środa, 17 października 2012

Destiny_10

- Mam świetny pomysł! - zawołała radośnie.
- Jaki?
Pokazała mu, schowany za plecami, plakat. Treść brzmiała następująco:
"27 października 1975r. odbędzie się pokaz talentów w naszej szkole. Na zgłoszenia czekamy do 15.10.br. Zapraszamy serdecznie!"
Popatrzył na nią, zbytnio nieprzekonany.
- I co, że jest pokaz talentów?
- Weźmiesz w nim udział, ot co.
- Nie ma mowy! Poza tym, co to ma wspólnego z Vicky?
- Zobaczysz!
Pociągnęła go za rękę i weszli razem do szkoły.
*
- Mamo, dzisiaj wpadnie do mnie Maddie. Musimy poćwiczyć do piątkowego pokazu talentów.
- Dobrze, w sumie to nic nowego. Madeline "wpada" do nas codziennie.
- Coś nie tak? Przeszkadza wam to? - zapytał zasmucony.
- Nie, nie... To bardzo miła dziewczyna. Jesteście tylko przyjaciółmi?
- Raczej AŻ, Mamo - uśmiechnął się promiennie. - Jesteśmy jak rodzeństwo.
- No tak... Jak mogłabym pomyśleć inaczej...
- To ja lecę do siebie.
- Zaczekaj. Mam dla ciebie jedną wiadomość.
- Tak?
- Nie jestem pewna, czy weźmiesz udział w tym konkursie...
- Dlaczego? - zapytał z trwogą w głosie.
- Ojciec wraca w jutro... Wiesz, że on nie lubi tego rodzaju występów...
- Trudno! Będzie musiał polubić! Mam już 17 lat! Mam prawo chociaż po części sam decydować o swojej przyszłości! - rozdrażniony, spojrzał w smutne oczy rodzicielki. - Przepraszam Mamo...
- Idź już na górę... Spróbuję jakoś porozmawiać z ojcem, kiedy wróci...
- Dziękuję - ucałował ją szczerze i, pełen optymizmu, pobiegł do swojego pokoju.
Usiadł na parapecie i krzyknął w stronę sąsiedniego okna:
- Idziesz?!
- Zaraz będę! - odpowiedziała mu drobna blondynka.

niedziela, 14 października 2012

Destiny_9

- Dzień dobry... Jest Maddie?
- Jest, ale nie ma ochoty z nikim rozmawiać - zmierzyła go surowym wzrokiem matka przyjaciółki.
- Bardzo panią proszę... Muszę z nią porozmawiać...
- Nie ma mowy.
- Błagam panią - już przygotowywał się do klęknięcia u progu.
Sarah, jak to typowa kobieta, zmiękła, rozczulona postawą chłopca. Cicho otworzyła drzwi i wpuściła młodzieńca do środka. Rozejrzał się po przytulnym salonie, w którym widać było kobiecą rękę. Miękkie kanapy, samym wyglądem, zachęcały do wylegiwania się na nich całymi popołudniami. Poprowadziła gościa do schodów i gestem wskazała pokój na poddaszu. Cicho wdrapał się na górę i zapukał.
- Dajcie mi spokój!
- Maddie... To ja... Michael...
- Zostaw mnie! Nie mam ochoty z nikim rozmawiać!
Nie chcąc jeszcze bardziej jej denerwować, usiadł pod drzwiami. Spędził tam może dziesięć minut, gdy uznał, że nie ma to najmniejszego sensu. Zszedł na dół i poinformował panią Robin o tym, co za chwilę zamierzał zrobić. Nie napotykając większego sprzeciwu, wrócił do domu. Zajrzał do garażu, w którym znajdowała się dość wysoka drabina. Wziął ją ze sobą, po czym podstawił pod okno przyjaciółki. Kiedy już wszedł na samą górę, delikatnie zapukał w szybkę. Rolety powoli zaczęły unosić się, dzięki czemu ujrzał śliczną, zapłakaną twarz Maddie.
- Co ty tu robisz? Zwariowałeś?!
- Przepraszam... Nie dałaś mi wyboru... Mógłbym wejść? - uśmiechnął się nieśmiało.
- Właź...
Westchnęła i uchyliła szerzej, przymknięte, okiennice. Chłopak zręcznie wskoczył do pokoju, po czy, przestraszony stanął pod ścianą.
- Co...co...co...on tu ro...robi? - wyjąkał.
- To tylko mój pies, Bobby. Nie bój się, jest bardzo przyjazny.
Powiedziała, wydmuchując nos w chusteczkę. Złoty lablador przysunął się do Michaela, łasząc się jak szczeniak. Lizał go po rękach i twarzy.
- Więc czego chciałeś? - zapytała, siadając na łóżku i wpatrując się w niego zaczerwienionymi od płaczu, szmaragdowymi oczyma.
- Chciałem przeprosić cię za mojego brata i za siebie...
- Po pierwsze, ty nie masz mnie za co przepraszać. Po drugie, to Jermaine powinien to zrobić osobiście.
- Ale wiesz jaki on jest... Myśli, że wie wszystko najlepiej i nie odpuści tak po prostu. A ja powinienem był stanąć w twojej obronie...
- Nic się nie stało, tylko wiesz... On mówi o mnie, choć tak naprawdę wcale mnie nie zna...
- Rozumiem... sam znam to uczucie nazbyt dobrze... - przysunął się do niej i czule objął ramieniem.
- Bo ja... dość niedawno zakończyłam toksyczną znajomość...
- Co on ci zrobił?
- Powiedzmy, że nie był najmilszym gościem, ale to już przeszłość. Nie chcę do tego wracać...
Wtuliła się w niego mocniej, żeby ukryć, ponownie wzbierające się w jej oczach, łzy. On musnął wargami jej czoło, by trochę ją uspokoić. Mógł się tylko domyślać, jak wielki ból teraz odczuwała... Z całych sił pragnął go jej odebrać i wziąć na swoje ramiona, by ukoić jej rozpacz. Chciał, żeby była szczęśliwa. Kiedy dziewczyna uspokoiła już swój oddech, miał czas, aby rozejrzeć się po jej sypialni. Ściany miały błękitny kolor i idealnie komponowały się z białymi meblami. Tuż obok biurka dostrzegł plakat The Jackson 5.
- Ej! Co to jest?
- Jak to co? Wasz plakat - uśmiechnęła się promiennie.
- Wyglądam tu... jak jakieś małe nie wiadomo co!
- Nie prawda! Wyszedłeś słodko... Nie to, co teraz...
Zaczął ją łaskotać i nie przestawał, dopóki nie odwołała swoich słów.
- Ahahhaha... dobrze już, dobrze! Tylko błagam, przestań... Jesteś teraz równie uroczy...
- I to mi się podoba - podsumował dumny jak paw.
- Napijesz się kakao?
- Czytasz mi w myślach...
Wyszła, zamykając za sobą drzwi. Jego nieposkromiona dotąd natura, znów się odezwała. Nasłuchując, czy przyjaciółka nie wraca, zaczął wertować wszystkie możliwe półki i szafki. W jednej z nich, położonej najniżej, znalazł zielony zeszyt. Powoli otworzył go, nie mając pojęcia, że to co zobaczy, tak go zadziwi. Jego oczom objawiły się przepiękne szkice rysowane wprawną ręką właścicielki. Przerzucił kilka stron, a to, co zobaczył, wprawiło go w nie lada zakłopotanie. Był to idealny portret... Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie okazało się, że przedstawia właśnie jego. Zaskoczony, patrzył dalej. Kolejne kartki również zapełnione były jego podobiznami. Kiedy minął pierwszy szok, zwrócił większą uwagę na jeden z rysunków. Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego, ale on spodobał mu się najbardziej, mimo iż wszystkie prace były genialne. Niewiele myśląc, wyrwał ulubiony szkic i schował do wewnętrznej kieszeni koszuli. Prawie w tym samym momencie klamka powoli drgnęła. Chłopak szybko odłożył zeszyt na miejsce i usiadł na łóżku, udając, że nie zmienił pozycji przez cały czas jej nieobecności.
- Nie nudziło ci się? - zapytała, podając mu czerwony kubek, wypełniony gorącym kakao.
- Bez ciebie? Zawsze... Dziękuję.
- To co masz mi do powiedzenia?
- W jakim sensie?
- Co zamierzasz zrobić w sprawie... Vicky? - z trudem przełknęła to imię.
- Nie mam pojęcia... Bardzo chciałbym z nią pogadać, ale boję się, że weźmie mnie za kretyna. Jestem dla niej za słaby.
- Żartujesz?! Jesteś świetnym chłopakiem! Gdybyś tylko chciał, mógłbyś mieć każdą! Jesteś troskliwy, zabawny, uroczy i przystojny. Prędzej to ona nie zasługuje na ciebie.
- Kocham cię, wiesz? - powiedział, przytulając się do niej.
- Wiem... Więc co zamierzasz zrobić?
- Jakoś do niej zagadam... coś wymyślę...
- Pomogę ci.


czwartek, 11 października 2012

Destiny_8

Siedzieli w pokoju Michaela i zastanawiali się, jak mu pomóc. Jermaine zajął miejsce na łóżku brata wygodnie się wylegując. Maddie, z naburmuszoną miną, przysiadła na parapecie, z założonymi na piersiach rękoma. Mike natomiast uprawiał nerwowy marsz po pokoju, intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Brat, nie bój się. W końcu jesteś chyba facetem, a nie babą! Zagadaj do niej.
- Ale jak? O czym?
- Zapytaj, czy wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, bo jeśli nie, to możesz przejść jeszcze raz...
- Och, no to teraz dałeś Jer... Gorszego tekstu w życiu nie słyszałam!
- Co ty możesz o tym wiedzieć? Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile dziewczyn na to leci.
- To chyba są chore psychicznie! Poza tym, w końcu też jestem dziewczyną więc jakieś tam pojęcie mam.
- Więc co, twoim zdaniem, powinien zrobić Mike, mądralo?
- Przede wszystkim nie powinien w ogóle do niej startować. To prosta, głupia i bezczelna lalunia, która za nic ma ludzi bez większych pieniędzy. Takie jest moje zdanie.
- Co z tego? Jest ładna. To wystarczy.
- Jesteś szowinistą, wiesz?
- Być może, ale przynajmniej nie jestem samotny.
- Gdybym tylko chciała, to byłabym w związku!
- Więc dlaczego nie jesteś?
- Bo nie chcę!
- A może to ciebie nie chcą?
Zobaczył, jak w jej oczach zaszkliły się łzy. Podniosła się i uciekła do siebie. Mimo, że Michael próbował ją zatrzymać, pobiegła do domu.
- Coś ty najlepszego narobił?!
- Jak to co? Trafiłem w sedno i  to tak bardzo zabolało.
- Wiesz co? Nie mam ochoty teraz z tobą gadać...
- Już idę...
Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Chłopak przybliżył się do okna i spojrzał na okno sąsiadki. Błękitne rolety były zaciągnięte, przez co odgrodziła się od świata. Nie mógł tego tak zostawić...


wtorek, 9 października 2012

Destiny_7

- Maddie, śpisz?
Była wtulona w jego pierś. Złotawe włosy okalały jej bladą buzię, a czerwone usta lekko rozchylały się w spokojnym oddechu. Postanowił, że nie będzie jej budził. Delikatnie podniósł jej drobne ciało i zaniósł do swojej sypialni. Tam ostrożnie ułożył ją na łóżku i przykrył ją ciepłym kocem. Rozmyślał, czy stosownym byłoby położyć się obok niej. Jednak, po głębszym zastanowieniu, doszedł do wniosku, że mogłoby być to niezręczne dla nich obojga. Skulił się w fotelu i zasnął, myśląc o przyszłości...
*
- Myślisz, że wygrają?
- No jasne! To najlepsza drużyna w Stanach!
 Siedzieli na drewnianych huśtawkach w ogrodzie przynależącym do domu Maddie. Popołudnie było ciepłe i słoneczne. Na błękitnym niebie, niczym obrazy, powoli przesuwały się puchate chmury. Delikatny wiatr szumiał tajemniczo w koronach drzew, roznosząc słodki śpiew ptaków. Jednym słowem, niedzielna sielanka. Wtem, z ulicy głównej, dobiegł ich dziewczęcy śmiech. Niezauważenie pokradli się bliżej i ukryli za ogrodzeniem. Mike znalazł dziurę między drewnianymi sztachetami i zaczął podglądanie. Ulicą szły trzy dziewczyny ubrane dość skąpo, nawet jak na tak upalny dzień. Dwie z nich, farbowane blondynki, co chwila , bez powodu, wybuchały śmiechem, po czym skrupulatnie poprawiały swoje długie włosy. Między nimi szła ciemnowłosa piękność. Dziewczyna miała na sobie krótką, jansową spódniczkę i kusy, biały żakiet. Na nogach połyskiwały buty na obcasie. Przyjrzał jej się trochę dokładniej. Mały, zadarty nos, pełne, rubinowe usta , czarne jak noc, błyszczące oczy i długie, hebanowe loki.
- To Vicky i jej służki - szepnęła z pogardą Madeline.
- Skąd ją znasz?
- Chodzi do szkoły po drugiej stronie ulicy. Trochę o niej słyszałam...
- Jest przepiękna...
- A ty tylko o jednym... Co ty wyrabiasz?!
Zobaczyła, jak Michael powoli wstaje, obnażając tym samym ich kryjówkę. Pociągnęła go silnie za rękaw koszuli, chroniąc przy tym jego reputację.
- Zwariowałeś?! Zobaczą cię!
- Właśnie o to mi chodzi... - patrzył w dal błędnym wzrokiem.
- Nie mów, że ona ci się spodobała...
- Jest cudowna i ...
- No i co dalej? Nic o niej nie wiesz! Nawet z nią nie rozmawiałeś! Opamiętaj się Mike!
- Zamierzam to zmienić.
- Daj spokój! Jeszcze będziesz miał okazję.
- Dlaczego nie teraz?
- Zaufaj mi... Czy kiedykolwiek chciałam źle dla ciebie?
- No nie...
- Więc proszę, chodźmy stąd - spojrzała na niego błagalnie.
- Ok...



piątek, 5 października 2012

Destiny_6

- Gdzie wyście się podziewali?! - zapytała przerażona Katherine, kiedy stanęli w drzwiach, ociekając wodą.
- Mieliśmy małą kąpiel Mamo, nie denerwuj się. Zobacz, mamy gościa.
Zza Michaela wychyliła się równie mokra Madeline, uśmiechając się nieśmiało do matki swojego przyjaciela.
- No dobrze już, idźcie się przebrać. A ty Maddie, masz jakieś suche ubrania?
- Chciałam się właśnie przebrać, ale rodzice razem z Kevinem pojechali na zakupy i nie mm jak dostać się do domu...
- Spokojnie Mamo, zaraz coś jen znajdziemy...
Pociągnął dziewczynę za rękę i wbiegli razem na górę. Kiedy już drzwi jego pokoju się zamknęły, zaprosił przyjaciółkę do łazienki, a sam zaczął szukać dla niej jakichś ubrań.
- Może być sweter i jeansy?
- Co? Nic nie słyszę! Woda zagłusza!
- Pytam, czy może być sweter i jeansy?!
-A twoje?
- Tak...
- To mogą być.
Usłyszał jej śmiech. Ułożył rzeczy na oparciu krzesła i zaczął się przebierać. Właśnie zapiął spodnie, rozglądając się jednocześnie za koszulą, gdy z łazienki wychyliła się Maddie.
- Mógłbyś podać mi ubrania?
- Uhm... oczywiście.
Trochę skrępowany sięgnął po rzeczy i podał przyjaciółce. Zapiął błękitną koszulę, usiadłszy na łóżku.
- Przepraszam, że tak długo, ale mam taki głupi zwyczaj wąchania cudzych perfum. Muszę przyznać, że twoje są przepiękne.
- Dziękuję... Lepiej chodźmy już na dół. Mama pewnie się niecierpliwi... Do twarzy ci w tym sweterku - uśmiechnął się głupkowato.
- Z pewnością lepiej niż tobie.
Pokazała mu język i zbiegła po schodach. Wpadła do kuchni, strasząc tym samym i tak już zdenerwowaną Katherine. Za nią wbiegł Michael, uśmiechnięty od ucha do ucha. Ucałował zaskoczoną matkę i usiadł na kuchennym blacie.
- Chcecie, żebym umarła na zawał?!
- Przepraszamy panią bardzo. Po prostu...
- Nie możemy doczekać się twojej wspaniałej kolacji - dokończył chłopak.
- No dobrze... Siadajcie już do stołu, zaraz podam kurczaka z warzywami.
- Może pomogę?
- To bardzo miło z twojej strony Maddie, ale nie trzeba.
- Oboje ci pomożemy Mamo.
Zaczęli nakrywać do stołu, gdy nagle do jadalni wparowali trzej chłopcy. Uśmiechnęli się promiennie do pięknej sąsiadki. Następnie, z ogrodu, przyszła Janet z bukietem mleczy w dłoni i wręczyła go matce. Z góry słychać było trajkoczącą przez telefon La Toyę. Usiadła do stołu, nie odrywając słuchawki od ucha.
- Skończ już to paplanie. Kolacja jest już na stole.
- Och! Muszę już kończyć Dimond, pogadamy później.
Rozłączyła się i spojrzała z zaciekawieniem na gościa. Kiedy już wszystkie półmiski  znalazły się na właściwych miejscach, odmówiono modlitwę i rozpoczęto posiłek.
- Będziecie z Mike'iem chodzić do jednej klasy, tak? - zagadnęła pani domu.
- Zgadza się. I z tego, co mówiła mi mama, Janet będzie w tej samej klasie, co Kevin.
- To cudownie!
- Skąd się przeprowadziliście? - zapytał Marlon. - Muszę wiedzieć, gdzie szukać takich pięknych dziewczyn.
- Urodziłam się w Londynie...
- Tęsknisz za domem?
- Może trochę... Ale tutaj też jest fajnie - uśmiechnęła się do Michaela.
- Może przenocujesz u nas dzisiaj? Planowaliśmy sobie maraton horrorów - zaczął Jermaine.
- Nie nadaję się do takich filmów... Jestem strasznym tchórzem...
- To nic, przy nas nie będziesz się bała - puścił do niej oczko. - A rodzice też nie będą mieli nic przeciwko.
- Musiałabym zapytać...
- Już ja się tym zajmę, kochanie - powiedziała czule Katherine.
Przyszedł czas na sprzątanie po kolacji, które okazało się świetną zabawą. Jermaine i Randy zmywali naczynia, nucąc przy tym znane im świetnie kawałki. La Toya, na zmianę z Janet, śpiewała żeńską partię podczas wycierania sztućców, a Mike z Marlonem tworzyli chórki w przerwach od ustawiania dużej kanapy przed ekranem, na którym miały być wyświetlane filmy. Jej, w przydziale, dostało się wytarcie stołu i zwinięcie kremowego obrusu. Kiedy już wszystko było, pani Jackson przygotowała dzieciom małe przekąski, a sama położyła się spać. Młodzież rozsiadła się wygodnie na puszystym dywanie. Poustawiali obok siebie tacki z owocami, chipsami i słonymi orzeszkami,a na stole, soki i 2 butelki coli. Ktoś włączył rzutnik i, na białym materiale, pojawił się pierwszy kadr filmu grozy. Maddie, siedząc obok Michaela, próbowała zgrywać odważną. Cieszyła się, że ma go obok siebie, mimo, że nie było się czego obawiać. Po około pół godzinie pierwszego filmu, mała Janet spała niczym niemowlę w swojej sypialni na górze. La Toya siedziała, obejmując podkurczone kolana, z napiętymi nerwami do granic możliwości. Jermaine wpatrywał się w ekran ze średnim zainteresowaniem, za to Marlon, wolał, zamiast na film, zerkać na uroczą sąsiadkę. Ta, wtulona w pierś przyjaciela, próbując nie trząść się ze strachu, przymykała powieki. Michael z uśmiechem na ustach, pochłaniając co chwilę kilka słonych orzeszków, oglądał wilkołaka pożerającego swoją kolejną ofiarę...



środa, 3 października 2012

Destiny_5

Chodźmy się przejść! - zaproponowała dziewczyna.
- A może najpierw przebierzemy się z tych galowych ciuchów, bo ludzie będą się dziwnie gapić...
- Ok. W takim razie będę gotowa za 15 minut.
Zniknęła za drzwiami swojego domu. Michael uśmiechnął się pod nosem. Pośpiesznie dotarł do swojego pokoju, wygrzebał z szafy jeansowe spodnie i jasny T-shirt. Wciągnął go na siebie i poszedł do łazienki. Skropił się delikatnie swoimi ulubionymi perfumami, po czym zbiegł na dół.
- Mamuś, idę z Maddie rozejrzeć się po okolicy, wrócę na kolację - rzucił na wychodnym.
- Zaczekaj!
- Co się stało?
- Weź ze sobą Janet. Bardzo chciała iść na spacer.
- Ale Mamo...
- Bez dyskusji. Jan, jesteś gotowa?
- Tak.
Z góry zeszła dziewczynka w "wojskowych" spodniach i białej koszulce. Uśmiechnęła się szczerze do brata, a wtedy ten nie potrafił już się na nią gniewać. Mała założyła jeszcze zieloną bejsbolówkę i razem wyszli przed dom. Spojrzał w górę. Zobaczył okno w sypialni Maddie i ją samą rozczesującą swoje długie włosy. Dziewczyna dostrzegła przyjaciela, wychyliła się przez okno i zawołała:
-  Już idę!
Podeszli pod jej dom. Z okna od strony kuchni bacznie przyglądała mu się Sarah. Onieśmielony jej przeszywającym wzrokiem, kiwnął głową, mówiąc "dzień dobry". Gospodyni odpowiedziała mu szczerym uśmiechem. Drzwi główne lekko skrzypnęły i otworzyły się powoli. Zza nich wyłoniła się uśmiechnięta Maddie, ubrana w krótkie, niebieskie szorty i biały T-shirt. Na nogach miała czarno-białe trampki, a na lśniących włosach, rzemykową przepaskę. Podeszła do Michaela i uścisnęła go na powitanie, potem to samo uczyniła z Janet. Chłopak zastanawiał się, dlaczego nie przeszedł go dreszcz, ani nie poczuł nic podobnego? Może jest jeszcze za wcześnie...
- Przepraszam, ale Mama powiedziała, że Dunk musi iść z nami...
- Nie mów tak do mnie! - oburzyła się mała.
- Nic się nie stało. Myślę, że Janet to bardzo mila dziewczynka i na pewno będziemy się razem  świetnie bawić.
- Obyś miała rację.
Ruszyli szeroką ulicą, mijając po drodze kilkanaście domów, takich samych, jak ich własne. Czas upływał im na rozmowie, żartach i zaglądaniu do sąsiedzkich okien. Po godzinnym spacerze dotarli na plażę. Morze spokojnie pochłaniało zachodzące słońce. Usiedli na brzegu, mocząc nogi w ciepłej wodzie. Fale rozbijające się o skaliste wybrzeże wybijały nieprzerwany rytm, a ptaki wyśpiewywały słodką dla ucha melodię.
- Mike, mogę się wykąpać?
- Żartujesz Jan?! Przecież Mama by mnie zabiła, gdybym ci pozwolił...
- Nie bądź takim sztywniakiem - zażartowała Maddie. - A może boisz się wody?
- Ja wam zaraz dam!
Chwycił młodszą siostrę i razem z nią wpadł do lazurowej, spokojnej wody. Mała, piszcząc i śmiejąc się naprzemiennie, chlapała, i tak mokrego już, brata. Dziewczyna stała na brzegu, śmiejąc się serdecznie.
- Z czego się tak śmiejesz Maddie? Właź do nas, albo sam po ciebie pójdę!
- Nie dogonisz mnie!
- Chcesz się założyć?
- Nie masz szans!
Pomógł Janet wygramolić się z wody, a sam rozpoczął gonitwę za przyjaciółką. Za każdym razem, gdy już prawie ją miał, udawało jej się uciec. W pewnym momencie przykucnęła, a on, zapamiętawszy się w szaleńczym biegu, nie był w stanie się zatrzymać. Wpadł na nią, przekoziołkował parę metrów i usiadł na ciepłym piachu. Podbiegła do niego, zaniepokojona jego niewyraźną miną.
- Wszystko ok Mike? - zapytała, delikatnie się nad nim nachylając.
- Wiesz, zastanawiam się...
- Nad czym?
- Czy jestem w tobie zakochany...
- Ja też ciągle zadaję sobie to pytanie. Możemy to łatwo sprawdzić...
- Jak?
Usiadła obok niego i musnęła swoimi wargami jego wilgotne usta. To co się działo, chyba obojgu sprawiało przyjemność, ponieważ tkwili w tym pocałunku jeszcze przez dłuższą chwilę. Kiedy wreszcie odsunęli się od siebie, Maddie spojrzała na przyjaciela, bez najmniejszego zawstydzenia.
- I co? Poczułeś coś wyjątkowego?
- Uhm... Nie zrozum mnie źle, ale ... To chyba nie jest miłość - odezwał się nieśmiało.
Niespodziewanie objęła go ramionami i mocno przytuliła. Potem usiadła naprzeciw niego i z błyskiem w oczach przyglądała mu się przez dłuższy czas.
- No to chyba jesteśmy przyjaciółmi - powiedziała dziarsko.
- Chyba tak. Może lepiej już chodźmy. Odprowadzę cię. Może Mama mnie nie ukatrupi...
- Idziecie? Bo ja już umieram z głodu - powiedziała mała Janet i chwyciła za rękę starszego brata.




Destiny_4

- Michael, kochanie, wstawaj już... Maddie jest na dole i czeka na ciebie...
- Co? - zapytał ledwo przytomny. - Jaka Maddie?
- Nasza sąsiadka. Mieliście iść dziś razem do szkoły.
Zerwał się z łóżka i rozhisteryzowanym wzrokiem szukał ubrań, które wczoraj tak skrupulatnie przygotowywał. Matka opuściła jego sypialnię, a on, w pośpiechu, wpadł pod prysznic. Chwilę później, chwiejąc się na jednej nodze, zakładał czarne spodnie. Następnie wciągnął na swoje ramiona, w kolorze kawy z mlekiem, białą, elegancką koszulę. Wychylił się przez okno i zerwał z wysokiej jabłonki kwiat, w tej samej chwili subtelny zapach rozszedł się po całym pokoju. Chłopak schował roślinę za plecami i popędził na dół. Zdyszany, stanął w salonie. Madeline siedziała na kanapie w czarnej sukience, do kolan, z białym kołnierzykiem. Na nogach miała buty na niewysokim obcasie, a jej włosy były zaplecione w długi, równy warkocz. Spojrzała na chłopaka z uśmiechem.
- Przepraszam Maddie, zaspałem... Ale mam tu coś, w ramach rekompensaty... - mówiąc to, wręczył jej białoróżowy kwiat.
- Jejku... Dziękuję - cmoknęła go w policzek - To kwiat jabłoni? Tej z waszego ogródka?
- Tak...
Zdziwił się. Przepiękna dziewczyna właśnie go pocałowała, a on nie poczuł kompletnie nic. Najmniejszego drżenia serca, najdelikatniejszego motyla w brzuchu. Stwierdził, że może jest na to jeszcze za wcześnie. Uśmiechnął się do dziewczyny i zaprowadził ją do drzwi. W progu zdążył jeszcze cmoknąć Mamę na pożegnanie i wyszedł.