dochodziła godzina wyjazdu, a nikt jeszcze nie siedział na swoim miejscu. Połowa młodych podróżników wciąż tkwiła na zewnątrz, czekając, aż ich nazwisko zostanie wyczytane przez starszą opiekunkę - pannę Glorię Humble, kobietę po czterdziestce, o brązowych włosach przeplatanych siwymi pasemkami, których zdawała się nie zauważać. Nazwisko Anderson wymienione zostało na samym początku, dlatego też Leah, zaopatrzona w torbę podróżną wypełnioną smakołykami przygotowanymi przez matkę, już szukała sobie wygodnego miejsca. Troje Jacksonów stało ciągle na zewnątrz, słuchając niekrótkiej pogawędki wychowawczej ojca. Sarah zdążyła przeprowadzić już taką rozmowę z młodszą córką poprzedniego wieczora... Sami wiecie, z tych, podczas których padają zdania: Nie rozmawiaj z obcymi. Pilnuj się grupy. Nie kładź się zbyt późno. Miej swój rozum i nie zgadzaj się na wszystko, co wymyślą koledzy. Żadne z dzieci nie lubiło tych kazań, jednak wliczało je w koszty, jakie musiały zostać przez nie poniesione, by mogły wreszcie wyrwać się na całe trzy tygodnie spod opiekuńczych skrzydeł rodziców. Szesnastolatka, starając się zejść z drogi rozszalałym bliźniakom, którzy bardziej przypominali małpy w zoo, niż dwóch, dziewięcioletnich chłopców, usiadła na jednym z foteli. Nagle, fotel przemówił dość niskim, całkiem przyjemnym głosem niosącym nie całkiem przyjemne przesłanie:
- Hej! Uważaj, jak chodzisz!
- Sorry, ale chyba widzisz, co tu się dzieje.
Zupełnie niespeszona, wstała z kolan nieznajomego i z czułością podniosła książkę, która wcześniej wypadła jej z ręki. Zanim zdążyła się nią nacieszyć, rozparty w fotelu chłopak wyrwał ją z dłoni Leah i uważnie przyjrzał się okładce.
- Oddawaj! - krzyknęła, jednak jej głos rozpłynął się w wszechobecnym rozgardiaszu.
- No no... The Perks of Being a Wallflower. To najgłupsza książka, jaką czytałem, ale ma w sobie coś takiego, że nie można się oderwać, a potem chodzi się, jak struty przez kilka dni. Może chcesz, żebym to ja ci poczytał, co?
- Spieprzaj.
- Nie tak ostro, bo trzeba ci będzie wymyć mydłem te różowe usteczka. Jestem Jamie David Witcher, a ty jak się nazywasz? - zapytał, nonszalancko opierając brodę na zaciśniętej pięści.
- A co to, przesłuchanie? Oddawaj mi książkę.
- Grzeczniej, młoda damo, bo będę musiał być dla ciebie mniej wyrozumiały. Więc jak się nazywasz?
- Leah.
- Nie, nie, skarbie. Poproszę o pełną listę.
- Leah Hope Anderson. A teraz oddasz mi tę książkę?!
- I po co się tak wściekać, panno Leah Hope? Nie wiesz, że złość piękności szkodzi? Łap i znikaj.
Rzucił jej kilkusetstronicową powieść i wyciągnął iPada z plecaka obczepionego przypinkami z miniaturowymi zdjęciami rockowych kapel. Nastolatka rzuciła mu ostatnie, pogardliwe spojrzenie i wróciła na początek autokaru, gdzie jakimś przedziwnym zrządzeniem losu pozostało już tylko jedno wolne miejsce. Nerwowo rozglądała się w poszukiwaniu rodzeństwa Jacksonów, licząc na to, że spędzi podróż w gronie znajomych. Gdzieś na tyle autokaru dostrzegła uniesioną rękę Paris z charakterystyczną, zielono-żółto-czerwoną bransoletką na przegubie. Domyśliła się, że pewnie obok niej znajduje się Michaela, Prince i Blanket ze swoim przyjacielem - Tobym. Nie miała tam czego szukać. Zrezygnowana, opadła na siedzenie obok chłopaka mniej więcej w jej wieku, któremu blond włosy, dodatkowo rozjaśnione słońcem, opadały  na twarz, gdy w pełnym skupieniu oddawał się lekturze, nie zauważywszy nawet przybycia nowej towarzyszki podróży. Tak diametralnie różnił się od tamtego okolczykowanego buraka... Dziewczyna, korzystając błogiej nieświadomości nieznajomego, zaczęła mu się przyglądać zza rozłożonej książki. Okulary w czarnych, niezbyt grubych oprawkach, zasłaniały oczy (chyba niebieskie, choć nie była pewna). Drobne, pomarańczowe punkciki rozsypane na policzkach i małym, lekko zadartym nosie, przypominały pyłek wróżki. Długie, smukłe palce przytrzymywały pożółkłe strony zapisane od góry do dołu drobnym, niezbyt wygodnym do czytania, drukiem. Zdawał się nie zauważać odpadających kartek, prowizorycznie przytwierdzonych do całości taśmą klejącą prawdopodobnie przez poprzedniego właściciela. Nastolatka wytężała wzrok, by rozczytać choć fragment, jednak zanim zdążyła rozszyfrować niemal kaligraficzną czcionkę, chłopak podniósł wzrok znad lektury.
Die Traumdeutung. - odparł z uśmiechem ujarzmionym drutem ortodontycznym.
- Przepraszam?
- Książka - zwrócił się jak do przybysza z innej planety. - Die Traumdeutung, czyli Objaśnienie marzeń sennych Sigmunda Freuda. To już antyk.
- Czytasz Freuda?
- Lubię sobie czasem poanalizować - odpowiedział, jakby analizowanie było zajęciem całkowicie powszechnym wśród ogółu nastolatków. - A ty co tam masz?
The Perks of Being a Wallflower.
- Aha! Dałaś się złapać na promocję i dziki bum na tę książkę. Stary dobry Charlie i nieśmiertelne być albo nie być. Książka jest niebywale męcząca i nie wnosi do życia nic, oprócz trzydniowego otępienia i dziwnego smutku. Zdecydowanie nie polecam. Ale jeśli chcesz, mogę pożyczyć ci coś swojego..?
Dziewczyna przyglądała mu się z pewną dozą nieufności pomieszanej z upartą ciekawością. Jak łatwo można się było domyślić, drugie z uczuć zwyciężyło.
- Czemu nie... Tak w ogóle, jestem Leah.
- A ja Cory. Miło mi cię poznać, Leah - krótko uścisnął jej dłoń i zanurkował w głębi swojego plecaka. - Co by tu... Jest! Co powiesz na Portet Doriana Graya ? Trochę ciężko się czyta, ale nie jest pusta, jak większość dzisiejszych tak zwanych dzieł literackich.
- Przeczytam z przyjemnością. Dziękuję.
Posłała nowemu znajomemu uśmiech, który świat mógł obejrzeć po raz pierwszy. Był to uśmiech kogoś, kto właśnie znalazł pokrewną duszę, a kto jeszcze nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Otworzyła niegrubą książkę na stronie tytułowej i, zanim autokar ruszył, spojrzała na niepozornego nastolatka. Zupełnie inny... Jej myśli rozpłynęły się w ułamku sekundy, gdy usłyszała dźwięk przychodzącego SMSa. Najpierw pojedynczego... Potem kolejnego... A na koniec jeszcze jednego... Jak się szybko okazało, pierwszy był od Paris:

Powiedz, że mi się przywidziało! O__o Czy ty przed chwilą gadałaś z TYM WITCHER'EM?!?! Koniecznie musisz opowiedzieć mi wszystko na postoju! xoxo
                                                                                                        P.
Pff... Serio? Paris naprawdę podobał się ten zadufany w sobie gnojek? Zresztą, jej sprawa. Od kogo był kolejny SMS? Nacisnęła małą kopertkę wyświetlającą się w prawym dolnym rogu.

Skarbie, uważaj na siebie. Kocham cię.
                                                                        Mama

Leah uśmiechnęła się do dotykowego ekranu swojego telefonu i odpisała rodzicielce wiadomość o podobnej treści. Kiedy przyszedł czas na otwarcie ostatniej, była prawie pewna, że to ponownie młoda Jackson pisze do niej w sprawie Jamie'ego Witchera. Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy zobaczyła ten krótki tekst:

Życzę Ci dobrej zabawy. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, nie bój się zadzwonić. Niech Bóg Ci błogosławi. Kocham Cię
Doo Doo                   

Tym razem nie zdołała powstrzymać wzruszenia. Doo Doo... Zwracała się do niego w ten sposób tylko wtedy, gdy zostawali sami, a on opowiadał jej o książkach, podróżach i życiu. Nie wierzyła, że pamiętał także o niej. Pojedyncze łzy potoczyły się po obu jej policzkach, lecz szybko otarła je wierzchem dłoni. Uff... Na szczęście Cory niczego nie zauważył. Jeszcze tego brakowało, by od razu pomyślał, że maże się z byle powodu. Wzięła kilka głębszych oddechów i wróciła do przeczytanej wiadomości. Postanowiła odpisać jedynie krótkie dziękuję. Dlaczego tylko tyle? Czasami tyle wystarczy i była pewna, że Michael zrozumie jak bardzo jest mu wdzięczna. Nie tylko za tego SMSa, ale za wszystko, co ostatnimi czasy wydarzyło się w jej życiu.

piątek, 13 lutego 2015

This Is Not It_26

- Przepraszam - wymamrotał Harry.
Dumbledore pokręcił głową.
- Ciekawość to nie grzech. Ale z ciekawością trzeba uważać... oj, tak...

- Joanne K. Rowling Harry Potter i Czara Ognia

Noc spowiła już cały śpiący świat swoim czarnym całunem, pozwalając tylko pojedynczym gwiazdom przeniknąć ciemność. Wiatr ze wschodu targał skulonymi ze strachu drzewami, nie pozostawiwszy im nawet chwili wytchnienia. Świerszcze przerwały swój koncert pośród równo skoszonej trawy. Nawet ćmy i świetliki pochowały się, drżąc przed siłą żywiołu. Mimo tej wichury, ani jeden błysk nie rozświetlał pochmurnego nieba, by zwiastować burzę. Mężczyzna, w narzuconym na zieloną piżamę, białym szlafroku, przyglądał się zawierusze przez duże okno w salonie. Był środek nocy, blisko godziny trzeciej, a on przyszedł tu z nadzieją spędzenia kolejnej bezsennej nocy w swojej tarasowej kryjówce, jednak tym razem pogoda postanowiła najzwyczajniej sobie z niego zadrwić. Bezsilny, oparł czoło i koniuszek nosa o szybę, na której już po chwili pojawiła mleczna para. Niewiele myśląc, palcem wskazującym wypisał imię, które dziwnym trafem, jako pierwsze przyszło mu do głowy. Annie. Obok imienia zaraz pojawiło się serduszko. Zatrzymał dłoń, chcąc lepiej przyjrzeć się swojemu dziełu. Gdyby pozostawił je w takim stanie, wyglądałoby niedorzecznie i co najmniej śmiesznie. Szybko dopisał pozostałą część, która miała się tam znaleźć od początku. Omer. Tak, teraz wyglądało to zdecydowanie lepiej. Bez porównania. Nagle jego wyczulony, muzyczny słuch ostrzegł go przed dźwiękiem zbliżających się do salonu kroków. Szybko starł miłosne równanie i bezmyślnie utkwił wzrok w bezmiernej dali, starając się pozostać niezauważonym. Do pokoju, z latarką oświetlającą najbliższe półtora metra, niczym gejsza ze skrępowanymi stopami, małymi kroczkami dreptała zawinięta z kołdrę Sarah. Otwarte szeroko oczy błyszczały jak w gorączce, spierzchnięte usta drżały, z zimna lub pragnienia, a niezdrowe rumieńce rozogniły jej policzki. Przypomniał sobie jak po południu podsłuchał jej rozmowę z Erin (tak,tak... wiedział, że to niezbyt grzeczne, jednak nie mógł się powstrzymać), podczas której zawzięcie upierała się, że czuje się świetnie. Jak widać było na załączonym obrazku, mocno minęła się z prawdą. Nie zwracając uwagi, bądź po prostu przeoczywszy obserwującego ją Michaela, podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej małą, półlitrową butelkę mleka. Minęła chwila. Dźwięk tłuczonego szkła spowodował, że podskoczył ze strachu w swojej kryjówce. Mężczyzna, jednocześnie przerażony tym, że mogłaby się pokaleczyć i wzruszony jej nieporadnością, postanowił wyjść z ukrycia. Zapalił światło, przysporzywszy i jej małego zawału serca, zmusił ją do przymrużenia oczu przed natrętną jasnością. Wprawnym okiem szybko ocenił sytuację: butelka, w jednym kawałku, wciąż tkwiła w jej delikatnej dłoni, a po podłodze nie walały się żadne odłamki.
- Obudziłam cię? Przepraszam... - usłyszał jej zachrypnięty głos.
- Nic się nie stało - mało brakowało, by się roześmiał, czując jednocześnie niewysłowioną ulgę. - Usiądź, pomogę ci.
Odsunął jej krzesło i pozwolił, by, wciąż opatulona kołdrą kobieta, zajęła miejsce przy stole. Zręcznie wyciągnął z górnej szafki niewielki rondelek i wlał do niego całą zawartość cudem ocalałej butelki. Z lodówki wyciągnął kremowe masło i nabrawszy niewielką bryłkę na łyżkę, wrzucił ją do garnka. Wolną od mieszania ręką, sięgnął do szafki, tym razem ulokowanej na dole i spośród wielu różnobarwnych opakowań wybrał to czerwone, zawierające w sobie kilka saszetek ze środkiem przeciw przeziębieniowym i przeciwgorączkowym do rozpuszczenia w ciepłej wodzie. Zmniejszył gaz pod lekko parującym wywarem i zajął się krojeniem dwóch ząbków czosnku w drobną kosteczkę. Zerknąwszy przez ramię na siedzącą nieruchomo Sarah, zobaczył jej bladą rękę wyłaniającą się spod kołdry w poszukiwaniu chusteczek leżących po drugiej strony blatu. Zza pleców dobiegło go ciche pociąganie nosem, a po chwili także przeciągły świst czajnika. Nalał wrzątku do połowy wysokości glinianego kubka, drugą połowę wypełniając zimną wodą. Rozpuścił pachnący cytryną proszek i podał jej kubek. Skrzywiła się niczym mała dziewczynka, niemo wzbraniając się przed zażyciem niezbyt smacznego leku.
- Wypij to. Zbije gorączkę - powiedział Michael autorytatywnym tonem, wciąż z trudem powstrzymując uśmiech.
Wrócił, do przygotowywania cudownej mikstury mającej postawić na nogi jego przyjaciółkę. Przyjaciółkę. Tak właśnie... To co ich łączyło można by chyba nazwać przyjaźnią. Może dopiero co kiełkującą, a jednak... Szczery uśmiech rozjaśnił jego zmęczoną, pięćdziesięcioczteroletnią twarz, która jednak nie zdradzała jeszcze cech charakterystycznych dla tego wieku. Dosypał posiekany czosnek do przyjemnie bulgoczącego wywaru,a po chwili dodał do niego także łyżeczkę zupełnie białego, rzepakowego miodu. Gdy wyglądało na to, że mikstura była gotowa, zdjął rondelek z ognia i przelał jego zawartość do kolejnego, większego niż poprzedni, kubka. Wyłączył kuchenkę indukcyjną, by zająć miejsce vis a vis kobiety, która wciąż odczuwała na języku nieprzyjemny posmak lekarstwa, dając upust swemu niezadowoleniu poprzez ciągłe przygryzanie ust. Mężczyzna zapalił świecę o zapachu jaśminu stojącą na stole i podsunął Sarah kolejny kubek.
- Co to jest? - wycharczała bardziej, niż powiedziała, obrzucając go nieufnym spojrzeniem rozgorączkowanych, lśniących oczu.
- Domowy sposób na walkę z grypą. Do dna!
Jego 'okrzyk' zabrzmiał dość zabawnie, zwłaszcza kiedy został wypowiedziany raczej szeptem. Sarah, szczęśliwa, że przynajmniej zatykanie nosa (z powodu okropnego kataru) mogła sobie odpuścić, zamoczyła wargi w parującym płynie.
- Ałć! Gorące!
- Tylko takie będzie w stanie coś zdziałać. Pij i nie marudź... Gdzieś ty się tak urządziła, co? Pewnie na lotnisku?
- To było trzy dni temu - powiedziała, po czym postanowiła szybko zmienić temat. - Skąd u ciebie takie zdolności kulinarne? Myślałam, że... - jej wywód przerwał nagły napad kaszlu. Gdy tylko się skończył, kontynuowała - że ograniczasz się do naleśników.
- Miałem kiedyś gosposię , która z pochodzenia była Czeszką. Przezabawna kobieta! Katowała nas tym napojem przy okazji każdej grypy i to nie tylko chorych. Wszyscy musieli pić to świństwo"profilaktycznie", jak mówiła. Niby nie brzmi strasznie, ale dzieci były wtedy w takim wieku, że łapały dosłownie wszystko. Przez pół roku nie piłem chyba nic innego. Ale, co by nie mówić, pomagało, chociaż było niezłym wyczynem namówić dzieci, szczególnie Prince'a, na wypicie takiego wywaru.
- Wyobrażam to sobie. Annie też nie lubiła tego typu wynalazków, a chorowała prawie ciągle do jedenastego roku życia. Od tamtego momentu nigdy więcej nie odwiedzałyśmy lekarza, chyba że z powodu szczepień obowiązkowych.
- U nas, kiedy Prince miał siedem, Paris sześć, a Blanket dwa latka, musiałem sprowadzić lekarza na stałe do domu. Jeździł z nami wszędzie, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy jego pomoc okaże się niezbędna.
Popatrzył na swoją towarzyszkę. Jej ciemnobrązowe oczy zmatowiały, dając wyraźny sygnał, że gorączka zaczęła spadać. Przestały targać nią niekontrolowane dreszcze. Cudowny napój Pani Miromily i tym razem okazał się niezawodny.
- Myślisz, że Annie dotarła już na miejsce? - zapytała, powtórnie zmieniając temat.
- Pewnie tak... Chociaż Omer miał zaplanowany przylot na wczorajszy wieczór, a wciąż nie dał znaku życia.
- Przedwczorajszy wieczór - poprawiła go już znacznie pewniejszym głosem. - Jest prawie czwarta nad ranem.
- Faktycznie... Wiesz, może powinienem się o niego martwić, ale mam jakieś dziwne przeczucie, że ostatecznie wcale nie zamierzał wylądować w Argentynie.
- Gdzie w takim razie, twoim zdaniem, się teraz znajduje?
- Niezmiennie, obok twojej córki, w samolocie kierującym się prosto do Afryki.
- Widzę, że nie jestem osamotniona w tym przeczuciu... Myślisz, że oni wiedzą, że my wiemy?
Michael zmarszczył czoło, gorączkowo przetwarzając w głowie jej pytanie. W końcu był środek nocy. Gdy wreszcie zrozumiał, co miała na myśli, jego oblicze ponownie się rozpromieniło.
- Sądząc po tym, jak nieźle się kamuflują, mają chyba nadzieję, że ciągle niczego się nie domyślamy. Kiedy na to wpadłaś?
- Tak naprawdę pewność zyskałam dopiero po wczorajszym telefonie Seana. Chłopak nie brzmiał najlepiej, pytając, czy mógłby podrzucić mi dziś do pracy rzeczy Annie, które u niego zostawiła. Zgodziłam się, bo nie chciałam, żeby przyjeżdżał tutaj i cię niepokoił. Do tej pory głowię się, co też tej mojej pierworodnej odbiło. Przecież Sean to taki fajny chłopak...
- Hej! Omer to też świetny, młody mężczyzna. Nie wiem, o co ci chodzi.
- Przepraszam, źle to zabrzmiało. Miałam na myśli to, że miedzy nimi jest taka duża różnica wieku.
- Kiedy ja brałem ślub z moją pierwszą żoną, było miedzy nami dziesięć lat różnicy. Poza tym, między nami jest osiem lat, a ja i tak uważam, że stanowimy całkiem niezłą parę - nie mógł powstrzymać się od puszczenia jej oczka.
- Panie szefie... Niech pan się tak nie rozpędza.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać. Choroba tylko dodaje ci uroku.
- Dobra, dobra... Jak to się mówi? - podrapała się po głowie. - Aha! Bujać to my, ale nie nas.
Nie mogli powstrzymać śmiechu, który poniósł się echem po całym domu. Gdy tylko zdali sobie z tego sprawę, natychmiast zakryli dłońmi usta i chichotali jak dzieci przyłapane na gorącym uczynku.
- Więc twoim zdaniem to dobrze, że coś jest między nimi?
- Tak sądzę. Sama pomyśl - zwrócił się do niej z dobrotliwym uśmiechem na ustach. - Czy Annie nie była szczęśliwsza, odkąd udawali, że nic ich nie łączy?
- Niby tak, ale...
- Ja mogę z czystym sumieniem przyznać, że dawno nie widziałem Omera tak radosnego. Momentami wydawało mi się, że unosi się tuż nad podłogą, zamiast normalnie chodzić. Kiedy trenowaliśmy, był kompletnie rozkojarzony. Myślę, że wpadł jak śliwka w kompot.
- Jakoś nie wydaje mi się, żeby taka gwałtowna miłość mogła zakończyć się dobrze.
- Bredzisz! - podsumował, choć szybko się zreflektował, widząc jej obruszenie. - To znaczy... Nie uwierzę, że twój mąż nie zwariował na twoim punkcie w mniej niż dziesięć sekund od kiedy cię zobaczył.
- No to chyba jednak będziesz musiał... George i ja to zupełnie inna sprawa. Ale to nie czas na takie historie. Lepiej już się położę. Dziękuję, że się mną zająłeś i za tę rozmowę.
- Sarah, przepraszam, jeśli cię zasmuciłem wspominając o twoim mężu. Naprawdę nie...
- To nic takiego. Po prostu nie chcę o tym rozmawiać. Dobrej nocy.
Wyszła, wciąż owinięta w koc, z oczami szklącymi się nie od gorączki, ale od gorzkich łez.

piątek, 30 stycznia 2015

This Is Not It_25

Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić. 
- Harlan Coben Nie mów nikomu

Kompletnie nie wierzyła w to, że siedziała właśnie w wygodnym fotelu samolotowym, obok jednej z najważniejszych osób w jej życiu. Jakimś cudem udało jej się przetrwać burzę, która rozpętała się tuż po jej powrocie do domu. Dzięki Bogu, wybiła Omerowi z głowy pomysł, o pojawieniu się w salonie razem z nią, dzięki czemu wzbudziliby jeszcze większe podejrzenia domowników. Niestety, wiązało się to z tym, iż musiała samodzielnie stawić czoła gniewowi matki, co przy temperamencie rodzicielki nie wydawało się takie proste. Nie wiedzieć czemu, gdy tylko przeszła przez główne drzwi, zobaczyła Sarah wachlującą się dokładnie tym samym plikiem papierów, który w tamtej chwili powinien leżeć sobie spokojnie w jej sypialni. Świetnie pamiętała, jak drobne kropelki potu wstąpiły jej na czoło, a głos uwiązł w gardle. Matka, kiedy tylko ją zobaczyła, zerwała się z fotela i stając tuż przed nią, rozpoczęła reprymendę, nie oszczędzając przy tym swojego gardła. Jak długo zamierzałaś trzymać to w tajemnicy?! Chcesz zostawić babcię i siostrę na pół roku?! Czy w ogóle pomyślałaś o tym, jak ty tam przeżyjesz?! Niech ci się nie wydaje, że pozwolę ci gdziekolwiek wyjechać, moja droga! Po moim trupie! Pojawiło się jeszcze parę zdań wygłoszonych w podobnym tonie, zanim zdołała nieśmiało przerwać swojej rodzicielce. Kiedy wreszcie mogła zacząć się tłumaczyć, do środka wparowało rodzeństwo Jacksonów, uważnie przyglądając się wszystkim zebranym. Z ich perspektywy musiało to wyglądać naprawdę ciekawie: Leah, zaczytana w grubym tomiszczu, starsza z dziewcząt, stojąca ze spuszczoną głową, niczym mała dziewczynka, Sarah, czerwona od gniewu lecz milcząca i wreszcie ich ojciec, z rozbawieniem przyglądający się całej tej sytuacji. Jednak, zamiast okazać w jakikolwiek sposób swoje zaskoczenie, każde z nich podeszło do Michaela i otrzymało od niego powitalny pocałunek w czoło. Przez krótką chwilę w głowie Annie pojawiło się pytanie: jak wiele skrajnie nietypowych sytuacji musiały widzieć te dzieci, skoro będąc świadkiem tej jednej, nie posłały im nawet pojedynczego, zaskoczonego spojrzenia... Jednak ta myśl rozpłynęła się równie szybko, jak się pojawiła, gdy jako kolejny, w salonie pojawił się Omer. Uśmiechnięty, z oczami błyszczącymi jak najszlachetniejsze diamenty, zatrzymał się w ustami otwartymi w połowie rozpoczętego zdania. No cóż... przynajmniej jego choć odrobinę zdziwiła ta dramatyczna scena. Jego ukochana posłała mu natychmiast ostrzegawcze spojrzenie, przypominając, by nie wspomniał przypadkowo o tych trzech wspólnie spędzonych tygodniach. Sarah, speszona nagłym, nietypowym zbiorowiskiem, rzuciła tylko krótkie jeszcze z tobą nie skończyłam, Anno Faith Anderson i opuściła pomieszczenie, purpurowa od gniewu i wstydu. Przez resztę dnia obie kobiety nie wymieniły miedzy sobą nawet jednego słowa. Nastąpiło to dopiero wtedy, gdy niczego nieświadoma Erin podczas kolacji, którą już od dłuższego czasu jadali razem z Jacksonami, zapytała:
- A skąd taka mina, kochanie? - zwrócając się do swojej starszej wnuczki.
Wtedy dziewczyna, chcąc nie chcąc, musiała również przed babcią przyznać się do swojego nieodwołalnego, jak postanowiła, wyjazdu. Potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała i nie do końca była pewna, jak zareagować na taki obrót spraw. Erin uśmiechała się, wyrozumiale potakując głową, wsłuchana w opowieść blondwłosej studentki. Potem wyraziła swój podziw dla jej odwagi, nie szczędząc jej przy tym wyrazów bezgranicznej miłości i zaufania. Nie przemilczała oczywiście kwestii bezpieczeństwa, jednak nie działała tak histerycznie, jak jej synowa, dzięki czemu wszyscy obecni stopniowo się rozluźnili. Tak naprawdę, tylko dzięki babce udało się Annie zdobyć zgodę Sarah na wyjazd, a ta była niepospolicie twardą zawodniczką. Gdy już brakowało jej oręża w nierównej walce przeciwko córce i teściowej, chwyciła się ostatniego argumentu, niczym tonący przysłowiowej brzytwy: A co z Seanem? To pytanie zamknęło usta najstarszej z Andersonów, a tę o wiele młodszą wprawiło w zakłopotanie. Nie mogła tak zwyczajnie przyznać się do porzucenia tego ciemnoskórego, wcielonego ideału każdej szanującej się amerykańskiej matki, bo z prawie wywalczoną zgodą na wyjazd mogłaby się pożegnać. Musiała grać na zwłokę, powiedzieć, że przyda im się mały odpoczynek, co oczywiście nie przekreśla całego związku. Czy pomyślała o tym, że Sean mógłby skontaktować się z jej matką i opowiedzieć jej o odrzuconych zaręczynach? Oczywiście. Jednak chłopak nie znał powodu jej odmowy, co zostawiało jej bliskim pewną swobodę w interpretacji. Poza tym, kiedy już wróci z Afryki, jej były zdąży zagoić rany i zapomni, pozwalając jej wieść spokojne życie u boku, rozpoczynającego swoją światową karierę, mężczyzny. Może, gdy ponownie zawita do ojczyzny, rodzina zdoła zaakceptować jej szalony romans, który w ciągu trzech tygodni przerodził się w miłość poza grób. Uśmiechnęła się, czując dłoń Omera ściskającą delikatnie jej własną. To, że leciał z nią dla pozostałych było równie nieoczywiste, jak ich skrywany związek. Chłopak cierpiał, mając świadomość, iż okłamał swego mentora, także jego dzieci, za które po części czuł się odpowiedzialny. Rozumiał jednak, że w innym wypadku cały ich plan spali na panewce, do czego w żadnym wypadku nie chciał doprowadzić. Dlatego też wszyscy byli pewni, iż wysiądzie w Argentynie, gdzie miał ponoć zaplanowane spotkania z ludźmi odpowiedzialnymi za doprowadzenie do końca prac nad jego pierwszym w życiu albumem studyjnym. Właściwie on również nie do końca minął się z prawdą. Spotkania faktycznie miały odbywać się w Argentynie, jednak dopiero w przyszłym miesiącu, gdy pogoda nieco się poprawi i będzie można rozpocząć prace nad jednym z klipów. Dzięki takiemu rozwiązaniu, papużki nierozłączki mogły spędzić razem kolejne, przepełnione miłością, cztery tygodnie, bez wtajemniczania w szczegóły osób trzecich. Samolot zamruczał, najpierw jak dachowiec z radością odbierający pieszczotę, potem jak dziki kot szykujący się do skoku. Blondwłosa stewardessa w biało-fioletowym mundurku i liliowej apaszce na szyi, już po udzieleniu obowiązkowego instruktażu, zajęła się pasażerami siedzącymi bliżej kokpitu. Po krótkiej chwili przy zakochanej parze pojawiła się inna ślicznotka, tym razem w hebanowo czarnych lokach związanych w wysoką kitę, prosząc ich, by zapięli pasy, gdyż zbliża się pora startu. Potem zapytała, czy aby czegoś nie potrzebują, a gdy przecząco pokręcili głowami, życzyła im już tylko przyjemnej podróży i zniknęła w dalszej części pokładu.
- Omer!
Posłała mu dość mocnego kuksańca w bok, gdy tylko zauważyła, jak oczy jej lubego mimowolnie wędrują za ciasno opiętymi purpurowym materiałem, krągłymi pośladkami stewardessy.
- Ałć! Coś ty, karate trenowała w dzieciństwie?
- Nie, ale jak będzie trzeba, to skopię ci tyłek, skarbie.
- Zerknąłem tylko dla porównania. Dzięki temu moja hipoteza została potwierdzona: twoja pupa jest najcudowniejsza na świecie - powiedział, ukazując w szerokim uśmiechu rząd śnieżnobiałych zębów.
- Następnym razem, dla własnego dobra, potraktuj to jako dogmat, ok?
- Tak jest, wasza wysokość.
- Jesteś niemożliwy! - złożyła na jego ustach krótki pocałunek. - Masz ochotę posłuchać muzyki?
Z bagażu podręcznego wyciągnęła skręcone w prawdziwie marynarski węzeł, czarne słuchawki i jedną z nich podała chłopakowi, drugą zaś wetknęła do swojego ucha. Nie trzeba było czekać długo, by do ich uszu dopłynęły pierwsze takty piosenki Olly'ego Mursa Dear Darling. Omer przymknął ozdobione długimi rzęsami powieki i odpłynął, nie zwracając uwagi na to, co działo się z Annie. W jej głowie, równocześnie ze słowami:

I can’t stop my hands from shaking
'Cause I’m cold and alone tonight.
I miss you and nothing hurts like no you.

w jej myślach pojawiła się twarz Seana. Jak się trzymał? Czy był na nią zły? Czy kiedyś jej to wszystko wybaczy. Gdy tylko wyobraziła go sobie, dłońmi zakrywającego zapłakane twarz, przeklęła cicho samą siebie. Nie powinna rozdrapywać tak świeżej rany. Śladem swojego ukochanego zamknęła oczy i poddała się chwili relaksu, ani na moment nie puszczając jego dłoni. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo jej wyobrażenia różnią się od rzeczywistości... Wyjrzałaby przez niewielkie okienko ogromnej maszyny, by dostrzec samotnego chłopaka stojącego na płycie lotniska, z głową wpatrzoną w niebo, którego policzków nie przecinała nawet pojedyncza łza, a serce pozostało twarde, jak pęknięty w połowie, zimny głaz.