piątek, 19 września 2014

Lie To Me In A Whisper_16

Zapach kakaa i kawy unosił się się w jadalni dobudzając nieco jeszcze zaspanych domowników. Sok pomarańczowy w wysokich szklankach łapał promienie słońca wpadające przez okna i nasiąkał ich radością. Trudno było wyobrazić sobie lepszy sobotni poranek 23 września. Pierwszy dzień jesieni powitał rodzinę Jacksonów pogodą wręcz wymarzoną do spaceru alejkami bajkowego Neverlandu. Chrupanie idealnie zarumienionych tostów posmarowanych wedle uznania miodem lub dżemem malinowym, przerywały rozmowy i śmiechy. Ojciec z czułością wycierał kąciki ust swojego najmłodszego potomka, podczas gdy dwoje starszych dzieci zajadało przygotowane przez Kai śniadanie. Dziewczyna otulona szlafrokiem pana domu popijała małą czarną bez cukru, powłóczystymi spojrzeniami ściągając na siebie uwagę ukochanego. Czuła, że była bacznie obserwowana przez parę oczu barwy akwamaryny. Mała Paris, z nieco nadąsaną miną, bez radości przeżuwając kolejne porcje podawanego przez tatę jedzenia, nie spuszczała wzroku z intruza, który zakradł się do ich domu i bezceremonialnie zajął jej miejsce księżniczki tatusia. 
- Kochanie, nie jesteś głodna? Coś cię boli? - zapytał Michael, z troską przyglądając się swojej jedynej córce.
Dziewczynka nie zaszczycając zebranych odpowiedzią, zniesmaczona odsunęła od siebie talerzyk i skrzyżowała ramiona na piersi. Brązowe loczki okalające jej twarz drżały za każdym razem, gdy przecząco kręcąc głową, odmawiała kolejnych porcji. 
- Skarbie... Miałem ochotę na wspólny spacer z wami, ale nie będziesz mogła pójść, jeśli nie zjesz śniadania. Kto będzie karmił lamy i inne zwierzątka?
- Ale tatusiu...
- Nie ma żadnego "ale". Nie możesz wyjść z domu na czczo.
- A może dokończymy śniadanie później? - do rozmowy wtrąciła się, dotąd milcząca, Danielle. - Co ty na to, Paris?
Mała zmroziła kobietę spojrzeniem swoich szarozielonych oczu i niechętnie przytaknęła. Michael zachodził w głowę, co mogło sprawić, że jego ukochana córeczka tak otwarcie okazywała swoją awersję w stosunku do jego nowej... dziewczyny. Tak, stanowczo ciężko przechodziło mu to przez gardło. Nie był z żadną, którą mógłby nazwać swoją dziewczyną od momentu rozstania z Lisą Marie. To ona, jako ostatnia, prawdziwie posiadła jego serca i jeśli miał być szczery, nigdy nie zwróciła go w całości. Jakaś cząstka jego na zawsze pozostanie w jej rękach, pielęgnowana i kochana, lub zagrzebana wśród gruzów ich miłości. Nie mógł nic na to poradzić, jednak był pewien, że co by się nie zdarzyło, on do końca życia będzie dbał o kawałek panny Presley, mający swoje miejsce na dnie jego serca. Co do Debbie, sprawa miała się nieco inaczej. Zawarli ze sobą umowę i oboje dotrzymali zobowiązań. Łącząca ich przyjaźń nie przekształciła się jednak w nic więcej, chociaż i ona mogła liczyć na wspomnienie, okraszone uśmiechem. Pozostawała jeszcze tajemnicza nieznajoma, tak bardzo irytująca media swoją nieobecnością w jego życiu. Matka Blanketa, urocza, utalentowana, zabawna i intrygująca, zawróciła mu w głowie nie na żarty. Gotów był wiązać z nią swoją przyszłość, dopóki nie okazało się, że wyprzedził go (o sześć lat) jej obecny małżonek. Urodziła owoc ich miłości, po czym odeszła, jak gdyby nigdy nic, niebezinteresownie oddając mu dziecko. "Drobna zapłata" miała pomóc jej znieść rozstanie z "ukochanym synkiem" i pozwolić stanąć na nogi. W rzeczywistości wystarczyło na całkiem przyzwoitą willę z basenem, służbę i spokój do końca życia. Wtedy obiecał sobie, że ostatni raz dał się tak omamić kobiecie. Wiedział, że nie będzie w stanie pohamować swojego temperamentu, dlatego uwierzył, że jedynym ważnym dla niego aspektem kontaktów męsko-damskich będzie seks. Kolacja, gadka-szmatka, spacer do sypialni, miła noc i ciche wyślizgnięcie się dziewczyny z pokoju, zanim dzieci zdążą się obudzić. Sporo przedstawicielek płci prawdziwie pięknej przetoczyło się przez ten pokój, jednak jego dusza nigdy nie zaznała spokoju. I wtedy pojawiła się ona... Miała być, jak każda inna, na jeden wieczór, z nieprzewidywanym wspólnym porankiem. Czy już wtedy, gdy zasypiał obok niej po raz pierwszy, wiedział, że zapragnie w ten sposób odpływać w krainę marzeń każdej nocy? Teraz szedł z nią, ramię w ramię, za rączki prowadząc dwoje starszych dzieci, podczas gdy ona niosła jego najmłodszą pociechę. Przez chwilę przemknęła mu myśl, jak się zdawało, całkiem niedorzeczna. Pomyślał, że mogliby stworzyć prawdziwą rodzinę. Taką, o jakiej zawsze marzył. I czyż dzieci nie powinny wychowywać się z matką? Ta jedna myśl wystarczyła, by zasiać w jego sercu ziarenko niepokoju, które nie pozwalało skupić się na niczym innym.
- Michael? Wszystko w porządku?
- Hmm? - powrócił do rzeczywistości nieco skołowany, orientując się, że doszli już do mini Zoo.
- Dzieci pytają, czy mogą nakarmić zwierzęta...
Spojrzał w dół na syna i córkę, z niecierpliwością drepczących w miejscu. Z twarzyczki Paris zniknął grymas niezadowolenia widoczny jeszcze przed kilkoma minutami. Niemym skinieniem głowy wydał przyzwolenie na tę małą przyjemność, chcąc zostać sam na sam z dziewczyną swoich marzeń. Blanket, którego kołysała w szczupłych ramionach radośnie gaworzył i machał rączkami, sprawiając wrażenie naprawdę szczęśliwego. Kiedy przysiedli na jednej z ławeczek tuż obok ogrodzenia, wewnątrz którego przechadzały się dumne pawie, Michael odezwał się spokojnym głosem:
- Myślałaś kiedyś o tym, żeby wyjść za mąż?
- A ty myślałeś, żeby powtórnie się ożenić? - odpowiedziała pytaniem, gładząc główkę roześmianego brzdąca.
- Nie do chwili, gdy spotkałem ciebie. Myślisz, że byłabyś w stanie pokochać kogoś takiego, jak ja? Z pakietem wad i zalet, przyzwyczajeń i humorów, bez dołączonej instrukcji obsługi? 
- A co, jeśli już to zrobiłam?
Na jej pobladłą twarz opadło rude pasmo włosów, raz po raz rozwiewanych przez wiatr. Widział, że tonie w jego oczach, tak samo, jak on zapomniał się w jej spojrzeniu. Wszystko wydawało się być takie cudowne...
- Muszę wracać. Triscedorowie nie będą zadowoleni z tego, że tak długo nie wracam...
- Czekaj! Nie odpowiedziałaś mi na pytanie - krzyknął za odbiegającą Danielle, tuląc do piersi smutnego chłopca, którego przed chwilą wręczyła mu kobieta.
Nie mógł liczyć na odpowiedzieć. Jej drobna sylwetka zniknęła za rogiem domu, zapełniając jego głowę setkami myśli i wątpliwości.









piątek, 12 września 2014

Lie To Me In A Whisper_15

W głębokiej ciemności widziała nieruchomą tarczę elektronicznego zegara odzwierciedlającą 3:17 nad ranem. Jeszcze tylko kilka minut... Nie zmrużyła oka od wczoraj, kiedy to Triscedor ponownie przypomniał jej, że nie będzie czekał wiecznie. Leżała, czując ciężką dłoń Michaela na swojej talii, pewna, że tym razem nie może pozwolić na to, by cokolwiek poszło nie po jej myśli. Koncentracja, wiara w siebie i ostrożność musiały wystarczyć, by zadanie zakończyło się pomyślnie. Starając się nie obudzić, pochrapującego od czasu do czasu mężczyzny, powoli wyślizgnęła się delikatnej pościeli i otuliła ciało puszystym szlafrokiem należącym do pana domu. Intensywność zapachu jego ciała sprawiła, że na moment odpłynęła myślami, wspominając bliskość jego ciała, gorące pocałunki i pełne miłości zdania szeptane wprost do ucha. Odepchnęła je od siebie czym prędzej. Nie mogła pozwolić sobie nawet na chwilę nieuwagi, bo mogło ją to kosztować więcej niż utratę dachu nad głową. Jak na razie wszystko zdawało się być po jej stronie, włącznie z drzwiami, które dziwnym zrządzeniem losu, akurat tej nocy postanowiły nie zaskrzypieć ani razu. Dzięki wczorajszym odwiedzinom zdołała poznać większą część domu, a nie, tak jak to odbywało się poprzednio, jedynie jadalnię, salon i sypialnię. Wciąż nie wiedziała, gdzie znajdował się gabinet Jacksona, a to na nim najbardziej jej zależało, lecz pozostawało jej mieć nadzieję, że prędzej, ale lepiej nie później, znajdzie i jego umiejscowienie. W całym domu panowała niesamowita wręcz cisza. Żadnych szmerów, głosów, śmiechów, żadnego, nawet najlżejszego powiewu wiatru. Bosymi stopami cicho stąpała po wypolerowanej podłodze, przemierzając kolejne korytarze, z sercem głucho kołaczącym w piersi. Bała się. Tylko głupi by się nie bał. Drżała na samą myśl, że ktokolwiek mógłby nakryć ją skradającą się po domu w środku nocy, w dodatku bez racjonalnego usprawiedliwienia swojej dziwnej eskapady. Powinna była coś wymyślić, na wszelki wypadek, jednak teraz było już za późno. Nie mogła rozpraszać się takimi rzeczami. Ciężkie drzwi po lewej stronie w niewyjaśniony sposób zwróciły jej uwagę. Posrebrzana klamka była gdzieniegdzie przetarta od ich częstego otwierania i zamykania, a klucz w zamku sugerował, że miejsce to nie było dostępne dla każdego. Wszystko wskazywało, że los się do niej uśmiechnął sprawiając, że pan domu najzwyczajniej zapomniał zabrać klucza ze sobą. Starając się nie narobić hałasu, ostrożnie przekręciła go w zamku i delikatnie popchnęła drzwi, które ustąpiły bez trudu. W środku unosił się intensywny zapach orchidei i czekolady. To dziwne, nieco egzotyczne połączenie, natychmiast podsunęło jej myśl, że miejsce musiało być czymś w rodzaju jego gabinetu. Całość spowijał mrok nocy, nie rozproszony nawet najsłabszą łuną księżyca, która nie mogła przebić się przez zaciągnięte rolety. Dopiero w tamtej chwili zdała sobie sprawę z własnej nieroztropności. Zupełnie zapomniała o zabraniu ze sobą latarki! Najciszej jak potrafiła, podeszła do zasłoniętego okna i powoli podciągnęła żaluzje. To, co na pierwszy rzut oka wydawało się być oknem, okazało się zwykłą szybą oddzielającą gabinet od studia nagrań. Dopiero automatyczna lampka nad konsolą do tworzenia muzyki pozwoliła jej dostrzec kolejne detale kryjące się w tym pomieszczeniu. Za szybą ustawiony był mikrofon, a także kilka instrumentów, w tym gitara, keyboard i perkusja. Ten widok całkowicie ją zauroczył. Pragnęła całym sercem usiąść choć na chwilę przy klawiaturze i pozwolić dźwiękom jej duszy wybrzmieć w tej muzycznej świątyni. Skup się - pomyślała. To nie był czas na fantazyjne kompozycje. Musiała znaleźć to, na czym zależało Triscedorowi, inaczej będzie mogła pożegnać się ze wszystkim, co jest drogie jej sercu. Szuflady w ciężkim, dębowym biurku nie wyglądały na często używane, jednak nie zaszkodziłoby sprawdzić. Jedna po drugiej ustępowały, ujawniając swoją, nie wartą uwagi, zawartość. Tylko jedna rzecz wzbudziła zainteresowanie dziewczyny. Album z prawie tysiącem fotografii wykonanych w krajach trzeciego świata... Przysiadła na obrotowym krześle i kartka po kartce, przeglądała kolejne zdjęcia. Każde z nich przedstawiało jedno, kilkoro lub całą grupę dzieci, starszych i młodszych, a nawet całkiem maleńkich. Większość z nich naga i wychudzona, czasem wręcz przeciwnie, opuchnięta z powodu ogromnego głodu i chorób. Każde z tych maleństw patrzyło wprost w oczy oglądającego, dotykając tej samotnej struny serca, która drgała najrzadziej ze wszystkich w dzisiejszym świecie. Danielle wolną ręką otarła łzę toczącą się po jej policzku, jednocześnie wracając do początku albumu, gdzie znalazła dedykację od samego właściciela książki, która była dość krótka:

"Heal the world we live in. Save it for our Children." 

Odłożyła album tam, gdzie go znalazła, zamierzając udać się na dalsze poszukiwania. Była już prawie przy drzwiach, gdy w tym samym momencie ktoś, z drugiej strony nacisnął klamkę i wszedł do środka.
- Michael? Co ty tu... robisz? - zapytała, starając się uspokoić drżący głos.
- O to samo mógłbym spytać ciebie, Dani.
Nie wyglądał na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie, słodki uśmiech gościł na jego twarzy, jednak z oczu, oprócz radości, zdawało się bić też coś innego. Wydawało jej się, że po prostu był zmęczony. Czy to pierwsza taka noc, gdy zbudził się, zanim Słońce zdążyło obudzić Ziemię? Delikatnie ujęła jego ciepłą dłoń i przyłożyła ją sobie do policzka, jak dziecko, tulące rękę ojca.
- Wiesz, często tu przychodzę, gdy nie mogę zasnąć... Jest coś odprężającego w tym miejscu, prawda? I pewnie to coś doprowadziło tutaj i ciebie...
- Uhm... To tutaj nagrywasz?
- Najczęściej wersje demo, chociaż standardy tego studia nie odbiegają od norm SONY. Może chciałabyś coś zaśpiewać? - zapytał z entuzjazmem, a jego oczy natychmiast ożywił inny blask.
- Ja nie potrafię. Mój głos nie jest ani wyjątkowy, ani dobry.
- Głos to nie wszystko. Jeśli dusza i serce będą muzyką, i głos się im podda.
Nie potrzeba było wiele, by nić porozumienia zawiązała się pomiędzy dwojgiem tak podobnych do siebie ludzi. Mężczyzna usiadł przy klawiaturze i długimi palcami delikatnie muskał klawisze, tworząc coś więcej niż muzykę. W każdej nucie wybrzmiewała jego dusza, która, szukając ukojenia, trafiała wprost do serca dziewczyny. Nim zdążyła się zorientować, z jej ust wypłynęły słodkie dźwięki, o które przedtem nawet się nie podejrzewała...
- Say the words, I'll lay 'em down for you... Just call my name, I am your friend...
- Why do they keep teaching us such hate and cruelty? Whe should give over and over again...
Siedziała tuż obok niego. Czuł ciepło jej ciała i słodki, różany zapach skóry. Nie pytając o pozwolenie, zbliżył swoje do jej ust i pocałował ją nie po raz pierwszy, a miał nadzieję, że i nie po raz ostatni.

piątek, 5 września 2014

Lie To Me In A Whisper_14

Kochani!
Przepraszam, że tak późno dodaję kolejną część opowiadania, ale nawał obowiązków przytłoczył mnie tak, że właściwie nie miałam czasu, by nad nim popracować. Kolejne fragmenty będą od teraz dodawane mniej więcej co tydzień, a nie tak jak przedtem, dwa razy w tygodniu. Mam nadzieję, że nie będzie to dla Was problemem. Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze. Życzę miłej lektury :)
Liberian_Girl

Temperatura Prince'a, jak na razie, wróciła do normy, dzięki czemu wszyscy w domu mogli odetchnąć z ulgą. Doktor Murray kończył właśnie osłuchiwanie małego pacjenta, gdy do pokoiku pełnego dziecięcych zabawek zajrzała dziewczynka, o zaczerwienionych od wcześniejszego płaczu, oczach. Teraz już promieniała radością, którą zamierzała podzielić ze starszym bratem.
- Cześć Paris, jak się masz? - lekarz widywał małą dosyć często, odkąd jej ojciec zwiększył częstotliwość przyjmowania leków przeciwbólowych.
- Dzień dobry. Mogę wejść?
Medyk od pierwszego dnia był pod ogromnym wrażeniem kultury, z jaką odnosiły się do wszystkich dzieci Jacksona. Michael uczył ich szacunku do innych, co zaowocowało ich nienagannym zachowaniem w towarzystwie i z pewnością dumą ojca.
- Oczywiście, twój brat czuje się już lepiej. Może opowiesz mu jakąś bajkę? Nie widziałaś może taty?
- Tatuś już idzie.
Dziewczynka natychmiast przycupnęła przy łóżku brata, zabawiając go improwizowanym przedstawieniem, w którym, w głównych rolach, obsadzono misie i lalki. Lekarz pogładził jasne włosy chłopca i uściskiem dłoni pożegnał jego młodszą siostrę, po czym, upewniwszy się, że spakował wszystkie rzeczy, opuścił dziecięcy pokój.
- Och, to pan, panie Jackson! - o mały włos nie uderzył go otwieranymi drzwiami. - Ja już będę się zbierał. Chłopiec ma się dobrze. Proszę mierzyć temperaturę co dwie godziny i gdyby cokolwiek się działo, proszę dzwonić.
- Bardzo dziękuję, doktorze. Odprowadzę pana.
Ramię w ramię podążyli w kierunku drzwi wejściowych, gawędząc przy tym o dzieciach i pogodzie. Murray, co prawda, leczył go od niedawna, ale zdążył zdobyć już jego pełne zaufanie podejściem do Princa i Paris, a także małego Blanketa. Właściwie, nie miał lekarzowi nic do zarzucenia.
- Jeszcze raz serdecznie dziękuję. Życzę bezpiecznej podróży i niech pan koniecznie pozdrowi rodzinę.
- Dziękuję, pozdrowię. Do zobaczenia.
Po naciśnięciu klamki, drzwi lekko skrzypnęły i otworzyły się, zupełnie zaskakując stojącą przed nimi dziewczynę, której ręka zawisła w powietrzu. Miała na sobie flanelową koszulę wpuszczoną w poprzecierane jeansy, a niesforne, rude loki ujarzmiał wysoki kucyk. Bez grama makijażu wciąż wyglądała cudownie. Obaj mężczyźni zatrzymali wzrok na srebrnym wisiorku znikającym pomiędzy nienachalnie wyeksponowanymi piersiami młodej kobiety. Ta, po dłuższej chwili ciszy, chrząknęła znacząco, na co, jako pierwszy oprzytomniał medyk.
- Będziemy w kontakcie, panie Jackson - powiedział i zniknął we wnętrzu swojego auta.
Patrzyli za odjeżdżającym samochodem, jakby nie zauważając swojej obecności. Dopiero, gdy srebrna Honda schowała się za najdalszym zakrętem, mężczyzna odważył się podjąć rozmowę:
- Co ty tu robisz, Dani?
- Myślałeś, że zostawię cię samego tylko dlatego, że twój synek jest chory? - zapytała, chwytając go za rękę dłonią, w której nie trzymała podejrzanie wyglądającej torby sportowej. - Za kogo ty mnie masz, Michael? Przyszłam ci pomóc.
Czyżby właśnie rodziło się między nimi coś więcej niż przelotny romans, jeden z tych, które na starość wspomina się z uśmiechem i odrobiną żalu, że czasu nie da się cofnąć? Był od niej nieco wyższy, dlatego pochylił się odrobinę i złożył pocałunek na jej czole, upajając się jednocześnie zapachem jej skóry. Przyszła tutaj, chociaż nie musiała. Miał ochotę unieść ją do góry, zakręcić wokoło i już nigdy nie wypuszczać ze swoich ramion... I pewnie tak by się stało, gdyby nie ciche kwilenie, które przekazywała elektroniczna niania z pokoju na piętrze. Jeszcze raz, trochę subtelniej, cmoknął ją w policzek i powiedział kojącym, jak letni wiatr, głosem:
- Blanket domaga się kolacji... Chciałabyś nakarmić go ze mną?
- Jasne!
Trzymając się za ręce, ruszyli w kierunku sypialni będącej jednocześnie pokoikiem malucha.




sobota, 30 sierpnia 2014

Lie To Me In A Whisper_13

- Diana, ja chyba muszę zadzwonić po karetkę! Minęło już pół godziny od podania leku, a temperatura nie spada! On jest cały rozpalony!
Maszerował po dziecinnym pokoju, nie zagrzewając miejsca ani na chwilę. Ze strachem i troską patrzył na najstarszego syna, którego policzki zdobiły żywe rumieńce, a oczy błyszczały, jak dwa diamenty. Kiedy Danielle opuściła Neverland, zajrzał do swoich dzieci, by jak co dzień ucałować je na powitanie. Gdy tylko dotknął ustami czoła chłopca, przeraził się nie na żarty. Mały był rozgrzany, a koszulka na jego ciele wilgotna od potu. Wszystko działo się tak szybko... Grace natychmiast zabrała Paris do sypialni, która w założeniu miała należeć do dziewczynki, jednak ta nie potrafiła tam zasypiać, a jej bratu została zmierzona temperatura. Termometr wskazywał 39 stopni Celsjusza, a Michael poczuł, jak uginają się pod nim kolana. W jednej chwili ułożył syna w łóżku, szczelnie okrywając kołderką tak, że widać mu było tylko nosek i oczy, by potem pobiec po zimny okład, którym teraz chłodził rozpalonego chłopca. Kai przyniosła z domowej apteczki leki przeciwgorączkowe, stosy chusteczek, ręcznik i gorącą herbatę z pomarańczą, goździkami i cynamonem. Dziecko traciło siły, przymykało powieki, lecz, na całe szczęście, nie zaczynało majaczyć.
- Michael, proszę weź głęboki wdech i usiądź na moment, bo tracę zasięg, kiedy tak ciągle biegasz - głos przyjaciółki działał na niego uspokajająco. - Leki zaczną działać już niedługo. Nie przestawaj chłodzić go okładami i przede wszystkim spróbuj się uspokoić... Chcesz, żebym przyjechała?
- Dziękuję, ale nie chcę sprawiać ci kłopotu. Jakoś sobie poradzę. Za chwilę ma przyjechać doktor Murray.
- W porządku, ale gdyby coś się działo, dzwoń do mnie bez względu na godzinę, dobrze?
- Oczywiście, dziękuję ci za wszystko.
- Nie ma sprawy. Trzymaj się, kochanie.
Po drugiej stronie zapadła nieznośna cisza. Odłożył telefon na szafkę, gdy dostrzegł, zaglądającą przez uchylone drzwi, Paris. Dziewczynka trzymała w rączce, bezwładnie zwisającego, pluszowego zająca i z uwagą wpatrywała się w ojca. Nie powinna wchodzić do pokoju. Mogłaby się zarazić, a jak na jeden dzień było już wystarczająco dużo wrażeń. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, odsunął dziewczynkę na zewnątrz i zamknął jej drzwi przed nosem. Brakowało tylko tego, by w domu wybuchła prawdziwa epidemia grypy. Poddenerwowany, wrócił do łóżka chorego malca i pogładził go po mokrych od potu, blond włoskach. Wciąż był rozpalony, ale wydawało mu się, że temperatura nieznacznie spadła. Dla pewności po raz kolejny użył termometru i odetchnął z ulgą. Rzeczywiście, sytuacja ulegała poprawie, jednak do stanu normalnego było jeszcze daleko... Usiadł na podłodze, przy swoim synu i z zapałem rozpoczął głośną lekturę przygód niezbyt mądrego misia, zwanego Puchatkiem. Gdy dobrnął do końca pierwszej historyjki, sypialnię wypełnił rytm z przeboju "Bootylicious" zespołu Destiny's Child. Po przeczekaniu zapewne kilku sygnałów odebrał, podniesiony na duchu coraz lepszym samopoczuciem chłopca, który uśmiechał się słabo, odebrał. Głos w słuchawce nieco go zaskoczył.
- Wolisz białe, czy czerwone?
- Dani? O czym ty mówisz?
- Pytam, czy wolisz wino białe, czy czerwone, bo nie wiem, jakie powinnam przynieść dziś wieczorem... Coś się stało? Brzmisz jakoś dziwnie.
- Właściwie to tak - odpowiedział, wdychając. - Prince złapał jakieś paskudne przeziębienie i ma wysoką gorączkę już od rana. Obawiam się, że będziemy musieli przełożyć nasze spotkanie.
- Hmm... w porządku. W takim razie, do zobaczenia innym razem.
Rozłączyła się. Nie sądził, by była zadowolona z takiego obrotu sprawy, jednak nie mógł nic na to poradzić. Dzieci były najważniejsze. Nic i nikt nie był w stanie tego zmienić. Spojrzał na syna, z którego policzków zniknęły rumieńce, śpiącego smacznie z pluszową podobizną Spider-Mana w objęciach. Wszystko będzie dobrze. Musi być. Zmęczony całym stresem zostawił chłopca w pokoju i sam ruszył w stronę kuchni, chcąc coś przekąsić. Nie miał nic w ustach od wczorajszego lunchu w fundacji, ale do tej chwili nie odczuwał głodu. Teraz, jego brzuch domagał się jedzenia w trybie natychmiastowym, wygrywając marsze tak głośne, że słychać je było w przestronnych korytarzach Neverlandu. Gdy wreszcie dopadł drzwi lodówki i wyciągnął z niej całkiem pokaźny kawałek ciasta marchewkowego, zmroził go poważny, damski głos.
- Panie Jackson... Za pół godziny podam obiad. Czy nie sądzi pan, że to nie jest odpowiedni moment na podjadanie? - kucharka zmierzyła go wzrokiem, wycierając ubrudzone mąką ręce o zielony fartuch.
- Kai, proszę, nie jadłem nic od wczoraj. Mogę podkraść tylko kawałeczek?
Użył swojej miny niewinnego szczeniaczka, którą, dawniej nieświadomie, teraz z premedytacją, podbijał kobiece serca. Działała bez zarzutu. Nie inaczej było i tym razem.
- W porządku, ale niech pan potem nie mówi, że nie zmieści mojej zapiekanej papryki z kurczakiem i kaszą jaglaną.
- Zjem wszystko do ostatniego ziarenka, moja kochana Kai. Swoją drogą nie wie pan, co stało się naszej księżniczce?
- Jak to, co jej się stało? Coś z nią nie tak? - zapytał w przerwie od łapczywego pochłaniania ciasta. Nawet nie zauważył, że całą koszulę pokrywały teraz drobne okruszki.
- Mijałam ją, wracając od Princa, jak przebiegała przez salon i zanosiła się od łez.
Mała cząstka wypieku utknęła mu w gardle, co spowodowało męczący kaszel. Przecież to on był powodem łez własnej córki... Z głośnym tąpnięciem odstawił talerzyk i pobiegł do sypialni na piętrze. Pokój wypełniony lalkami z chyba każdego zakątka na ziemi byłby prawdziwym rajem dla wszystkich dziewczynek, ale nie dla Paris. Ona była inna, wyjątkowa, może odrobinę chłopięca, ale czy to nie to kochał w niej najbardziej? Nie pozwalała dokleić sobie żadnej etykietki. Teraz słyszał jej cichy szloch w odległym kącie tej świątyni dziewczęcych zabawek i nie wahał się ani chwili. Siedziała, podkurczając nogi i obejmując je ramionami, smutna jak nigdy przedtem.
- Córeczko... Tak strasznie cię przepraszam. Puściły mi nerwy. Twój brat był bardzo poważnie chory, a ja tak się o niego zamartwiałem, że zupełnie zapomniałem o tobie. Kochanie, nie masz pojęcia, jak mi przykro... - palcami delikatnie wycierał łzy spływające po jej twarzyczce. - Kocham cię. Kocham całą waszą trójkę najmocniej na świecie i wiesz, że nic tego nie zmieni. Przyjmiesz moje przeprosiny?
Mała patrzyła na niego bystrymi oczami o barwie akwamaryny, które odziedziczyła po matce i milczała. Dopiero po dłuższej chwili wzięła w swoje rączki jego dłoń i trzymała tak, dopóki ojciec nie przytulił jej do piersi.
- Obiecuję ci, skarbie, że ostatni raz płakałaś z mojego powodu... - dodał, całując jej czoło.


środa, 27 sierpnia 2014

Lie To Me In A Whisper_12

Ciepły oddech owiewał jej kark, gdy leżała, czując go za sobą, wtulonego w jej plecy. Spojrzała na zegarek stojący samotnie na szafce nocnej i aż przetarła oczy ze zdziwienia. Dochodziło dwunasta, a oni nawet nie wyszli jeszcze z łóżka... Nie dbając o brak bielizny, wciągnęła na nagie ciało małą czarną, która od minionego wieczora leżała, sponiewierana, bezwładnie na miękkim, bordowym dywanie. W pokoju panowała duchota i wciąż dało się wyczuć lekko przytłaczający zapach ich wspólnie spędzonej nocy. Uchyliła okno wychodzące na wschód, chcąc wpuścić do środka odrobinę świeżego powietrza, czym nieopatrznie obudziła mężczyznę.
- Dzień dobry - powiedział rozespanym głosem, pozwalając słodkiemu uśmiechowi zagościć na jego twarzy. - Już wstałaś?
- Dochodzi południe. Czas najwyższy, nie uważasz?
Podziwiał czarną sukienkę opinającą jej smukłe ciało. Wciąż trudno mu było uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Śmiało mógł pokusić się o stwierdzenie, iż nigdy przedtem nie przeżył czegoś tak wspaniałego. I, szczerze powiedziawszy, już nie mógł doczekać się powtórki.
- Masz na dziś jakieś plany? Bo z chęcią spędziłbym ten dzień z tobą, Dani.
Uśmiechnęła się. Wyglądała tak cudownie, gdy się uśmiechała... Rude loki w lekkim nieładzie tylko dodawały jej uroku. Odciągnął kołdrę i poklepał zachęcająco pustą przestrzeń na łóżku.
- Wróć do mnie, proszę.
Pragnął w tej chwili wtulić się w nią i zapomnieć o wszystkim innym. Rozgrzać swoje jej ciałem, a jeśli tylko będzie chciała, spędzić w ten sposób resztę swoich dni. Dziewczyna pochyliła się nad nim, roztaczając wokół słodki, kwiatowy zapach. Była już tak blisko, na wyciągnięcie ręki... Nim zdążył ją uchwycić, złożyła krótki pocałunek na jego ustach i zniknęła w łazience. Chyba nici z porannego przytulania - pomyślał. Chcąc, nie chcąc, zwlókł się z łóżka, nagość osłaniając jedwabną kołdrą. Przystanął przy szafie, by z odpowiedniej perspektywy przyjrzeć się miejscu, w którym wczoraj zaznał niebiańskich rozkoszy. Pościel w zupełnym nieładzie zdawała się być najlepszym świadectwem udanej nocy, wprawając go, niestety, w swego rodzaju dumę. Tak, wiedział, że to głupie, ale na ten widok nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jednak wystarczył jeden szczegół, by wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Szkarłatna plama odcinała się od białego prześcieradła, nie pozwalając oderwać od siebie wzroku. Stał tak, zahipnotyzowany, przez dobrych kilka minut, dopóki z transu nie wyrwało go skrzypnięcie drzwi łazienki.
- Będę się zbierać, ale mogę wpaść wieczorem, jeśli masz ochotę - powiedziała, poprawiając szminkę w kącikach ust. - Michael... Coś się stało?
Bez słowa wskazał na krwawy ślad na pościeli. Patrzył, jak na jej policzki wpływa lekki rumieniec, tylko przydający uroku jej bladej zwykle twarzyczce.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że... nie robiłaś tego nigdy przedtem? - zapytał, z trudem dobierając słowa.
- A co by to zmieniło? Chciałam to zrobić, więc zrobiłam. Było ci źle ze mną?
Stała tak, nieco naburmuszona, jak dziewczynka, opierając ręce na biodrach. Brwi nieznacznie zbliżyły się do siebie, a na czole powstały malutkie zmarszczki.
- Nie! Nie o to mi chodzi. Dani... Wiesz przecież, że było cudownie, ale... Gdybym wiedział... Sam nie wiem. Byłbym delikatniejszy.
- Nic złego mi się nie stało. Jestem już dużą dziewczynką, Michael. To jak? - zapytała, nagle zmieniając ton nie do poznania. - Mogę wpaść dziś wieczorem?
Nie odpowiedział. Zamiast tego objął ją od tyłu, przybliżając usta do jej ucha. Jego ciepły oddech łaskotał jej szyję, podczas gdy on odgarnął niesforne pasemko i zanucił cichutko:

Could you be the most beautiful girl in the world... It's plain to see
You're the reason that God made a girl


sobota, 23 sierpnia 2014

Lie To Me In A Whisper_11

Padał z nóg. Zarząd, jak zwykle, wychwalał kolejne "osiągnięcia" "Invincible", próbując udowodnić słuszność twierdzenia, iż finansowanie promocji tej płyty byłoby bez sensu, gdyż świetnie radzi sobie bez reklamy. Mieli gdzieś oponie innych, bo to nie ich nazwisko figurowało pod grzmiącymi nagłówkami: "Porażka roku!" w niemal wszystkich gazetach. Dla nich najważniejsze było to, że mamona wpływała do kieszeni szerokim strumieniem. Miał wrażenie, że to nieszczęsne zebranie ciągnęło się w nieskończoność, aż wreszcie szczęka powoli zaczynała mu drętwieć od wymuszonego uśmiechu i ciągłego jej podpierania. Z jednej strony mógł od razu wygarnąć im wszystko, jednak w pewnym stopniu wciąż był zależny od SONY, a póki co, nie chciał własnoręcznie kopać sobie grobu. Z drugiej strony, próbując zatuszować niedociągnięcia dotyczące wydania albumu, naprawdę starali się iść mu na rękę. Szkoda, że nie wiedzą, iż już niebawem bezpowrotnie opuści progi ich wytwórni... Wizyta w szpitalu, choć nieco przytłaczająca wszechobecną chorobą i obietnicą śmierci, podziałała kojąco na jego nerwy. Dzieci były tak podekscytowane możliwością uściśnięcia mu dłoni i zrobienia pamiątkowego zdjęcia, że mógłby przysiąc, iż sale jaśniały blaskiem bijącym od tych cudownych istot. Mniejsze szkraby, nie rozpoznające w nim Króla Popu, po prostu bawiły się z nim, przytulały i odpowiadały szczerymi uśmiechami, a on cierpliwie podpisywał wszystkie płyty, które wykupił Bill z okolicznych sklepów. Kiedy nadchodził moment rozstania, powtarzał małym pacjentom to, co zawsze mówił w takich okolicznościach: "Bardzo cię kocham. Do zobaczenia za rok." I choć ta obietnica często miała niewiele wspólnego z prawdą, mogła okazać się jedyną rzeczą, która utrzymywała tego młodego człowieka przy życiu, z nadzieją na powtórne spotkanie z idolem. Teraz wreszcie zmierzał do domu, gdzie będzie mógł odpocząć i  naładować baterie na kolejny, aktywny dzień. Jeszcze tylko chwila i dotrze na miejsce... Jednak nie mógł nic poradzić na opadające ze zmęczenia powieki i myśli, wciąż krążące wokół snu. W jego głowie działy się, w tamtym momencie, dziwne rzeczy, które mogą wydarzyć się tylko w tej specyficznej chwili, na granicy snu i jawy. Biała, lekka jak piórko dłoń delikatnie gładziła jego skroń, pełne usta przylgnęły do jego w namiętnym pocałunku. Rude loki łaskotały jego policzki, gdy uśmiech wykwitał na jego twarzy.
- Michael... Już jesteśmy - Bil ostrożnie dotknął jego ramienia.
- Hmm..? Och, tak.
Otulił się szczelniej połami marynarki i wyszedł na chłodne, nocne powietrze. Krótki, ale energiczny spacer, wśród koncertu świerszczy i szumu wiatru, pozwolił mu odrobinę się rozgrzać. Wzniósł oczy ku niebu upstrzonemu milionami gwiazd, bez choćby jednej chmurki. Cholera! Warto było żyć, choćby dla takich nocy, jak ta... Zimna kropla spłynęła po skroni. Za nią kolejna i jeszcze jedna. Przyspieszył kroku, by wreszcie dotrzeć do domu. Odwiesiwszy wierzchnie ubranie, zajrzał do salonu, gdzie spotkał go widok zupełnie zaskakujący.
- Danielle? Co ty tutaj robisz?
Dziewczyna siedziała na fotelu, z nogą założoną na nogę, w odsłaniającej kolana "małej czarnej". Z białej filiżanki, małymi łyczkami popijała kawę, zostawiając krwistoczerwone ślady szminki na porcelanowej krawędzi. Długie loki były tym razem spięte w koczek na wysokości karku, z którego wyślizgiwały się pojedyncze pasma okalające jej twarz. Srebrne oczy, pełne iskierek, patrzyły prosto na niego. Odruchowo, jak zawsze, gdy czuł się poddenerwowany, dotknął lekko swojego nosa i uśmiechnął się nieśmiało.
- Przepraszam, że wpadłam tak bez zaproszenia, ale pomyślałam, że możemy dziś nadrobić ostatnie spotkanie... Tak mi przykro, że nie mogłam zostać dłużej.
Była ostatnią osobą, którą spodziewał się ponownie zobaczyć w tym domu. Był pewien, że poprzednio zanudził ją zbytnio swoim towarzystwem, by kiedykolwiek jeszcze, dobrowolnie zaproponowała spotkanie, a co dopiero go odwiedziła. Pokój wypełniała woń świeżo parzonej kawy i zapach jej skóry, tworząc niepowtarzalną mieszankę. Nie potrafił określić, jakich perfum używała. To tak, jakby co noc zasypiała i budziła się w pierzynie z kwiatów... Ten aromat pasował do niej idealnie. Na pozór piękny w sposób oczywisty, kryjący jednak nutkę tajemnicy. Nim zdążył zaczerpnąć powietrza, lub powiedzieć cokolwiek, jej czerwone usta przylgnęły do jego. Na ten krótki moment zamarł w bezruchu, zbyt zszokowany, by choćby odwzajemnić pocałunek. Wspomnienie dzisiejszego poranka uderzyło w niego ze zdwojoną siłą. A co, jeśli przeżyłby to wszystko jeszcze raz, tyle że poza granicami wyobraźni? Nie chciał jej spłoszyć, dlatego jedynie uniósł lekko jej brodę, by lepiej poczuć ten pocałunek. Jej ręka ślizgała się po gładkim materiale koszuli, coraz odważniej kierując się w stronę zapiętych pod szyję guzików. Jeden po drugim, rozpinane, obnażały coraz bardziej jego tors, do momentu, gdy koszula nie zwisała swobodnie na jego przedramionach. Na moment uchylił powieki, spoglądając na, upstrzoną ciemnymi plamami, mlecznobiałą skórę i natychmiast oprzytomniał. Odsunął się od dziewczyny, pospiesznie poprawiając ubranie. Płonął ze wstydu, unikając jej  pytającego spojrzenia.
- Co się stało? - wyrzuciła z siebie wreszcie, po kilku minutach niezręcznej ciszy.
- Po prostu... Popatrz na mnie. Jak może podobać ci się ktoś taki, jak ja?
Wyglądał, jak dziecko, skrawkiem materiału starając się zakryć przed wzrokiem innych. Sarnie oczy uciekały od kontaktu, a na ustach, przygryzanych nerwowo co chwilę, pojawiła się kropelka krwi. Kosmyk włosów właśnie opadł na jego policzek, lecz on zdawał się tego nie zauważać.
- Jesteś najseksowniejszym mężczyzną, jakiego znam, Michael. I dobrze wiem, co robię. Chcę spędzić z tobą tę noc. Pytanie tylko, czy pragniesz tego samego.
Jakiś błysk w jego spojrzeniu wystarczył, by uznała to za zgodę. Jednym ruchem przyciągnęła go do siebie za kołnierz wymiętej koszuli i ponownie pocałowała. Cisza panująca w salonie zdawała się pogłębiać,nie pozwalając, by choćby najcichszy dźwięk przerwał tę cudowną chwilę. Jego ciepła dłoń odnalazła jej rękę i pociągnęła go za sobą w drogę do sypialni na piętrze. Ciche skrzypnięcie drzwi zamknęło drogę wścibskim poszeptywaniom wiatru, pozostawiając ich we wspólnej samotności.



środa, 20 sierpnia 2014

Lie To Me In A Whisper_10

Jej pocałunki były słodsze niż miód, a jednocześnie ostre i drapieżne. Skąd tyle pasji w tak młodej dziewczynie? Ich usta nie potrafiły rozdzielić się nawet na chwilę, nie pozwalając im na zaczerpnięcie choćby krótkiego oddechu. Splecione ciała drżały, potęgując przyjemność ze wspólnej bliskości. Jeszcze z nikim nie było mu tak dobrze... Rude loki łaskotały jego twarz, a kwiatowy aromat jej skóry, na której lśniły teraz kropelki potu, wirował w gorącym powietrzu. Niebo może zaczekać...
- Panie Jackson, za godzinę ma pan spotkanie z zarządem SONY.
Podniósł się, mrużąc oczy przed promieniami słońca w zenicie. Pidżama była wilgotna od potu, a długie włosy przyklejały się do jego karku i policzków. Było mu diabelnie duszno, mimo że okno w sypialni pozostało otwarte przez całą noc, na maksymalną szerokość. Niechętnie rozstając się z łóżkiem poszedł do łazienki, w której w lustrze zobaczył coś, co wolałby raczej ukryć przed światem. Dolna część jego sypialnianej garderoby wybrzuszała się na przodzie dość wyraźnie. No dalej, wdech i wydech - pomyślał, obmywając policzki zimną wodą. I to wszystko przez jeden niedorzeczny sen! Który zresztą całkiem mu się spodobał... Szkoda tylko, że nie ma najmniejszych szans na to, by podobna scena ze zmysłową Danielle w roli głównej wydarzyła się naprawdę. Przekręcił kran maksymalnie w prawą stronę, po czym, w stroju Adama, zniknął za drzwiami kabiny. Lodowaty strumień chłodził jego rozpalone ciało, spływając strużkami i zmywając wspomnienie sennych marzeń. Teraz ponownie drżał, lecz nie z powodu uniesienia, ale z zimna. Przekręcił kran w przeciwną stronę, a kabina już po chwili wypełniła się przysłaniającą widok parą. Lubił godziny spędzane w tym miejscu, których bynajmniej nie poświęcał w całości na higienę. Świetna akustyka pozwalała na nagrywanie wstępnych wersji nowych utworów, gdy za jedyny instrument służył mu własny głos. Teraz jednak wygrzewał w cudownie gorącej wodzie, myślami wracając do planu dzisiejszego dnia. Spotkanie z zarządem, wizyta w szpitalu dziecięcym na oddziale onkologicznym, późny obiad z kadrą  jego fundacji "Heal The World"... Czy dzień poza domem pozwoli mu choć na moment zapomnieć o rudowłosej piękności? Dzieci miały dziś zajęcia z nauczycielką, tutaj, w Neverlandzie, więc nie odczują jego nieobecności. Wyszedł, a razem z nim obłoki mlecznobiałej pary powoli spowijające całą wolną przestrzeń. Purpurowy ręcznik otoczył jego biodra, a drugi, szary, wycierał dokładnie jego włosy i ciało. Na lustrze, za pomocą palca, napisał: "Tak więc trwają Wiara, Nadzieja, Miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest Miłość." Mycie zębów, szybki makijaż, aby zakryć chorobowe plamy, ułożenie włosów i był gotów. W sypialni, na wieszaku, wisiało ubranie przygotowane poprzedniego dnia, jakby przewidział, że obudzi się zbyt późno. Szybko założył czarne spodnie, białą koszulę i czerwoną marynarkę przypominającą szkolny mundurek. Srebrny (rolex błyszczał na jego nadgarstku, podczas gdy na drugim połyskiwała bransoletka, będąca prezentem od byłej żony. On podarował Lisie Marie identyczną - srebrną i ciężką, z blaszką, na której wygrawerowany został napis: (...). Zbiegł po schodach na dół, gdzie czekał już na niego Bill, gotów, by zawieźć go na służbowe spotkanie. Kiedy drzwi auta się zamknęły, ochroniarz od razu przeszedł do rzeczy:
- Mike, stało się coś dziś w nocy?
- Co masz na myśli?
- Dzieci mówiły, że strasznie krzyczałeś... Zły sen?
Michael głośno przełknął ślinę, zastanawiając się, jak wiele mógł wiedzieć jego przyjaciel. Znów zaczynało robić się gorąco, dlatego jednym guzikiem opuścił przyciemnianą szybę. Na jego nosie, jak zwykle, tkwiły lustrzane aviatory chroniące go przed koniecznością nawiązywania kontaktu wzrokowego. Przyglądał się z niepokojem mijanym po drodze samochodom, nie mogąc pozbyć się myśli, że ktoś, w każdej chwili, mógłby go rozpoznać. Niemal natychmiast, jak żywe, przed oczami stanęło mu wspomnienie z młodości, gdy mijając na trasie dwie nieprzeciętnej urody prostytutki, nazywane wtedy paniami do towarzystwa, wystawił swoją dłoń odzianą w cekinową rękawiczkę przez okno auta. Kobiety nie wierzyły własnym oczom, a on, wraz z kompanami, miał naprawdę niezły ubaw. Nawet teraz nie potrafił myśleć o tamtej chwili bez uśmiechu.
- Chyba jesteś dziś w nie najgorszym humorze, co Mike? - zagadnął Bill, szczerząc zęby z siedzenia kierowcy.
- Mam nadzieję, że ci z zarządu tego nie zmienią... Nie wiesz, czego konkretnie ode mnie chcą?
- Chyba chodzi o podsumowanie sprzedaży "Invincible" po pierwszym roku na rynku.
- I ja jestem im do tego potrzebny? - zdziwiony, uniósł brwi. - Chyba zatrudniam ludzi do takich spraw, prawda? Ja tworzę muzykę, nie zajmuję się zestawieniami i rachunkami.
- Jeśli chcesz znać moje zdanie, to powinieneś raz na jakiś czas sprawić swoim podwładnym małą niespodziankę w postaci niezapowiedzianej kontroli. Wiesz, jak to mówią: gdy kota nie ma, myszy harcują.
- Billy, zatrudniam ludzi, którym ufam... Ale skoro tak sądzisz, to szykuj się, bo będziesz pierwszy na mojej liście.
Auto wypełnił jego perlisty, zaraźliwy śmiech. Ochroniarz pomyślał, że jeśli jedną cechą jego pracodawca zasłużył na miano Piotrusia Pana, był to właśnie śmiech. Brzmiał tak, jak gwiazda wybuchająca tysiącem radosnych iskierek, które rozjaśniają całe niebo i ziemię. Nie sposób było do niego nie dołączyć.
- Obiecaj mi, Michael - zaczął, gdy wreszcie się uspokoili. - że będziesz na siebie uważał.
- Daj spokój, Bill. Nic mi nie będzie. Wiesz, ostatnio przeczytałem, że nazwali mój album "wtopą" i "pomyłką". Rozumiesz coś z tego?
- Niezupełnie.
- Twierdzą, że "Invincible" to muzyczna porażka, podczas gdy i tak sprzedaje się lepiej, niż każdy z nowych krążków innych artystów. Rozumiem, że po "Thrillerze" poprzeczka zawieszona jet naprawdę wysoko, a zwłaszcza ta, którą ja sam sobie stawiam, ale nie powinni oczekiwać cudów bez odpowiedniej promocji. SONY zupełnie się w tej kwestii nie popisało i ludzie z zarządu dobrze o tym wiedzą... Pewnie dlatego Tommy był dla mnie tak miły, kiedy subtelnie zasugerowałem, że nic mnie przy nich nie trzyma.
- Nie wiedzą, że to nie do końca prawda?
- Pewnie wiedzą, ale wolą nie ryzykować. Chociaż raz przydatnym okazuje się fakt, że mają mnie za wariata - stwierdził z gorzkim uśmiechem.
Dlaczego zawsze traktowali go, jak dziwaka? Przecież był człowiekiem - gdy się skaleczył, krwawił., a gdy się smucił, z oczu płynęły mu słone łzy. Mył zęby, korzystał z toalety, a także kochał się z kobietą, której pragnął (to akurat zdarzał się coraz rzadziej). Fani idealizowali go, widząc w nim bardziej herosa niż śmiertelnika, a nienawistne media traktowały, jak chorego na umyśle. Kosmita, Jacko Dziwak, duży dzieciak... Dlaczego oceniają go, choć nikt nie dał im do tego prawa? Dlaczego po prostu nie pozwolą mu być sobą? Przedramię zapiekło, jak gdyby piekielny płomień lizał jego delikatną skórę. Nowy podkład sprowadzony przez Karen musiał przejść fazę testów na nadgarstkach i ramionach, czyli tam, gdzie w przypadku reakcji alergicznej, nie wyrządzi większych krzywd. Będzie musiał powiedzieć jej, że kosmetyk go uczula, a biedna makijażystka znów będzie zmuszona do znalezienia substytutu. Białe plamy zajmowały już prawie całe ciało, tylko gdzieniegdzie pozostawiając naturalnie ciemne fragmenty jego skóry. Vitiligo to choroba dziedziczna, wiedział to od lekarza, co zatem, jeśli któreś z dzieci również zachoruje? Doskonale pamiętał, jak pierwsze odbarwienia, choć wtedy niewielkie, podburzyły jego pewność siebie... Z czasem było już tylko gorzej, dlatego teraz gorąco modlił się, by jego dwóch synów i córkę ominął ten los. Wystarczyło, że on musiał cierpieć.
- Michael, jesteśmy na miejscu. Mam iść z tobą?
- Dziękuję Bill, ale poradzę sobie sam. Odpocznij. Mam nadzieję, że to nie potrwa długo, dlatego bądź pod telefonem.
- Jasne, szefie. Następny przystanek, "Heal The World"?
- Wcześniej jeszcze podjedziemy na onkologię dziecięcą do szpitala św. Łucji. Zabawki są w bagażniku?
- O cholera! Myślałem, że pojedziemy tam dopiero jutro... Jeśli wrócę po nie do Neverlandu, nie zdążymy na ten lunch w HTW.
Z namysłem gładził lekko szorstką od dwudniowego zarostu brodę. Nie mógł przyjechać do dzieci z pustymi rękoma, nawet jeśli sama jego obecność była już dla nich prezentem. Za nic w świecie nie chciał ich rozczarować, dlatego, nie zastanawiając się długo, wyciągnął ze skórzanego portfela kartę kredytową i podał ją ochroniarzowi.
- Mógłbyś pojechać do "Toys'R'Us" i kupić coś dla dzieci? A potem, jeśli nie sprawi ci to problemu, zatrzymaj się w jakimś sklepie muzycznym i wykup wszystkie moje płyty.
- Czy to jest dozwolone? - zapytał, uśmiechając się półgębkiem.
- Ale co masz na myśli?
- Przyznaj się, że po prostu chcesz poprawić wyniki sprzedaży.
Ach ten Billy! Nawet w takiej sytuacji nie tracił pogody ducha i ochoty na żarty. Pożegnał towarzysza machnięciem dłoni i zniknął  za przeszklonymi drzwiami siedziby SONY.