niedziela, 9 września 2012

Breaking News_29

Uchylił nieznacznie powieki i spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej. Było dziesięć po czwartej. Diana miała wstać za godzinę. Nie miał co tu dłużej robić. Wstał i prawie bezgłośnie założył kraciastą koszulę i dopasowane, czarne spodnie. Na twarz nałożył grubą warstwę jasnego podkładu, chwilę później rozprowadził go również po szyi i torsie. Założył bladoniebieskie soczewki i blond perukę. Spakował swoje rzeczy w małą, podróżną torbę i, najciszej jak tylko mógł, wyślizgnął się z mieszkania. Zastanawiał ię, dokąd pójść. Do głowy przychodziło mu tylko jedno miejsce. Obudził śpiącego taksówkarza i poprosił o zawiezienie do parku. Kierowca, jeszcze lekko zaspany, odpalił silnik i spełnił życzenie klienta. W niespełna piętnaście minut dotarli na miejsce. Po zapłaceniu należności, opuścił ciepłe wnętrze samochodu. Gdy wysiadł, otulił go zapach rosy błyszczącej na śpiących jeszcze kwiatach i powiew świeżego wiatru. Mimowolnie skierował się w stronę małego stawu znajdującego się w otoczeniu kilku niewielkich jeszcze brzózek. Usiadł na mokrej trawie i wsłuchiwał się w poranny śpiew skowronka, który był ukryty gdzieś w zaroślach. To wszystko było bez sensu. Dlaczego tak beznadziejnie zachował się w stosunku do Diany? Ona wiedziała o jego uczuciu... Musiała to wiedzieć. Więc dlaczego pozwoliła mu zajść tak daleko i nagle się wycofała, udając, że nic się nie wydarzyło? Nie miał jej tego za złe. Był wściekły na siebie. Po co znów rozgrzebywał stare rany, kiedy poczuł coś do Mii? Chciał działać na dwa fronty? Wtedy byłby już skończonym idiotą. Powinien raz na zawsze zapomnieć o Dianie. Zajmie się Mią, spróbuje ją lepiej poznać. Może będą do siebie pasować? Bo, jak na razie, to nie mógł wyrzucić z pamięci obrazu, kiedy stała w przymierzalni w samym bikini. Czyżby jednak był taki, jak wszyscy faceci i nie myślał sercem, ale ... inną częścią ciała? Zawsze się przed tym bronił. Chciał być jednym, z tych niewielu facetów, którzy zakochują się w kobiecie dopiero, gdy ją dobrze poznają. Jednak on już trochę znał Mię, przyjaźnili się już jakiś czas... Czy ona nie zwariuje, kiedy dowie się, że tak naprawdę jest Michaelem Jacksonem? Przecież jest jego fanką... Nie... To nie mogłoby się dobrze skończyć... Musi ją sobie odpuścić, skupić się na pielęgnowaniu ich przyjaźni. Usłyszał za sobą cichy szelest. Odwrócił się, aby rozpoznać źródło dźwięku.
- Cześć Will - usłyszał jej nieśmiały głos. 
- Cześć Car. Co ty tu robisz tak wcześnie?
- Lubię tu czasem przyjść i popatrzeć na wschód słońca.
- To siadaj, bo za moment wzejdzie.
Ściągnął z ramion ortalionową kurtkę i położył ją na trawie. Carmen usiadła na niej i objęła rękoma swoje kolana. Przez dłuższy czas, w milczeniu, wpatrywali się we wschodzące słońce, o czerwono-złotej barwie, na tle chabrowego nieba, bezchmurnego nieba. W parku nie było nikogo, nie licząc paru wiewiórek skaczących po drzewach, kilku śpiewających ptaków i jednego małego rysia, ukrytego za okazałym krzakiem bzu. Maluch popiskiwał cicho...
- Co to? - zapytała, jakby wyrwana  transu.
- Nie mam pojęci, ale dobiega zza tamtego krzewu. Sprawdzę co to.
Powoli zbliżył się do źródła popiskiwania. Carmen z niepokojem patrzyła na przyjaciela i próbowała odgadnąć, kto lub co może wydawać takie dźwięki. Nie dowierzała własnym oczom. Will szedł w jej kierunku, trzymając na rękach lekko wyziębionego zwierzaka. 
- Co on tutaj robi sam?
- Nie wiem... Nie wygląda na domowego pupilka... Może uciekł z Zoo?
- Chyba ma coś z tylną łapą... Pewnie potrącił go samochód. Jest nieźle wyziębiony. Poza tym źle wygląda prawe oko... Zabierzmy go do weterynarza.
- Jeszcze żadna lecznica nie jest otwarta. Dopiero za kwadrans szósta...
- Zabierzmy go na razie do mnie. Ogrzeje się i zje coś ciepłego... A potem zobaczymy.
- Ok.
Okryła rysia kurtką przyjaciela i ruszyli w kierunku jej mieszkania.
*
- Co wy tutaj robicie o tej porze? I dlaczego ty trzymasz na rękach tego rysia? - zapytała zaspana Mia, która otworzyła im drzwi.
- Proszę, naszykuj ten stary koc, który leży w szafie i krople do oczu. 
Will spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- Przecież to, że są dla ludzi, nie oznacza, żę zaszkodzą zwierzęciu. Spokojnie... Potrzebny mi też podłużny kawałek jakiegoś sztywnego kartonu albo deseczki. No i jakiś bandaż.
Wzięła kociaka na ręce i delikatnie ułożyła na kocu. Obejrzała dokładnie kiesko wyglądającą łapę i sięgnęła po deseczkę, którą, jakimś cudem, znalazł Will. Przyłożyła do najprawdopodobniej złamanej kończyny i obwiązała bandażem. Ryś nie wydał z siebie nawet jednego piśnięcia. Leżał potulnie, jak baranek. Bacznie obserwował każdy ruch wykonywany przez Carmen. Już powoli przestawał drżeć z zimna i strachu.
- Zrobiłam wszystkim herbaty, a tutaj masz te krople, o które prosiłaś. Dać mu coś do jedzenia?
- Nie trzeb, teraz jest w szoku i tak nic nie tknie.
Ostrożnie przepłukała skaleczone oko, ciągle sprawdzając reakcję pacjenta. Był bardzo spokojny. Kiedy wykonała już niezbędne czynności, głaszcząc kociaka, piła herbatę.
- I co z nim teraz zrobimy?
- Za dwie godziny otwierają lecznicę, na rogu ulicy. Zaniesiemy go tam i zobaczymy co powiedzą.
- Zatrzymamy go? - zapytała z nadzieją w głosie Mia.
- Żartujesz? To zwierzę z Zoo. Poza tym masz Normana,
Nastała cisza, od czasu do czasu, przerywana tylko mruknięciem rysia. Każdy rozmyślając, sączył swoją herbatę...

      

Breaking News_28

- Co ci odbiło?! Dlaczego tak na niego naskoczyłaś?!
- Wcale na niego nie naskoczyłam! Po prostu odpowiedziałam na jego pytanie!
- To dlaczego go nie powstrzymałaś, kiedy chciał sobie pójść? - zapytała z wyrzutem.
- Bo nie miałam ochoty z nim rozmawiać, wystarczy?
- Mogłaś to zrobić trochę delikatniej. Teraz na pewno się obraził i nici z całego wyjazdu...
- Jeju! Mogłabyś w końcu przestać o tym gadać! Ciągle tylko Paryż i Paryż... Mam już tego dosyć!
- Przepraszam... Po prostu się cieszę. Nigdy nie byłam za granicą... - powiedziała pokornie.
- Nie, to ja przepraszam. Nie powinnam tak go traktować, po tym wszystkim, co dla nas zrobił... Chyba będę musiała z nim pogadać...
- No chyba tak... Ale już nie dzisiaj. Powiedz mi lepiej, o co tak naprawdę chodziło?
- Bo jak tak na niego popatrzyłam, to poczułam dziwne ukłucie w sercu... Zobaczyłam błysk w jego oczach, kiedy wyszłaś w tym kostiumie...
- Ty jesteś o niego zazdrosna... - powiedziała z niedowierzaniem.
- Wcale nie! On jest tylko przyjacielem. Nie mam prawa być o niego zazdrosna!
- A jednak...
- Żadne "a jednak"! To nie była zazdrość!
- Więc co to było?
- Może to dziecko...?
- Jasne... skoro tak twierdzisz. Zrobię nam lepiej herbatę i obejrzymy sobie jakiś fajny film, co ty na to?
- Bardzo chętnie...
*
Siedział w miękkim, bordowym fotelu, okryty cienkim kocem, z kubkiem gorącego kakao w dłoniach. Gęste, czarne lok, związane w luźny kucyk, łagodnie opadały na jego lewe ramię, a niesforne pasma okalały twarz. Patrzył smutnymi, czekoladowymi oczami na swoją przyjaciółkę, jakby szukając w niej odpowiedzi na dręczące go pytania. Blask ognia w kominku oświetlał jego delikatne rysy. Patrzył na tę ukochaną kobietę i nie wiedział co ma robić... Byli przyjaciółmi od zawsze i, równie od zawsze, darzył ją uczuciem daleko odległym od przyjaźni. Kochał ją miłością, której nie mógł jej zaoferować. Pozostało mu jedynie pogodzić się ze swoim losem, co często nie przychodziło łatwo. A teraz siedział tu i patrzył na nią... I dalej nie mógł nic zrobić. Traktuje go jak syna... Nie będzie narzekał, tak jest dobrze. 
- Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytała kobieta o długich, ciemnych, kręconych włosach i intrygującym spojrzeniu ciemnych oczu.
- Przepraszam... Zamyśliłem się...
- Nie masz mnie za co przepraszać. Wiesz Michael, martwię się i ciebie. Kiedy do mnie przyszedłeś, byłeś przybity. Co jest tego powodem?
- Pamiętasz jak mówiłem ci o Mii i Carmen?
- To te dziewczyny, które przeprowadzają z tobą wywiad?
- Tak, ale poza tym są moimi przyjaciółkami... No, może nie moimi, a Will'a...
- Jakiego Will'a?
- Człowieka, za którego się przebieram, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Zaprzyjaźniliśmy się, kiedy byłem Will'em. Teraz ciągle muszę je oszukiwać, a naprawdę tego nie chcę...
- Dlaczego więc nie powiesz im prawdy? Skoro się przyjaźnicie, powinny zrozumieć twoje zachowanie.
- I co? Powiem im: No hej dziewczyny, tak naprawdę to jestem Michaelem Jacksonem. Okłamywałem was przez cały czas tylko po to, żeby zachować swoją prywatność.
- Jeżeli przedstawisz sytuację w taki sposób, to nie masz co liczyć na pozytywną reakcję z ich strony. Musisz znaleźć odpowiedni moment.
- Ale ja już nie chcę czekać. Mam dosyć tych kłamstw... - jego oczy zaszkliły się.
- Spokojnie.... Wszystko się jakoś ułoży. Ten właściwy moment sam się ujawni.
- Brzydzę się sobą... Robię to, czym sam gardzę u innych - jego głos łamał się.
- Cii... już, spokojnie...
Podeszła do niego i objęła delikatnie jego głowę, wtulając ją w swoją pierś. Słyszał rytmiczne bicie jej serca i nagle, nie wiedział dlaczego tak się zachował. Wstał, a kiedy znalazł się na wysokości jej twarzy, spojrzał jej głęboko w oczy. Przez chwilę wydawało mu się, że zobaczył w nich iskierkę uczucia... A może, to jego miłość odbijała się w nich, jak w lustrze? Nie chciał się nad tym zastanawiać. Przymknął powieki i zbliżył swoje wargi do jej ust. Teraz już nic nie przerwie tego magicznego momentu... Był już tak blisko... 
- Michael... Nie możemy... - odsunęła się znacząco, blado się uśmiechając.
- Przepraszam...
W jego oczach były łzy, które powstrzymywał już tylko resztkami silnej woli. Opuścił głowę. Nie miał odwagi spojrzeć na nią po tym, co chciał zrobić. Zachował się jak szczeniak. Na co liczył? Że rzuci mu się w ramiona? Ona nie była taka... Wyciągała w jego stronę smukłą dłoń, w której spoczywała chusteczka. 
- Proszę. Już późno. Połóż się, odpocznij. Jutro dokończymy naszą rozmowę. Łóżko w pokoju gościnnym jest posłane.
Nie odrywając wzroku od podłogi, opatulony kocem, poszedł na górę, by po chwili zniknąć w jednej z sypialni. Ona, odprowadziła go wzrokiem i westchnęła głęboko...

  

Breaking News_27

- Musimy iść na zakupy! - wpadła do pokoju, w którym Carmen akurat czytała książkę. 
- Ale po co? Przecież chyba wszystko masz... 
- Oj no weź... Muszę sobie kupić kostium kąpielowy i jeszcze parę innych rzeczy. Tobie też przydałyby się jakieś nowe łaszki. 
- Nie możesz sobie kupić sama? Ja wszystko mam.
- Nie chcę iść sama. A ty mi doradzisz, jak nikt. Poza tym... będzie Will - wymamrotała.
- Co powiedziałaś?
- Nic nic... To co? Idziesz ze mną?
- Och... Ty mnie kiedyś wykończysz...
Zamknęła książkę i złożyła koc, którym była nakryta. Mia w tym czasie zamówiła taksówkę.
*
- To gdzie chcesz wejść najpierw?
- Zaczekasz tutaj moment? Muszę iść do łazienki, za chwilę wracam.
- Ok.
Usiadła na jednej z niewielu ławek w tej galerii handlowej. Ukryta za gęstymi liśćmi palmy, rozejrzała się dookoła. Wszędzie było pełno dobrze znanych jej sklepów. Z odzieżą męską, damską, artykułami dziecięcymi, meblami czy dekoracjami wnętrz. Ludzie wchodzili i wychodzili, robiąc momentami sztuczny tłum. Wyglądali trochę jak zwierzyna podążająca do wodopoju. Przeskakiwała wzrokiem z twarzy na twarz. Wszystkie były obce... Wtem, poczuła czyjąś zimną dłoń na swoim ramieniu. Spojrzała za siebie i zobaczyła uśmiechającego się do niej Will'a, który trzymał w dłoni dwa słoneczniki.
- Proszę, to dla ciebie, wręczył jej jeden kwiat.
- Dziękuję, bardzo lubię słoneczniki - wzięła podarunek i przytuliła go na powitanie.
- Bardziej niż konwalie?
- Skąd wiesz, że je kocham?
- Domyśliłem się, po perfumach - błysnął równymi, białymi zębami.
Do rozmowy włączyła się Mia, która właśnie wróciła z łazienki. 
- Och, widzę, że już dotarłeś Will....
- Tak, nawet nie było dużych korków. Proszę- wręczył jej kwiat.
- Dziękuję. To co? Zaczynamy zakupowy szał?
Gdy wszyscy chętnie przytaknęli, ruszyli na zakupy. Najpierw zajrzeli do sklepu, w którym można było znaleźć kostiumy kąpielowe. Mia biegała między wieszakami, szukając tego idealnego stroju. Carmen, niechętnie, przerzucała wieszaki z kolorowymi ubraniami, od czasu do czasu, zerkając na Will'a. On natomiast, czując się dość niepewnie, w milczeniu podążał za dziewczynami. Wreszcie Mia, obładowana wieszakami, znalazła się w przymierzalni. Oni zaś zajęli miejsca na kanapie. Najpierw zaprezentowała im się w różowym kostiumie z falbankami na biustonoszu i spódniczką. Spojrzeli na siebie i pokręcili przecząco głowami. Dziewczyna zniknęła za granatową kotarą. Parę minut później wyszła, ubrana w skąpe bikini koloru kamizelki odblaskowej. Wyglądała w nimdość zabawnie, zważając na kontrast jaki stanowiły jej rude włosy. Popatrzyła na przyjaciół. Oni zrobili zniesmaczone miny i gestem kazali jej się przebrać. Kiedy minęło kolejne parę minut, zobaczyli ją w oliwkowym kostiumie, idealnie leżącym na jej zgrabnym ciele. Wyglądała zjawiskowo. Carmen spojrzała na siedzącego obok niej Will'a. On patrzył na Mię, z otwartą z wrażenia buzią. Poczuła dziwne ukłucie gdzieś w środku... Nie bardzo wiedziała, co to było, ale postanowiła za wszelką cenę to zagłuszyć.
- Ślicznie wyglądasz. Musisz go wziąć! - powiedziała.
- Naprawdę? Mnie też bardzo się podoba, ale nie jestem przekonana... A ty jak myślisz Will? Powinnam go kupić?
- Hmm...? - zapytał, wyrwany z zamyślenia. - Koniecznie. Jest bardzo ładny.
Spojrzał na Carmen, która chyba starała się nie zwracać na niego uwagi. Wolał jej nie drażnić i nie pytać o powód jej zachowania. Może chodzi jej o Mię? Swoją drogą wygląda naprawdę ślicznie w tym kostiumie. Dlaczego tak zareagował na jej widok? Przecież wcześniej mu się nie podobała... A może po prostu patrzył na nią tylko jak na przyjaciółkę? To bardzo dziwne uczucie. Czyżby właśnie Mia miała być tą wyjątkową kobietą, na którą czekał tak długo? W końcu mieli ze sobą wiele wspólnego. Może powinien przerwać już tę całą szopkę? Nie... jeszcze za wcześnie. Nie jest jeszcze pewien, to chyba nawet nie jest zauroczenie. Po prostu mu się podoba i tyle. Postanowił porozmawiać z Carmen. 
- To jak? Jeszcze tylko te zakupy i zaczniecie się pakować? - zapytał nieśmiało.
- Tak. Mia stwierdziła, że bez nowego kostiumu i paru innych drobiazgów, nie pojedzie. Więc musiałyśmy przyjechać. Ja już jestem spakowana.
- Czy coś się stało? Wydajesz się być poddenerwowana...
- Ja? Poddenerwowana? Nie...
- To dlaczego masz minę obrażonego pięciolatka?
- Wcale nie! Ja tylko nie mam ochoty tutaj siedzieć! Mam ciekawsze rzeczy do roboty!
- Jeżeli ci przeszkadzam, to może sobie pójdę...
- Nie idź, ona tak tylko smęci... - zza kotary wychyliła się Mia.
- Widocznie nie ma ochoty na spędzanie czasu w moim towarzystwie. Lepiej już pójdę. Do zobaczenia innym razem. Dziękuję za zaproszenie.
Podszedł do dziewczyny i uścisnął ją na pożegnanie. Ten sam zabieg próbował przeprowadzić na Carmen, ta jednak wykręciła się i odwróciła wzrok w inną stronę. Z niewyraźną miną wyszedł ze sklepu i zniknął w wędrującym tłumie...

Breaking News_26


Obudziły ją krzyki dochodzące z korytarza. Otworzyła drzwi, aby zobaczyć, kto tak hałasuje. Widok był dość niespotykany. Drobny mężczyzna niósł na rękach pijaną dziewczynę, która wykrzykiwała obelgi w przypływie rozpaczy. Will wszedł do mieszkania i ostrożnie ułożył Mię za kanapie. Carmen przyglądała się temu wszystkiemu z niedowierzaniem. Zerknęła na zegarek. Było 25 po piątej. To by wyjaśniało wschodzące za oknem słońce. On natomiast sięgnął o ściereczkę i wytarł rozlaną na podłodze herbatę, a później odstawił gliniany kubek. Spojrzał na przyjaciółkę.
- Co się z nią stało? - zapytała nieśmiało.
- Jest tylko pijana. Skończy się na bólu głowy...
- Ale ona nie pije alkoholu...
- Czuła się paskudnie... dlatego sięgnęła po alkohol. Nie mówię, że to pochwalam, ale mogę zrozumieć...
- Gdzie ją znalazłeś?
- Nie ważne... Ważne, że jest cała i zdrowa, albo przynajmniej po dłuższym śnie taka będzie. Nie martw się. A ty jak się czujesz?
- Dobrze, dziękuję. Mogę wiedzieć, co to była za herbata?
- To byla herbatka ziołowa na uspokojenie... Pomogła?
- O, tak... Aż za dobrze...
Usłyszeli ponowny szloch Mii. Lekko skołowana Carmen pobiegła, by pomóc przyjaciółce, lecz zakręciło jej się w głowie.
- Lepiej się połóż Car. Ja się nią zajmę.
Posłuchała jego prośby i momentalnie, gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki, zasnęła. Will okrył ją puszystym kocem i wrócił do opiekowania się Mią.
*
Na wpół przytomna, cicho uchyliła drzwi od sypialni. Rozejrzała się po salonie. Zobaczyła śpiącą na kanapie Mię, obok której stała mała miska i butelka wody. Zajrzała do kuchni. Zastała tam, przygotowującego kanapki, Will'a. Tanecznym krokiem podszedł do lodówki i, robiąc podwójny obrót, wyciągnął z niej karton mleka. Postanowiła pozostać w ukryciu i dalej przyglądać się "występowi" przyjaciela. On nie przestawał tańczyć. Robił kolejne ślizgi, obroty i fale, układając sałatę na chlebie czy ustawiając mleko na gazie. Gdy stał przy stole, uderzając dłońmi o blat, wystukiwał rytm. Przy kolejnym piruecie, odwrócił się twarzą do drzwi, gdzie ujrzał, obserwującą go już od jakiegoś czasu, Carmen. Nie była w stanie dostrzec jego rumieńców, z powodu grubej warstwy podkładu, który pokrywał jego twarz. Zażenowany, momentalnie odwrócił się i kontynuował przygotowywanie śniadania. Zza pleców usłyszała jedynie ciche: "Dzień dobry".
- Hej, ładnie tańczysz - pochwaliła go całkiem szczerze. - Robisz śniadanie? Jejku... nie trzeba było... I tak już nie wiem, jak ci się odwdzięczymy za dzisiejszą noc...
- Ależ to nic takiego...
- Byłeś tu przez cały czas, a do tego znalazłeś Mię. Tak właściwie, to gdzie ona się podziewała?
- Hmm... znalazłem ją w barze... Muszę przyznać, że nie chciała wracać. Byłem zmuszony do wzięcia sprawy w swoje ręce - uśmiechnął się do niej, odzyskawszy trochę pewności siebie.
- I przyniosłeś ją tutaj na rękach? Taki kawał drogi?
- Akurat sam dystans nie był problemem. Trudniejszą sprawą była zawziętość naszej Mii. Skoro stwierdziła, że nie wróci, to starała się za wszelką cenę uniemożliwić mi doniesienie jej do domu. Ale jakoś dałem radę...
- Nie wiem, jak ci dziękować... - podeszła i delikatnie cmoknęła go w policzek.- Dziękuję za wszystko.
- Jestem usatysfakcjonowany taką formą podziękowań. Polecam się na przyszłość... Mogę liczyć na powtórkę?
- Nie przeginaj tancerzu - dała mu kuksańca w bok. - Musiałbyś sobie bardzo zasłużyć na powtórkę.
- Będę się starał. Niestety, muszę już uciekać. Tutaj macie zrobione kanapki. Jak nasza baletnica wstanie, to daj jej gorącej herbaty, ale niech jeszcze nic nie je. Poradzicie sobie? 
- Tak. Dziękuję.
- To ja spadam, daj znać, jak się obudzi.
- Ok.
Podszedł do niej i czule przytulił. Poczuła zapach jego wody po goleniu i delikatną nutkę konwalii. Zdrowy rozsądek zwyciężył i pozwoliła się oswobodzić z uścisku. Pomachała mu jeszcze na pożegnanie i przekręciła klucz w zamku. Widocznie, obudzona skrzypnięciem drzwi, obudziła się Mia. Nieprzytomnym wzrokiem błądziła po pokoju w poszukiwaniu czegoś do picia. Gdy wreszcie znalazła butelkę wody, piła zachłannie. Po zaspokojeniu pierwszego pragnienia, zawstydzona, popatrzyła na przyglądającą się jej, przyjaciółkę. Wyglądała jakby przeszła chorobę żołądkową. Była blada jak ściana i miała sine usta. Rude włosy były przetłuszczone i widocznie jeszcze mokre. Carmen, zgodnie z zaleceniem Will'a, przyniosła współlokatorce gorącą herbatę.
- Jak się czujesz? - zapytała po długim milczeniu.
- Nie najlepiej, ale mam za swoje. Po co ja brałam się za alkohol?
- Byłaś zawiedziona i zraniona...
- To mnie nie usprawiedliwia. Obiecałam sobie kiedyś, że nie tknę tego świństwa, i co teraz?
- Trudno, stało się... Czasu nie cofniesz...
- Niestety. A właściwie, to jak ja się tu znalazłam? Ostatnie, co pamiętam, to jak siedziałam w tym obskurnym barze...
- Zabrał cię stamtąd Will i przyniósł na rękach do domu. Później siedział przy tobie i przy mnie całą noc. Rano zrobił nam śniadanie i musiał wracać.
- Serio? - otworzyła buzię ze zdziwienia.
- Serio.
- Wow... chyba powinnam mu podziękować...
- Nie musisz, zrobiłam to za ciebie.
- Oj, widzę, że coś tu się rodzi... On ci się podoba, prawda?
- Wcale nie! To nasz przyjaciel, nic więcej - stanowczo zaprzeczyła.
- Jak uważasz... Ja tam wiem swoje.
- Nic nie wiesz. Nic do niego nie czuję, z wyjątkiem przyjaźni.
- Skoro tak twierdzisz... Mogę zjeść kanapkę?
- Will mówił, żebyś na razie wypiła herbatę i poczekała z jedzeniem.
- Ale jestem strasznie głodna...
- Nie marudź, prześpij się jeszcze trochę. Dobrze ci to zrobi...
Zasłoniła żaluzje i nakryła ją kocem. Sama poszła do sypialni, aby spakować walizkę.

Breaking News_25

- Gdzie ona się podziała? - szlochała, bezradnie wpatrując się w drzwi, z nadzieją, że za chwilę ujrzy w nich przyjaciółkę. - Wiedziałam, że nie powinniśmy jej o tym mówić.. To wszystko moja wina...
Pozwolił by wtuliła się w jego pierś. Troskliwie objął ją ramieniem, głaszcząc jej brunatne loki.
- To nie twoja wina... Jeżeli ktokolwiek tutaj jest winny, to wyłącznie Jake. Nie martw się, ona zaraz wróci...
- Ale już dawno powinna tutaj być. Nie powinnam była jej wypuszczać z domu w takim stanie... Jestem beznadziejna - zawodziła żałośnie, mocząc swoimi łzami jego błękitną koszulę.
- Nie jesteś beznadziejna. Jesteś najlepszą osobą jaką znam. Ty i Mia. Nigdy nie poznałem kogoś bardziej wyjątkowego od was... Mam wielkie szczęście... I wiesz co? Mam świetny pomysł. Ty zostaniesz tutaj, a ja przejdę się po okolicy i jej poszukam.
- Nie ma mowy! Idę z tobą.
- Nie możesz - powiedział, ocierając dłonią jej policzki. - Jesteś w ciąży, nie powinnaś chodzić o tej porze po mieście...
- Nie zostanę tutaj!
- A co, jeśli Mia wróci i nikogo nie zastanie? Jak wtedy wejdzie do mieszkania? Musisz tu zostać chociażby ze względu na klucze.
- Ale ja tu zwariuję, czekając...
- Obiecuję, dam ci znać, jak będę coś wiedział - przytulił ją mocno. - Spokojnie, przyprowadzę ci tu ją całą i zdrową...
Opuścił mieszkanie, zostawiając ją sam na sam z podłymi myślami i poczuciem winy. Co zrobiła Mia? Gdzie uciekła, kiedy dowiedziała się o zdradzie Jake'a? Czy jest bezpieczna? Te pytania nie dawały jej spokoju. Jak dawno temu wyszedł Will? Spojrzała na zegarek? Minęło dopiero pięć minut, a jej wydawało się, jakby to trwało wieczność. Drżącymi rękoma sięgnęła po gliniany kubek z herbatką ziołową, przygotowaną przez przyjaciela. Wypiła łyk... Po chwili, jakby wszystkie smutki odpłynęły gdzieś daleko... Wypiła jeszcze troszkę. Teraz już nie była w opustoszałym mieszkaniu. Była w ogromnej willi z ogrodem, parkiem, zoo i basenem. Była tam Mia, cała i zdrowa, były dzieci, Ally, Austin i Cameron. Była ciocia Sarah. Na kanapie siedzieli rodzice jej przyjaciółki, a jej brat malował obok jakieś nowe arcydzieło. Jej właśni rodzice rozczulali się nad małym niemowlęciem w różowym kocyku. Ona natomiast przygotowywała dla wszystkich kolację, gdy do salonu wszedł nagle Michael Jackson... Nieoczekiwanie, zaczął ściągać maskę i rockowe ciuchy. Pod nimi ukryta była postać Will'a, czule się do niej uśmiechającego. Kubek wyślizgnął jej się z dłoni i upadł na podłogę...

   

Breaking News_24


Czy dobrze robił zabierając je ze sobą do Paryża? Przecież będzie musiał się ukrywać przez cały czas. Wątpił, aby pomogło zamieszkanie w innym hotelu. Poza tym nie lubił okłamywać ludzi, szczególnie tych, którzy byli mu bliscy. A te dziewczyny były, lub miały się w najbliższym czasie stać się takimi osobami. Czuł, że nadawali na tych samych falach, zwłaszcza z Mią. Zupełnie inaczej patrzyła na Carmen. Była dla niego jakąś nierozwikłaną zagadką, człowiekiem o dwóch twarzach. Na co dzień przepadał za takimi ludźmi, jednak, w tym przypadku aura tajemniczości i nieprzystępności działała niesamowicie stymulująco. Zachęcała do działania. Czy to właśnie on musi rozwiązać tę zagadkę, dodatkowo, nie ujawniając się? To będzie bardzo trudne zadanie, ale nie niewykonalne.
- Michael, zagrasz z nami w chińczyka? - podbiegła trójka małych dzieci.
- No jasne, że zagram.
Usiadł z maluchmi na dywanie i rozłożył planszę do gry.
- Jaki kolor wybierasz?  zapytała sześcioletnia blondynka, imieniem Ally.
- Panie mają pierwszeństwo.
- To ja poproszę zielony - uśmiechnęła się promiennie.
- Ja chcę niebieski! - krzyknął jedenastoletni Cameron, najstarszy z dzieci.
- Spokojnie, będziesz miał niebieski. A ty Austin, jaki chcesz mieć kolor?
- ... zółty... - odpowiedział nieśmiało pięcioletni chłopiec.
- Ok, więc ja mam czerrwony.
Mała poustawiała starannie wszystkie pionki na planszy i podała kostkę Michaelowi. On rzucił ją na plnszę i przesunął pionek o 5 oczek. Teraz wypadała kolej Ally. Nagle cała czwórka usłyszała dźwięk telefonu.
- Przepraszam was na moment. Bubbles mnie zastąpi - wstał i przywołał do siebie szympansa w zielonych ogrodniczkach. Sam podszedł do telefonu.
- Halo?
- Cześć Will, tu Carmen. Chciałeś pogadać...
- Hej Car, miło że dzwonisz. Chciałem porozmawiać o Mii. Jest tam z tobą?
- Nie, wyszła do sklepu. Wróci pewnie dopiero za jakąś godzinę. I co? Wymyśliłeś coś?
- Nic konkretnego, ale wiem, że musimy jej to powiedzieć. Ona nie może się z nim dzisiaj spotkać.
- A masz może kolejny kreatywny pomysł, bo na ten to serio bym nie wpadła... A jak geniuszu chcesz jej to powiedzieć? Może tak: "Hej Mia, widziałam dziś rano jak twój facet obściskuje się z jakąś długonogą panienką na wystawie sklepowej. Ale nie martw się, nie była aż taka ładna..." - powiedziała sarkastycznie.
- Widzę, że jesteś nie w humorze... Co się stało?
- Jak mogę mieć dobry humor, kiedy wiem, że moja przyjaciółka jest zdradzana przez swojego faceta?
- Powiedzmy, że ci wierzę, chociaż wiem, że to nie o to chodzi... Po prostu, kiedy wróci, powiesz jej, ale nie tak, jak mi. Chcesz, żebym przyjechał?
Dzieci, udając, że grają, uważnie przysłuchiwały się rozmowie. Nagle, Cameron postanowił szturchnąć młodszego Austina. Ten, będąc bardzo wrażliwym chłopcem, zaczął płakać. Usłyszała to Carmen.
- Co tam się dzieje? Ktoś płacze?
- To tylko moi kuzyni Austin, Cameron i Ally. Grają w chińczyka i widocznie któreś przegrywa - zażartował i podszedł do łkającego malucha. - Ciii... spokojnie. Już nie boli, prawda?
- Już nie... dziękuję Michael.
- Michael? Jak to Michael? - odezwał się głos w słuchawce.
- Yyy.... Michael, to dlatego, że ... bardzo lubię myszkę Miki - wymyślił na poczekaniu. - Wiesz... Miki, Michael, tak wymyślili i tak już zostało...
- Och... ok. To będziesz mógł przyjechać?
- Tak, jasne. Zaraz będę.
- A co z dziećmi?
- Zostaną w domu z Sarah. To nasza... ciocia.
- Sporo tam was mieszka w jednym domu.
- Lubię przebywać z ludźmi... To ja kończę. Będę u ciebie za 20 minut.
*
Chodziła poddenerwowana po pokoju w oczekiwaniu na przyjaciółkę. Zastanawiała się, jak ona to przyjmie. Z całą pewnością, nie najlepiej. Może chociaż Will ma jakiś pomysł, jak jej to powiedzieć... Powinien tu być za 5 minut. Odruchowo podeszła do lustra. Zobaczyła w nim dziewczynę o dużych, oliwkowych oczach, małym, lekko zadartym nosie i nieprzesadnie wydatnych ustach. Długie, brązowe włosy związane były w wysoki koczek. Miała na sobie lekko powyciągany, czerwony sweter, luźne, czarne dresy i okulary na nosie. Może i nie wyglądała jakoś wyjątkowo atrakcyjnie i powalająco, ale przynajmniej czuła się wygodnie... do chwili, gdy nie przypomniała sobie, kto za moment złoży im wizytę. Jedynym, czego w tej sekundzie pragnęła, było jak najszybsze przebranie się w coś... eleganckiego. Jednak czas działał na jej niekorzyść. Usłyszała dzwonek do drzwi. Z nadprzyrodzoną szybkością, podekscytowana, otworzyła. Jej entuzjazm osłabł, gdy w progu zobaczyła rudą dziewczynę pełną energii.
- Hej Car! Jak tam? Patrz, co kupiłam! - zawołała nadnaturalnie radosnym głosem.
- Co znowu wymyśliłaś?
- Kupiłam te perfumy, które tak ci się podobały.
Podała jej biało-zielony flakonik w kształcie kielicha kwiatu.
- Dziękuję - ucałowała współlokatorkę. - Konwaliowe?
- Taaak... A popatrz, co mam na dzisiejszy wieczór z Jake'iem...
- Ekhem... no właśnie... Musimy pogadać...
- O czym? - zapytała, wyjmując z papierowej torebki brzoskwiniową sukienkę.
- O twojej dzisiejszej randce... Bo muszę ci coś powiedzieć o Jake'u...
- Co znowu? Coś z nim nie tak?
- Bo... ja widziałam go dziś rano...
Nagle usłyszały dzwonek do drzwi. Mia poszła otworzyć.
- Hej Will! Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj, ale wchodź. Czuj się tutaj, jak w domu. - przytuliła go na powitanie.
Zza drzwi wychyliła się Carmen.
- Promieniejesz Mia. Ty też Carmen wygądasz prześlicznie - uśmiechnął się do niej.
- Dziękuję - postanowiła wyjść z ukrycia i przywitać się z gościem.
- Hmm... konwaliowe?
- Tak... - popatrzyła na niego zdumiona, aby chwilę później ukryć dłonią nieśmiały uśmiech.
- Wchodź. Siadaj sobie z nami w kuchni... Czego się napijesz? Soku pomarańczowego? - szczebiotała Mia.
- Poproszę.
- Musimy pogadać - szepnęła mu na ucho Carmen, chwilę później, już na głos, dodała - Zaraz wracamy...
Pociągnęła go do sypialni. Kiedy otworzyła drzwi, jego oczom ukazał się mały pokoik z dużym oknem, dwoma łóżkami, ścianami w kolorze czerwonym i wiszącym na jednej z nich plakatem... Na podłodze leżał biały, miękki dywan. Dziewczyna gestem wskazała, by zajął miejsce na jednym z łóżek. On jednak usadowił się na parapecie, wpatrując się w przyjaciółkę.
- Błagam, powiedz, że coś wymyśliłeś...
- Szczerze? Kompletnie nic, ale powiemy jej to zwyczajnie. Poradzi sobie, jest silna...
- Skoro tak uważasz... Ale odpowiedz mi jeszcze na jedno pytanie Will.
- Słucham.
- Skąd wiedziałeś o urodzinach Mii? Nie wspominałam ci o tym, - pominęła fakt, iż sama o nich zapomniała. - więc skąd tak nagle wytrzasnąłeś prezent? Bo nie wmówisz mi, że zawsze nosisz przy sobie płytę Jacksona, zapakowaną w ozdobny, czerwony papier.
- Po prostu wiedziałem, ok? Wracajmy już lepiej, bo jeszcze się czegoś domyśli...
Przepuścił ją w drzwiach i oboje podążyli do kuchni.
  

Breaking News_23

Zbliżały się coraz bardziej. Widziały już ceglaną ścianę budynku, parasole w ogródku i petunie zasadzone w drewnianych doniczkach. To miejsce było wyjątkowe. Panowała tam niewątpliwie pewna aura tajemniczości. Słońce rozgrzewało ulice swoimi czerwcowymi promieniami. Przechodnie, ubrani w lekkie i zwiewne tkaniny, spacerowali szarymi chodnikami. W to sobotnie południe jakby czas się zatrzymał. Nikomu nigdzie nie było śpieszno. Wszyscy zdawali się być zrelaksowani i szczęśliwi. To bardzo rzadki widok w centrum miasta, jednak bardzo przyjemny... Parę metrów od nich widniał szyld kawiarni "U Susie". Białe litery dumnie lśniły na różowym tle. Uchyliły stare, drewniane drzwi. W środku panował półmrok, a na każdym stoliku paliła się zapachowa świeczka. Przy ladzie stał młody chłopak imieniem Kevin, jak głosiła plakietka przyczepiona do jego koszulki. Miał złote loki, które nonszalancko odrzucał. Wyglądał na najwyżej 17 lat i z całą pewnością był uważany za "nieziemskie ciacho" przez swoje rówieśniczki. Przywitał klientki uśmiechem modela, odsłaniając tym samym śnieżnobiałe, idealnie proste zęby.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - zapytał głosem łudząco podobnym do głosu Patricka Swayze.
- Dzień dobry, jesteśmy tutaj umówione z Williamem Daniels'em.
- Pan Daniels już czeka. Zaprowadzę panie do stolika.
Kiedy wyszedł zza lady, zobaczyły jego ubranie robocze. Miał na sobie wąskie, czarne spodnie i różową koszulkę polo z logo firmy. W jego lewym uchu błyskał mały kolczyk. Podążyły za nim, bezwstydnie przyglądając się jego pośladkom. Przecież to tylko dziesięć lat różnicy... Przy stoliku dostrzegły szczupłego blondyna, który stał i szczerze się do nich uśmiechał. Podziękowały młodzieńcowi i przysiadły się do przyjaciela. 
- Witam drogie panie. Jak samopoczucie? - zapytał z szelmowskim uśmiechem na bladej twarzy. 
- Dzięki, całkiem niezłe, a twoje?
- Nie mogę narzekać, gdy siedzę w towarzystwie dwóch pięknych dam, które w dodatku zgodziły się spędzić ze mną czas w Paryżu. Czy może być coś cudowniejszego? - powiedział, całując obie kobiety w ręce.
- No jasne, że może - stwierdziła Mia, z pewnością siebie godną pochwały.
- Tak? A co na przykład?
- Spędzanie czasu z żoną i dziećmi...
- Jestem, niestety, bezdzietnym kawalerem...
- Weekend z kumplami na rybach przy dobrym piwie... - nie dawała za wygraną.
- Nie kręcą mnie takie rozrywki. Poza tym nie piję alkoholu.
- Seks z kobietą...
- Mia! - skarciła ją Carmen.
- No co? Przecież każdy chyba lubi dobry seks... Przynajmniej tak mi się wydaje...
- Nie wiem... W tej kwestii chyba nie mam prawa się wypowiadać...
Kelner prawie niezauważalnie podał Carmen szklankę wody, o którą wcześniej prosiła.
- Jesteś prawiczkiem?!
- Mia! - krzyknęła Car, krztusząc się wodą.
- Tak, jestem, jak to określiłaś, prawiczkiem.
- I serio nigdy nic...?
- Naprawdę
- Ale dlaczego?
- Czekam na tę właściwą osobę...
- Muszę was na moment przeprosić. Wracam za minutkę - wstała i znikęła w korytarzu prowadzącym do toalet. Zostali sam na sam.
- Prrzepraszam cię za Mię, ona już taka jest. Czasami nie wie, kiedy powinna zamilknąć...
- Nic się nie stało.
- Wiesz... Mam pewien problem i nie bardzo wiem, co mam w tej sytuacji zrobić...
- Mów. Może będę mógł ci jakoś pomóc.
- Mia spotyka się ostatnio z pewnym facetem. Ma na imię Jake i jest jednocześnie jej szefem w barze z kanapkami. Jest w nim zakochana na zabój... no może nie tak jak w Jacksonie, ale zawsze... No i dziś są umówieni na kolację...
- Mia podkochuje sięw Michaelu Jacksonie? - zapytał zaskoczony.
- Znaczy, może nie podkochuje, ale jest dla niej niczym bóstwo. Prawdziwy bohater dla zbłąkanej duszy... No ale mniejsza o niego. Gorzej jest z Jake'iem.
- Ale co z nim jest nie tak? To chyba dobrze, że się spotykają...?
- Dobrze, to by było, gdyby on nie obściskiwał się na witrynie sklepowej z jakąś siksą.
- Jak to?
- Normalnie, widziałam go, kiedy wracałam do domu. W butiku z damską bielizną.
- Musisz jej o tym powiedzieć... On nie może jej bezkarnie oszukiwać...
- Bardzo bym chciała, ale nie mam sumienia jej tego robić... nie dziś...
- Ale dlaczego nie dzisiaj?
- Ona ma urodziny. I to miał być najlepszy dzień w jej życiu. Nie mogę jej tego powiedzieć...
- Lepiej żeby poszła z nim na randkę błogo nieświadoma jego zdrad?
- Ciii.... już tu idzie.
- Hej, o czym tak zawzięcie dyskutujecie?
- Ustalamy szczegóły dotyczące wyjazdu - wypaliła Carmen, zanim Will zdążył otworzyć usta.
- I co ustaliliście?
- W zasadzie to nic... Czekaliśmy na ciebie.
- Och... jak miło - uśmiechnęła się. - To od czego zaczniemy?
- Może od tego? -odezwał się nieśmiało Will i podał jej mały pakunek zawinięty w połyskliwy, czerwony papier i przewiązany złotą wstążką. - Wszystkiego najlepszego.
- Jejku... dziękuję - pocałowała go w policzek, nie zważając na dość wymowną minę Carmen. - Ale skąd wiedziałeś, że mam dziś urodziny?
- Powiedzmy, że mam swoje sposoby.
Podekscytowana dziewczyna energicznie rozwiązała wstążkę i rozdarła ozdobny papier. Spod niego ukazała się okładka płyty "Bad".
- Matko! O niej właśnie marzyłam! Mogę cię uściskać jeszcze raz?
- Nie mam nic przeciwko, ale Car wydaje się być niepocieszona...
- Zazdrości...
- Wcale, że nie! - zaprzeczyła chyba zbyt impulsywnie.
- Jak tam sobie chcesz, ale nie zabronisz mi podziękować temu fantastycznemu facetowi. Spokojnie... tylko małe przytulanko... Nie denerwuj się tak...
- Nie obchodzi mnie to. Róbcie co chcecie.
Przytuliła Will'a jeszcze raz i przycisnęła płytę do serca.
- Skąd wiedziałeś, że właśnie ją chciałam mieć?
- Mówiłem ci już, mam swoje sposoby... - powiedział tajemniczo.
- Ech... coś tu kręcisz... Ale wiesz co? I tak cię lubię.
- Dziękuję. Bardzo mi miło. Skoro już prezent wręczony, to może przejdziemy do organizacji wyjazdu?
- No jasne, powiedz, gdzie się zatrzymamy?
- W hotelu "Five Star Alliance". W sobotę przyjedzie po was samochód, który podwiezie was na lotnisko. Tam z biletami wsiądziecie do samolotu lecącego prosto do Paryża. Ja będę czekał na miejscu.
- Dlaczego nie polecisz z nami?
- Muszę być wcześniej na miejscu, żeby wszystko dokładnie przygotować. Dla moich uroczych towarzyszek wszystko musi być perfekcyjne...
- A mówił ci już ktoś kiedyś, że strasznie słodzisz? - do rozmowy, po dłuższym milczeniu, włączyła się Carmen.
- Ja tylko mówię, jak jest. Chyba jeszcze o czymś zapomniałem... Ach, tak, proszę, to bilety na samolot. Samochód przyjedzie punktualnie o 12:00.
Wręczył im dwie białe koperty. 
- To może, w ramach podziękowania, dasz się jutro zaprosić do nas na kolację?
- Wpadnę z przyjemnością, ale nie mówcie, że już musicie iść...
- Niestety, muszę się ogarnąć. Dziś mam randkę... - szczebiotała Mia. 
- No to was nie zatrzymuję...
Na pożegnanie Mia uścisnęła go ciepło, natomiast Carmen, jakby obrażona, jedynie pozwoliła się przytulić. 
- Musimy jeszcze dziś pogadać, zadzwoń jak będziesz w domu - szepnął jej do ucha i ukradkiem podał kartkę z numerem telefonu.
Zapłaciły i opuściły kawiarnię "U Susie", kierując się do domu.