- Pamiętam, jak któregoś dnia kłóciłam się z mamą i to dosyć poważnie. Chyba poszło o to, że nie posprzątałam w pokoju, czy coś w tym guście... Chodzi o to, że naprawdę mnie zdenerwowała i krzyknęłam wtedy: "Idź do diabła!" - powiedziała z całkowicie poważną miną.
- Naprawdę?
- Tak. Ale słuchajcie dalej... Zastanawiałam się gorączkowo: "Czy usłyszała mnie? A może mnie nie usłyszała...Czy usłyszała?". Ale na moje nieszczęście miała całkiem niezły słuch. Wtedy podeszła do mojego ojca i zapytała go: "John, co ona powiedziała?". Zawołała mnie "Nippy, chodź tutaj."."Nippy" to było moje przezwisko w domu. Przyszłam do niej, postanowiwszy grać niewiniątko. Zaczęłam, jakbym nie miała pojęcia, co zrobiłam: "O co chodzi, mamo?", a wtedy ona zapytała: "Co powiedziałaś?". "Idź do diaska" - odpowiedziałam.
- Chyba ci nie uwierzyła? - zapytał całkowicie przejęty tą historią Michael.
- W życiu! Uśmiechnęła się do mnie tym swoim uśmiechem i powiedziała: "O nie... Powiedziałaś "Idź do DIABŁA"... I ja ci pokażę jak tam trafić.".
Po przestronnym, jasnym salonie przetoczyła się salwa śmiechu rodzeństwa Jacksonów. Właścicielka domu tylko lekko uniosła kącik ust.
- Masz świetną mamę. - podsumowała Janet, ocierając łzy z kącików oczu.
- To silna kobieta i stosowała metodę twardej ręki. Ale to dzięki niej jestem tym, kim jestem. Wy z waszym ojcem chyba też nie mieliście lekko, co?
- Ja zbytnio tego nie odczułam, ale z chłopcami rzeczywiście się nie cackał. Z tego co pamiętam, to najczęściej podpadałeś ty, Mike?
- Uhm... zdarzało się, że moje zdanie różniło się od zdania Joe. - prawie wyszeptał, uciekając wzrokiem.
- Uwierz mi, skarbie... Jak nikt inny potrafię to sobie wyobrazić - powiedziała, przelotnie muskając swoją jego dłoń. Poczuł, jak przez jego ciało przebiega fala dreszczy. - Jestem z Newark. Jeśli się nie stawiasz, nie przetrwasz tam długo.
W tym samym momencie błysnęła szerokim uśmiechem śnieżnobiałych zębów. Wyglądała promiennie i sprawiała, że coś, jakby kamień w ciele Michaela wędrował raz w górę pod samo gardło, raz z głuchy tąpnięciem rozbijało się o dno żołądka. Z trudem przełykał ślinę, a przez spierzchnięte wargi rzadko wydobywała się jakaś uwaga. Zerkał na nią tak często, jak tylko mógł, wciąż uważając, by nie dostrzegła jego rozmarzonego spojrzenia. Gdy wstała, by podać im obiecane napoje, wciągnął głęboko do płuc waniliowo-pomarańczowy zapach jej perfum. Gdyby tylko przestał choć na moment tonąć we własnych myślach, z pewnością dostrzegłby znaczący uśmiech, który pojawił się na twarzy jego siostry.
- Prawie bym zapomniała - zaczęła, stawiając na stole trzy szklanki pełne brzęczącej od zderzających się kostek lodu, schłodzonej wody. - Gratuluję nominacji do Grammy, Janet! Już wiesz, co zamierzasz wykonać?
- Dziękuję. Najprawdopodobniej "Control", "What Have You Done For Me Lately" i być może dorzucę fragment "Nasty", ale to jeszcze nic pewnego. Tobie też szczerze gratuluję, kochana.
- Również dziękuję. A teraz wróćmy do konkretów: za kogo zamierzasz trzymać kciuki, Michael? - zapytała z grobową miną.
- Eee... Ja?
- No tak. Twoja siostra i najlepsza przyjaciółka są nominowane w jednej kategorii, pamiętasz?
- Oczywiście, że pamiętam - wykrzesał z siebie najbardziej obrażony ton, na jaki było go stać w tamtej chwili i dodał - Trzymam kciuki za was obie.
- W takim razie jestem ci coś winna.
Niewiele myśląc, podeszła do niego i złożyła na jego policzku pojedynczy pocałunek. Nieświadom czerwonej pozostałości po jej szmince, spłonął rumieńcem, jednocześnie uśmiechając się od ucha do ucha.
- Michael, chyba będziemy się już zbierać - Janet wytrąciła brata z romantycznego upojenia. - Muszę być w centrum za pół godziny.
Dało się słyszeć cichy jęk zawodu, jednak starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo opuszczenie tego domu będzie dla niego trudne, ze sztucznym uśmiechem wstał ze skórzanej kanapy i grzecznie ruszył za siostrą w stronę drzwi wejściowych. Gospodyni odprowadziła ich aż do podjazdu, gdzie czekał ich szofer.
- Do zobaczenia. Mam nadzieję, że wpadniecie jeszcze przed galą? - zapytała.
- Zrobimy co w naszej mocy. Do zobaczenia.
Gdy oboje już uściskali na pożegnanie właścicielkę willi, zapakowali się do auta, a Bill powoli ruszył, kierując się ku głównej drodze. Choć Michael wydawał się być całkowicie zaprzątnięty własnymi myślami, młodsza z Jacksonów postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i nieco go podpuścić.
- Wiesz braciszku, mam wrażenie, że wpadłeś w oko naszej Whitney.
- Naprawdę?! - zapytał z może zbytnim podekscytowaniem. - Tak sądzisz?
- Oczywiście! Ale to ty nie możesz od niej oderwać wzroku...
- Aaaa, odczep się!
Odwrócił się w stronę okna i nie odezwał się już ani słowem.
PS Historia opowiadana przez Whitney na początku jest prawdziwa.
niedziela, 13 września 2015
niedziela, 30 sierpnia 2015
Everybody's Somebody's Fool_4
14 kwietnia 1987 r.
Drogi Pamiętniku,Mamy rok 1987, ja liczę sobie już 23 wiosny, a wciąż rozpoczynam kolejne wpisy słowami "Drogi Pamiętniku...". To niewiarygodne, że za każdym razem, gdy w moim życiu dzieje się coś, z czym ciężko mi sobie poradzić, uciekam do zamkniętych kart tego zeszytu. Nie jestem już jednak nastolatką, chociaż boję się dorosłego życia dużo bardziej, niż niejedna z nich. Dziś minął już drugi tydzień od wyprowadzki Ariany, a ja wciąż nie potrafię się po tym pozbierać. To, że raz w tygodniu spotykam się na wspólnej kolacji z nią i Marcusem, a ponadto każdego dnia widuję ją w pracy niczego nie zmienia. Nic nie jest w stanie zrekompensować mi tych nocy, kiedy wracam do pustego mieszkania i jedynym towarzyszem pozostaje lustrzane odbicie. Ostatnio nawet zaczęłam zastanawiać się nad zaadoptowaniem zwierzaka ze schroniska, ale wciąż nie jestem przekonana co do tego pomysłu. Przecież całymi dniami nie ma mnie w domu, a te chwile samotności, choć uciążliwe, da się przecież jakoś przetrwać. Póki co chyba muszę sobie to darować... Inaczej sprawy mają się w kwestii pracy. Ari załatwiła mi posadę w tym samym banku, w którym zatrudniła się przed kilkoma laty i choć jestem jej naprawdę wdzięczna, nie potrafię cieszyć się ze szczęścia, jakie mnie spotkało. Zarabiam znacznie więcej, w porównaniu z moim poprzednim zajęciem, dzięki czemu na razie nie muszę wyprowadzać się z tego mieszkania. Ponadto nie mam nocnych zmian, po których powrót do domu wiązał się z niemałym niebezpieczeństwem. Czyli teoretycznie nie spotyka mnie teraz nic, na co miałabym prawo się uskarżać. Czy jest to jednak powód, by tego nie robić? Dla mnie? Oczywiście, że nie! Maruda numer jeden, to ja. Ale przecież zostałam całkowicie sama, bez planu na przyszłość. Brak perspektyw może zabić szybciej niż heroinowy "złoty strzał". Marzy mi się przygoda. Wielka, cudowna przygoda, którą będę opowiadać później całymi latami. Taka, w której główna bohaterka wychodzi z domu z małym plecakiem, nie oglądając się na siebie, zostawiając na drzwiach domu przyklejoną kartkę "Zaraz wracam, poszłam spełniać swoje marzenia."... To wszystko bez sensu. Już raz tak zrobiłam i co mi z tego przyszło? "Poznałaś niesamowitych ludzi, zamieszkałaś w cudownym mieście: - podpowiada mi serce. Niestety rozum momentalnie sprowadza je do parteru, mówiąc: "A teraz znów jesteś sama, a cuda tego miasta nie są przeznaczone dla twojego wzroku". Staram się zagłuszyć oba głosy, jednak jeden z nich po raz kolejny najprawdopodobniej okaże się silniejszy. W głębi duszy czuję, że zrobię to samo, co przed pięcioma laty. Ucieknę, zostawiając moich najbliższych, wmawiając sobie i wszystkim dookoła, że gonię marzenia, a nie uciekam przed rzeczywistością. Doskonale pamiętam kłótnię z Mamą, kiedy powiedziałam jej, że zamierzam przeprowadzić się do Stanów. Z jednej strony świetnie rozumiałam jej niechęć do tego kraju (bo czy można kochać miejsce, z którego pochodził jedyny mężczyzna będący w stanie zbudować od początku, a później doszczętnie zburzyć cały twój świat?), z drugiej zaś nie chciałam, aby jej uprzedzenia grały pierwsze skrzypce w moim życiu. To, że ojciec odszedł od nas niespełna 3 lata wcześniej nie stanowiło dla mnie dobrego argumentu. Miałam już dość patrzenia, jak Mama ulega samodestrukcji, z dnia na dzień wyglądając i czując się coraz gorzej. Chciałam jej pomóc, ale jak się później okazało, tylko moje odejście było w stanie postawić ją na nogi. Jedyne, czego żałuję, to fakt, iż razem z Francją musiałam pożegnać Maggie. Mała miała wtedy zaledwie jedenaście lat i chociaż walczyłyśmy ze sobą w każdej wolnej od innych zajęć chwili, to chyba za nią tęsknię najbardziej. Aż trudno uwierzyć, że jest teraz rozbrykaną i niepokorną szesnastolatką (a przynajmniej tak opisuje ją Mama). Czasami nachodzą mnie myśli, jakby to było, gdybym jednak nie wyjechała i była tam teraz z nimi... Pewnie wciąż dzieliłybyśmy z siostrą nieduży pokój, ona działałaby mi na nerwy przez większość wspólnie spędzanego czasu (i vice versa). Może zwierzałaby mi się ze swoich pierwszych miłosnych historii. Może pytałaby o rady w sprawach doboru ubrań... Szkoda, że nie mam okazji przekonać się, czy tak rzeczywiście wyglądałoby nasze życie. Oczywiście mogłabym wrócić, ale co bym im powiedziała? Nie... Taka opcja nie wchodzi w grę. A gdybym tak...
Dźwięk telefonu nie pozwolił dłoni dokończyć tej myśli na kolejnej stronie dziennika. Podniosła się z podłogi swojej niewielkiej sypialni, by chwilę potem pobiec do wciąż przypominającego o sobie aparatu. Gdy tylko zacisnęła palce na niebieskiej słuchawce, w salonie ponownie zaległa głucha cisza.
- No co jest... - mruknęła z niezadowoleniem.
Czekała jeszcze kilka chwil, lecz telefon uparcie milczał. Jej szare komórki pracowały na najwyższych obrotach. Istniały dwie możliwe przyczyny tego urwanego telefonu: albo ktoś po prostu się pomylił (co wydawało jej się tak prozaiczne, że aż niedopuszczalne), albo był to znak. Może wszechświat oznajmiał jej w ten sposób, by (dosłownie) ruszyła swoje cztery litery i zawalczyła o swoje marzenia... I zawalczy! Tylko gdzie schowała te pieniądze, które odkładała na swój pierwszy samochód? Musiały być gdzieś w jej sypialni. Pognała tam, zupełnie zapominając o dziennkiku, telefonie i wszystkim, co nie wiązało się z pomysłem, który własnie wpadł jej do głowy. Droga na dworzec zajmie jej najwyżej dwadzieścia minut. Tam kupi bilet na pociąg, na jutrzejszy ranek i wróci, by się spakować. Będzie musiała jeszcze skorzystać z telefonu, by powiadomić swojego szefa, iż nie pojawi się w pracy przez najbliższe trzy dni, gdyż jest "ciężko chora". Potem wystarczy tylko zabrać rzeczy i ruszyć przed siebie. Dokąd? A czy to aż tak ważne..? Dokąd nogi (a raczej tory) poniosą. Pieniądze, po krótkich poszukiwaniach okazały się być bezpiecznie ukryte w pudełku na pamiątki pod jej łóżkiem. Gdy miała już wszystko, czego potrzebowała, założyła czarne palto na ramiona i wyszła z mieszkania, zamykając drzwi na klucz.
- Zaraz wracam... Poszłam spełniać marzenia - pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.
sobota, 22 sierpnia 2015
Everybody's Somebody's Fool_3
- Cięcie!
Joe Pytka powoli podnosił się z pozycji klęczącej, tym jednym słowem kończąc pracę na dzień dzisiejszy. Krótkie, acz burzliwe brawa przetoczyły się po całym planie. Tancerze ocierając twarze lśniące od potu, leniwym krokiem ruszyli w kierunku szatni, a ostatni, pozostający przez cały czas w centrum uwagi wszystkich obecnych przystanął przy reżyserze. Białym ręcznikiem osuszał skronie, oddychając przy tym miarowo, jakby to, że od czterech godzin nie robił nic innego, poza tańcem, zupełnie go nie zmęczyło. Gęsta burza czarnych jak noc loków związana w mały koczek na wysokości karku podkreślała ciemny kolor jego oczu. Na niebieskiej koszuli, spod której wystawał biały t-shirt, nie widać było wilgotnych plam. Biały pasek wpleciony w szlufki czarnych, nieco przykrótkich spodni, odcinał się od nich znacząco, podkreślając ruchy bioder. Część ekipy podchodziła do niego, przyjaźnie klepiąc po ramieniu i gratulując kolejnego udanego dnia zdjęciowego. Każdemu z osobna posyłał zmęczony, ale jednocześnie szczery uśmiech. Kiedy wreszcie wszyscy zajęli się swoimi obowiązkami, mógł rozpocząć rozmowę z reżyserem.
- I jak było, Joe? - zapytał, z autentyczną niepewnością, jakby wszystkie pochwały, które przed chwilą usłyszał puścił mimo uszu.
- Świetnie, Michael. Odwaliłeś dziś kawał naprawdę dobrej roboty.
- Nie uważasz, że tancerzom brakuje jeszcze synchronizacji? Co prawda zerkałem tylko kątem oka, ale wydaje mi się, że Tony i Shawn trochę się spóźniają.
- Nie zwróciłem na to uwagi, ale Vincent nie zgłaszał mi żadnych skarg.
- Mimo wszystko zrobię sobie z nimi mały trening przed nagraniami. O której jutro zaczynamy?
- Tak jak dziś. Dziesiąta chyba jest w porządku?
- Jest idealna. Dziękuję, Joe, za wszystko - powiedział, po czym przyjacielsko uścisnął mężczyznę. - - Gdybyś spotkał gdzieś Vincenta, powiedz mu proszę, żeby dał znać chłopakom o jutrzejszej próbie. O 8.00.
- Nie ma sprawy. Trzymaj się, Mike.
Gdy tylko pożegnał reżysera, skierował kroki do swojej prywatnej garderoby, by szybko zmienić ubrania i pospieszyć na spotkanie z młodszą siostrą. Znalazłszy się w środku, mógł stwierdzić, że na pierwszy rzut oka pomieszczenie było puste. Choć był niemal pewien, że nie było w nim nikogo prócz niego samego, czuł się nieswojo. Światła wokół lustra nie paliły się. Kilka wieszaków ze strojami zmieniło swoje położenie jeszcze w trakcie porannych przymiarek. Na stoliku, przy małej, dwuosobowej kanapie stał świeży bukiet frezji, a ich cudowny zapach unosił się w całej garderobie. Obok wazonu, na srebrnej tacce postawiony był dzbanek z sokiem pomarańczowym i dwie wysokie szklanki. Jedna z nich była do połowy napełniona. Gdy podszedł bliżej, zorientował się, iż na jej krawędzi pozostał ślad szminki w kolorze świeżych malin. Nagle poczuł, że całe jego ciało sztywnieje ze strachu, a serce łomocze mu w piersi. Czy to możliwe..? Czy istniał choćby cień szansy na to, by jedna z tych szalonych fanek, które śledziły każdy jego krok, dostała się na plan i do tego pomieszczenia kompletnie niezauważona? Spotykał się już z niejednymi aktami szaleństwa popełnianymi z miłości, jednak tym razem przeraził się nie na żarty. W pobliżu nie było bowiem żadnego z ochroniarzy, ponieważ obstawiali oni wszystkie wejścia do hali. Szybko oceniwszy sytuację, zdecydował się za wszelką cenę odszukać zakochaną włamywaczkę i spróbować spokojnie z nią porozmawiać. W ostateczności ma do czynienia z niewinną dziewczyną, którą kieruje po prostu silne uczucie. Powoli, starając się nie narobić zbytniego hałasu, zbliżył się do wieszaków i dokładnie sprawdził każdy z nich. Gdy skierował swoje kroki ku ostatniemu, usłyszał w łazience odgłos kroków. Nie wierzył własnym oczom, kiedy spostrzegł, że klamka w drzwiach do niej prowadzących zaczyna się opuszczać. Kliknięcie zamka i pojawiła się. Ogromne zaskoczenie sprawiło, że jego usta otworzyły się szeroko.
- Och, nie miałam pojęcia, że już przyszedłeś... Przepraszam za to najście.
- Ta... Tatiana..? - wydukał wciąż spięty, choć zdecydowanie mniej przestraszony. - Co ty tu właściwie robisz?
- Nie mogłam cię dziś złapać, więc pomyślałam, że najprościej będzie poczekać na ciebie tutaj. Nie gniewasz się?
Krótka, biała sukienka mocno opinała jej zgrabne ciało, podkreślając karmelową karnację. Długie, kręcone włosy miała rozpuszczone, a jej nogi w czarnych czółenkach na wysokim obcasie wydawały się sięgać nieba. Michael poczuł, jak z coraz większą trudnością przychodzi mu zwykłe przełykanie śliny. Wyglądała zjawiskowo. Odchrząknął, by zyskać na czasie i powiedział niepewnym głosem:
- Nie... Nie gniewam się. Po prostu nieco zaskoczyła mnie twoja obecność tutaj... W czym mogę ci pomóc?
- Jesteś jakiś oficjalny, nie poznaję cię - oznajmiła, po czym wybuchnęła perlistym śmiechem. Po jego ciele przebiegł przyjemny dreszcz. - Chciałam cię zapytać, czy nie miałbyś jutro ochoty na wspólny obiad?
- Uhm... - był pewien, że nawet ona słyszała, z jakim trudem przychodzi mu myślenie w tym momencie. - Z przyjemnością... A kto do nas dołączy?
- Dołączy? Oczywiście... Popytam, kto będzie miał ochotę. Czyli jesteśmy umówieni?
Kiwnął potakująco głową i ponownie obejrzał ją od góry do dołu. A niech to! Dlaczego ta dziewczyna musiała być tak seksowna?! Przygryzła wargę w subtelnym uśmiechu, po czym lekko dotknęła jego ramienia, kierując kroki w stronę wyjścia.
- W takim razie, do jutra.
Patrzył, jak kręci biodrami, odchodząc. Gdy wreszcie zniknęła za drzwiami garderoby, mocno wypuścił powietrze z płuc. Będzie musiał uważać na tę dziewczynę. Może to nie zakochana fanka, ale zdecydowanie ma asa w rękawie. Kilkukrotnie klepnął się w twarz. Teraz musiał się pospieszyć, bo inaczej na pewno nie zdąży na spotkanie z Janet. I nie tylko...
Joe Pytka powoli podnosił się z pozycji klęczącej, tym jednym słowem kończąc pracę na dzień dzisiejszy. Krótkie, acz burzliwe brawa przetoczyły się po całym planie. Tancerze ocierając twarze lśniące od potu, leniwym krokiem ruszyli w kierunku szatni, a ostatni, pozostający przez cały czas w centrum uwagi wszystkich obecnych przystanął przy reżyserze. Białym ręcznikiem osuszał skronie, oddychając przy tym miarowo, jakby to, że od czterech godzin nie robił nic innego, poza tańcem, zupełnie go nie zmęczyło. Gęsta burza czarnych jak noc loków związana w mały koczek na wysokości karku podkreślała ciemny kolor jego oczu. Na niebieskiej koszuli, spod której wystawał biały t-shirt, nie widać było wilgotnych plam. Biały pasek wpleciony w szlufki czarnych, nieco przykrótkich spodni, odcinał się od nich znacząco, podkreślając ruchy bioder. Część ekipy podchodziła do niego, przyjaźnie klepiąc po ramieniu i gratulując kolejnego udanego dnia zdjęciowego. Każdemu z osobna posyłał zmęczony, ale jednocześnie szczery uśmiech. Kiedy wreszcie wszyscy zajęli się swoimi obowiązkami, mógł rozpocząć rozmowę z reżyserem.
- I jak było, Joe? - zapytał, z autentyczną niepewnością, jakby wszystkie pochwały, które przed chwilą usłyszał puścił mimo uszu.
- Świetnie, Michael. Odwaliłeś dziś kawał naprawdę dobrej roboty.
- Nie uważasz, że tancerzom brakuje jeszcze synchronizacji? Co prawda zerkałem tylko kątem oka, ale wydaje mi się, że Tony i Shawn trochę się spóźniają.
- Nie zwróciłem na to uwagi, ale Vincent nie zgłaszał mi żadnych skarg.
- Mimo wszystko zrobię sobie z nimi mały trening przed nagraniami. O której jutro zaczynamy?
- Tak jak dziś. Dziesiąta chyba jest w porządku?
- Jest idealna. Dziękuję, Joe, za wszystko - powiedział, po czym przyjacielsko uścisnął mężczyznę. - - Gdybyś spotkał gdzieś Vincenta, powiedz mu proszę, żeby dał znać chłopakom o jutrzejszej próbie. O 8.00.
- Nie ma sprawy. Trzymaj się, Mike.
Gdy tylko pożegnał reżysera, skierował kroki do swojej prywatnej garderoby, by szybko zmienić ubrania i pospieszyć na spotkanie z młodszą siostrą. Znalazłszy się w środku, mógł stwierdzić, że na pierwszy rzut oka pomieszczenie było puste. Choć był niemal pewien, że nie było w nim nikogo prócz niego samego, czuł się nieswojo. Światła wokół lustra nie paliły się. Kilka wieszaków ze strojami zmieniło swoje położenie jeszcze w trakcie porannych przymiarek. Na stoliku, przy małej, dwuosobowej kanapie stał świeży bukiet frezji, a ich cudowny zapach unosił się w całej garderobie. Obok wazonu, na srebrnej tacce postawiony był dzbanek z sokiem pomarańczowym i dwie wysokie szklanki. Jedna z nich była do połowy napełniona. Gdy podszedł bliżej, zorientował się, iż na jej krawędzi pozostał ślad szminki w kolorze świeżych malin. Nagle poczuł, że całe jego ciało sztywnieje ze strachu, a serce łomocze mu w piersi. Czy to możliwe..? Czy istniał choćby cień szansy na to, by jedna z tych szalonych fanek, które śledziły każdy jego krok, dostała się na plan i do tego pomieszczenia kompletnie niezauważona? Spotykał się już z niejednymi aktami szaleństwa popełnianymi z miłości, jednak tym razem przeraził się nie na żarty. W pobliżu nie było bowiem żadnego z ochroniarzy, ponieważ obstawiali oni wszystkie wejścia do hali. Szybko oceniwszy sytuację, zdecydował się za wszelką cenę odszukać zakochaną włamywaczkę i spróbować spokojnie z nią porozmawiać. W ostateczności ma do czynienia z niewinną dziewczyną, którą kieruje po prostu silne uczucie. Powoli, starając się nie narobić zbytniego hałasu, zbliżył się do wieszaków i dokładnie sprawdził każdy z nich. Gdy skierował swoje kroki ku ostatniemu, usłyszał w łazience odgłos kroków. Nie wierzył własnym oczom, kiedy spostrzegł, że klamka w drzwiach do niej prowadzących zaczyna się opuszczać. Kliknięcie zamka i pojawiła się. Ogromne zaskoczenie sprawiło, że jego usta otworzyły się szeroko.
- Och, nie miałam pojęcia, że już przyszedłeś... Przepraszam za to najście.
- Ta... Tatiana..? - wydukał wciąż spięty, choć zdecydowanie mniej przestraszony. - Co ty tu właściwie robisz?
- Nie mogłam cię dziś złapać, więc pomyślałam, że najprościej będzie poczekać na ciebie tutaj. Nie gniewasz się?
Krótka, biała sukienka mocno opinała jej zgrabne ciało, podkreślając karmelową karnację. Długie, kręcone włosy miała rozpuszczone, a jej nogi w czarnych czółenkach na wysokim obcasie wydawały się sięgać nieba. Michael poczuł, jak z coraz większą trudnością przychodzi mu zwykłe przełykanie śliny. Wyglądała zjawiskowo. Odchrząknął, by zyskać na czasie i powiedział niepewnym głosem:
- Nie... Nie gniewam się. Po prostu nieco zaskoczyła mnie twoja obecność tutaj... W czym mogę ci pomóc?
- Jesteś jakiś oficjalny, nie poznaję cię - oznajmiła, po czym wybuchnęła perlistym śmiechem. Po jego ciele przebiegł przyjemny dreszcz. - Chciałam cię zapytać, czy nie miałbyś jutro ochoty na wspólny obiad?
- Uhm... - był pewien, że nawet ona słyszała, z jakim trudem przychodzi mu myślenie w tym momencie. - Z przyjemnością... A kto do nas dołączy?
- Dołączy? Oczywiście... Popytam, kto będzie miał ochotę. Czyli jesteśmy umówieni?
Kiwnął potakująco głową i ponownie obejrzał ją od góry do dołu. A niech to! Dlaczego ta dziewczyna musiała być tak seksowna?! Przygryzła wargę w subtelnym uśmiechu, po czym lekko dotknęła jego ramienia, kierując kroki w stronę wyjścia.
- W takim razie, do jutra.
Patrzył, jak kręci biodrami, odchodząc. Gdy wreszcie zniknęła za drzwiami garderoby, mocno wypuścił powietrze z płuc. Będzie musiał uważać na tę dziewczynę. Może to nie zakochana fanka, ale zdecydowanie ma asa w rękawie. Kilkukrotnie klepnął się w twarz. Teraz musiał się pospieszyć, bo inaczej na pewno nie zdąży na spotkanie z Janet. I nie tylko...
sobota, 15 sierpnia 2015
Everybody's Somebody's Fool_2
A więc tak wygląda pięć lat wyciętych z życiorysu człowieka... Kilka kartonów podpisanych czarnym markerem, oczekujących w hallu na zabranie przez samochód od przeprowadzek. Jeden nieco przetarty, lecz wciąż nie najgorzej wyglądający fotel. Jeden dywan we florystyczne wzory i jedna lampka nocna, która słyszała rozmowy tak prawdziwe, jak tylko mogły one być, gdy odbywały się nad ranem, nim jeszcze Słońce przebudziło się, by ją zastąpić. Pięć lat i tylko tyle do zabrania? Teddy siedziała na kanapie w pokoju szumnie nazywanym salonem, gdzie po jej fotelu (którego właścicielką była przyjaciółka) pozostało tylko puste, wolne od kurzu miejsce. Ariana kręciła się po mieszkaniu, sprawdzając, czy aby na pewno każdy bibelot został spakowany. Jakby cała ta sytuacja sama w sobie nie była wystarczająco smutna, akurat dziś musiał wypaść ten dzień cyklu, kiedy to dosłownie wszystko jest w stanie doprowadzić kobietę do płaczu. Oddychała miarowo. Obserwując współlokatorkę starała się powstrzymać łzy cisnące się do jej niebieskich oczu z całą mocą. Jak na razie radziła sobie całkiem dobrze... Tylko jak długo wytrzyma tę grę pozorów? Przyjaciółka sprawiała wrażenie zdeterminowanej i skupionej, lecz nawet to nie tłumaczyło jej wyjątkowej małomówności. Zwłaszcza, że przeoczyła brak podkładki pod kubkiem stojącym na stoliku do kawy. Kto jak kto, ale Ariana za żadne skarby świata nie pozwoliłaby na "taki nieporządek" w jej mieszkaniu. Rzecz w tym, że to mieszkanie już dłużej nie należało do niej, jednak ten drobny szczegół nie zgasił nadziei Teddy na to, iż nie ona jedna ciężko przeżywa rozstanie. Drzwi wejściowe skrzypnęły cicho. Ile to razy obie wmawiały sobie, że "jutro" coś z tym zrobią, bo przecież "tak nie można funkcjonować"? Jak widać na załączonym obrazku, przetrwały w ten sposób pół dekady, narzekając jedynie od czasu do czasu
- Już jestem - dobiegł je z hallu nieco zdyszany głos Marcusa.
- Zrobić ci herbaty?
Ari wychyliła się nagle z kuchni, choć można by przysiąc, że jeszcze przed chwilą zbierała kosmetyki z półki w łazience. Jej narzeczony po krótkim namyśle odparł:
- Nie mamy czasu. Samochód firmy przewozowej będzie za kilka minut.
A więc to już. Przyszedł czas, by zakończyć to, co tak pięknie się zaczęło. Jak dzisiaj pamiętała dzień, w którym ta dziewczyna o niepokojąco dojrzałym charakterze i najpiękniejszych, piwnych oczach, jakie kiedykolwiek widziała, przygarnęła ją pod swój dach. Miały wtedy zaledwie osiemnaście i dziewiętnaście lat, a przy tym cały świat u swych stóp. Teddy nie mogła dłużej tego znieść. Zerwała się z kanapy i objęła nieco zaskoczoną, choć nie mniej wzruszoną przyjaciółkę.
- Będę za tobą tęsknić - wyszeptała jej wprost do ucha drżącymi od płaczu wargami.
- Ja za tobą też, mała.
Jeszcze przez chwilę tkwiły w tym pełnym emocji uścisku. Dopiero ciche chrząknięcie przypadkowego widza przerwało piękny moment.
- Kochanie, nie chciałbym przeszkadzać, ale obawiam się, że musimy już iść...
- W porządku - Teddy podeszła do młodego mężczyzny i wyciągnęła rękę w jego kierunku, którą on uścisnął przyjacielsko - Opiekuj się nią, dobrze? To najcudowniejsza istota na ziemi i nie zniosłabym, gdyby ktoś ją skrzywdził.
- Przy mnie nic jej nie grozi. I ty też się trzymaj.
- Zaczekasz na mnie na dole?
Marcus przytaknął i zniknął za drzwiami mieszkania. Zostały same. Była ciekawa, co też Ariana ma jej do powiedzenia, w dodatku w cztery oczy. Postanowiła pozwolić jej zacząć.
- Posłuchaj mnie uważnie, mała. Może i się wyprowadzam, ale to nie oznacza, że przestaję czuć się za ciebie odpowiedzialna - powiedziała, patrząc na nią tymi swoimi piwnymi, lśniącymi od łez oczami. - Więc prowadź się porządnie, bo nie zamierzam kłamać twojej mamie, kiedy do mnie zadzwoni. Poza tym nie rozstajemy się przecież na zawsze, prawda? - dodała z nieco wymuszonym uśmiechem. - Poradzisz sobie. Wierzę w to, bo jesteś silna, może tylko odrobinę roztrzepana... Kocham cię, Theodore Geneviève Higgins. Uważaj na siebie.
- Ja ciebie mocniej, Ari...
Ponownie wpadły sobie w ramiona. Czuła, że moczy łzami bawełniany materiał jej białej koszuli, ale nie dbała o to. Po kilku pociągnięciach nosem i cichych chlipnięciach obie nieco się uspokoiły.
- Widzimy się w poniedziałek w pracy - dodała Ariana z uśmiechem pośród wilgotnych strużek na jej policzkach. - I obiecaj mi, że tym razem zakochasz się z wzajemnością.
- Obiecuję.
Gdyby tylko ta obietnica była tak łatwa do dotrzymania... Teddy machała przyjaciółce, dopóki trzaśnięcie drzwi brutalnie nie rozłączyło dwóch pokrewnych dusz.
- Michael, przecież wiem, że się zakochałeś! Wykrztuś to wreszcie!
- Wcale nie. Nie mam pojęcia, czym mówisz...
Kłamał. Wiedziała o tym zarówno ona, jak i on sam. Odwrócił się od niej, by nie dostrzegła uśmiechu, który pomimo wszystko zagościł na jego twarzy. Śmiały się jednak nie tylko usta. Jego oczy w kolorze głębokiego brązu także emanowały radością, której świat dawno w nich nie widział. Duże dłonie powędrowały ku hebanowym lokom na jego głowie, w rozpaczliwej próbie ich uporządkowania. Mimo prób pojedyncze pasma włosów wymykały się jego palcom, tworząc oprawę dla jego przystojnej twarzy. Zdrowa cera zdawała się pochłaniać drobinki światła i promieniować jeszcze bardziej. Ciemna karnacja w kolorze kawy z mlekiem (z kilkoma jasnymi plamami w okolicy szyi oraz dłoni) sprawiała, że gdy pozostawał w bezruchu, bardziej przypominał idealną rzeźbę, niż żywego człowieka. Kto by pomyślał, że miłość jest w stanie robić z człowiekiem tak niesamowite rzeczy... Najwidoczniej jego przyjaciółka pomyślała o tym samym, bo po chwili milczenia odezwała się słowami:
- Jeśli nie chcesz, nie musisz tego mówić głośno, ale twój wygląd krzyczy to za ciebie, kochanie.
- Mylisz się, Diano.
- Nie chcę się z tobą sprzeczać, choć wczoraj na planie odniosłam zupełnie inne wrażenie. Może tylko miałam przywidzenia?
Młody mężczyzna nie wytrzymał tego droczenia się jego wieloletniej przyjaciółki. Podszedł do niej, objął w ramiona, uniósł nad ziemię i kilkukrotnie zakręcił dookoła. Śmiech kobiety wypełnił przestronny salon.
- Uspokój się, głuptasie! Opuść mnie w tej chwili!
Michael usłuchał, niczym mały chłopiec skarcony przez swoją nauczycielkę. Z tym, że jego twarz rozpromieniał szeroki uśmiech. Wyszczerzył do Diany swoje śnieżnobiałe zęby i czekał.
- Ta dziewczyna zupełnie zawróciła ci w głowie! - roześmiała się ponownie i pobłażliwie pokręciła głową. - Ale jak tak dalej pójdzie, to na pewno się spóźnisz.
- Naprawdę?!
Mocno zbity z tropu spojrzał na duży zegar stojący w kącie. Dochodziła dziesiąta. Za pół godziny powinien już być na planie. Joe Pytka nie przepuści mu długiej pogadanki na temat punktualności. Musiał się spieszyć.
- Diano, mogłabyś mnie podwieźć? - zapytał, a jego głos brzmiał naprawdę rozpaczliwie.
- Oczywiście, kochanie. Zbieraj się.
Wystarczyło mu kilka minut. W czasie, gdy ona pochłonięta była szukaniem kluczyków do samochodu, on odświeżył swój oddech, delikatnie skropił skórę ulubionymi perfumami i podjął kolejną próbę ujarzmienia swoich włosów. Gdy i tym razem mu się nie poddały, zrezygnowany pozostawił je w luźnym węźle na wysokości karku. I już. Był gotowy na spotkanie ze swoją przyszłością.
- Już jestem - dobiegł je z hallu nieco zdyszany głos Marcusa.
- Zrobić ci herbaty?
Ari wychyliła się nagle z kuchni, choć można by przysiąc, że jeszcze przed chwilą zbierała kosmetyki z półki w łazience. Jej narzeczony po krótkim namyśle odparł:
- Nie mamy czasu. Samochód firmy przewozowej będzie za kilka minut.
A więc to już. Przyszedł czas, by zakończyć to, co tak pięknie się zaczęło. Jak dzisiaj pamiętała dzień, w którym ta dziewczyna o niepokojąco dojrzałym charakterze i najpiękniejszych, piwnych oczach, jakie kiedykolwiek widziała, przygarnęła ją pod swój dach. Miały wtedy zaledwie osiemnaście i dziewiętnaście lat, a przy tym cały świat u swych stóp. Teddy nie mogła dłużej tego znieść. Zerwała się z kanapy i objęła nieco zaskoczoną, choć nie mniej wzruszoną przyjaciółkę.
- Będę za tobą tęsknić - wyszeptała jej wprost do ucha drżącymi od płaczu wargami.
- Ja za tobą też, mała.
Jeszcze przez chwilę tkwiły w tym pełnym emocji uścisku. Dopiero ciche chrząknięcie przypadkowego widza przerwało piękny moment.
- Kochanie, nie chciałbym przeszkadzać, ale obawiam się, że musimy już iść...
- W porządku - Teddy podeszła do młodego mężczyzny i wyciągnęła rękę w jego kierunku, którą on uścisnął przyjacielsko - Opiekuj się nią, dobrze? To najcudowniejsza istota na ziemi i nie zniosłabym, gdyby ktoś ją skrzywdził.
- Przy mnie nic jej nie grozi. I ty też się trzymaj.
- Zaczekasz na mnie na dole?
Marcus przytaknął i zniknął za drzwiami mieszkania. Zostały same. Była ciekawa, co też Ariana ma jej do powiedzenia, w dodatku w cztery oczy. Postanowiła pozwolić jej zacząć.
- Posłuchaj mnie uważnie, mała. Może i się wyprowadzam, ale to nie oznacza, że przestaję czuć się za ciebie odpowiedzialna - powiedziała, patrząc na nią tymi swoimi piwnymi, lśniącymi od łez oczami. - Więc prowadź się porządnie, bo nie zamierzam kłamać twojej mamie, kiedy do mnie zadzwoni. Poza tym nie rozstajemy się przecież na zawsze, prawda? - dodała z nieco wymuszonym uśmiechem. - Poradzisz sobie. Wierzę w to, bo jesteś silna, może tylko odrobinę roztrzepana... Kocham cię, Theodore Geneviève Higgins. Uważaj na siebie.
- Ja ciebie mocniej, Ari...
Ponownie wpadły sobie w ramiona. Czuła, że moczy łzami bawełniany materiał jej białej koszuli, ale nie dbała o to. Po kilku pociągnięciach nosem i cichych chlipnięciach obie nieco się uspokoiły.
- Widzimy się w poniedziałek w pracy - dodała Ariana z uśmiechem pośród wilgotnych strużek na jej policzkach. - I obiecaj mi, że tym razem zakochasz się z wzajemnością.
- Obiecuję.
Gdyby tylko ta obietnica była tak łatwa do dotrzymania... Teddy machała przyjaciółce, dopóki trzaśnięcie drzwi brutalnie nie rozłączyło dwóch pokrewnych dusz.
*
- Michael, przecież wiem, że się zakochałeś! Wykrztuś to wreszcie!
- Wcale nie. Nie mam pojęcia, czym mówisz...
Kłamał. Wiedziała o tym zarówno ona, jak i on sam. Odwrócił się od niej, by nie dostrzegła uśmiechu, który pomimo wszystko zagościł na jego twarzy. Śmiały się jednak nie tylko usta. Jego oczy w kolorze głębokiego brązu także emanowały radością, której świat dawno w nich nie widział. Duże dłonie powędrowały ku hebanowym lokom na jego głowie, w rozpaczliwej próbie ich uporządkowania. Mimo prób pojedyncze pasma włosów wymykały się jego palcom, tworząc oprawę dla jego przystojnej twarzy. Zdrowa cera zdawała się pochłaniać drobinki światła i promieniować jeszcze bardziej. Ciemna karnacja w kolorze kawy z mlekiem (z kilkoma jasnymi plamami w okolicy szyi oraz dłoni) sprawiała, że gdy pozostawał w bezruchu, bardziej przypominał idealną rzeźbę, niż żywego człowieka. Kto by pomyślał, że miłość jest w stanie robić z człowiekiem tak niesamowite rzeczy... Najwidoczniej jego przyjaciółka pomyślała o tym samym, bo po chwili milczenia odezwała się słowami:
- Jeśli nie chcesz, nie musisz tego mówić głośno, ale twój wygląd krzyczy to za ciebie, kochanie.
- Mylisz się, Diano.
- Nie chcę się z tobą sprzeczać, choć wczoraj na planie odniosłam zupełnie inne wrażenie. Może tylko miałam przywidzenia?
Młody mężczyzna nie wytrzymał tego droczenia się jego wieloletniej przyjaciółki. Podszedł do niej, objął w ramiona, uniósł nad ziemię i kilkukrotnie zakręcił dookoła. Śmiech kobiety wypełnił przestronny salon.
- Uspokój się, głuptasie! Opuść mnie w tej chwili!
Michael usłuchał, niczym mały chłopiec skarcony przez swoją nauczycielkę. Z tym, że jego twarz rozpromieniał szeroki uśmiech. Wyszczerzył do Diany swoje śnieżnobiałe zęby i czekał.
- Ta dziewczyna zupełnie zawróciła ci w głowie! - roześmiała się ponownie i pobłażliwie pokręciła głową. - Ale jak tak dalej pójdzie, to na pewno się spóźnisz.
- Naprawdę?!
Mocno zbity z tropu spojrzał na duży zegar stojący w kącie. Dochodziła dziesiąta. Za pół godziny powinien już być na planie. Joe Pytka nie przepuści mu długiej pogadanki na temat punktualności. Musiał się spieszyć.
- Diano, mogłabyś mnie podwieźć? - zapytał, a jego głos brzmiał naprawdę rozpaczliwie.
- Oczywiście, kochanie. Zbieraj się.
Wystarczyło mu kilka minut. W czasie, gdy ona pochłonięta była szukaniem kluczyków do samochodu, on odświeżył swój oddech, delikatnie skropił skórę ulubionymi perfumami i podjął kolejną próbę ujarzmienia swoich włosów. Gdy i tym razem mu się nie poddały, zrezygnowany pozostawił je w luźnym węźle na wysokości karku. I już. Był gotowy na spotkanie ze swoją przyszłością.
sobota, 8 sierpnia 2015
Everybody's Somebody's Fool_1
Napisy końcowe po filmie "Karate Kid II" przewijały się przez wielki ekran. Garstka ludzi skupiona wysoko, w środkowym rzędzie leniwie zbierała się do wyjścia. Samotny mężczyzna próbował zawiązać but, pomimo wyraźnego, piwnego brzucha, który nie ułatwiał mu zadania. Dziewczyna założyła swoją nieco przydużą marynarkę i zabrawszy pustą torebkę po popcornie, opuściła salę kinową. Na zewnątrz afisze zachęcały do obejrzenia "Pustynnego Kwiatu", "Star Trek IV", a także filmu dozwolonego od lat 21: "9 i pół tygodnia". Jeden z plakatów w szczególności ją zainteresował. Delikatne kolory, śnieżnobiała cera głównej bohaterki, olśniewająca blond czupryna jej partnera... Film historyczny pod tytułem "Lady Jane" jeszcze przed obejrzeniem skradł jej serce. Już wiedziała, jak spędzi kolejny piątkowy wieczór. Porzucając zainteresowanie nowinkami filmowymi, skierowała wzrok nieco wyżej. Niebo przyobleczone było w bezkształtne, chmurne łachmany o mdłym odcieniu błękitu. Wszechobecna szarówka nie zachęcała do długich spacerów, a żółte taksówki niczym pszczoły krążące od ula do ula rozwoziły najróżniejszych pasażerów. Westchnęła. Choćby to dziś wypadał dzień wypłaty i tak nie mogłaby pozwolić sobie na taki luksus, jak powrót taryfą. Mocniej zacisnęła poły marynarki i ruszyła przed siebie, starając się wyglądać tak nijako i nieinteresująco, jak to tylko było możliwe. Życie na przedmieściach zwalniało. Zegar na jednej z witryn sklepowych wskazywał kwadrans po ósmej, a większość zakładów i prywatnych interesów już dawno została zamknięta. Jedynie bary, speluny cieszące się lepszą lub gorszą sławą po brzegi wypełnione były klientami, których zasada: "Osobom poniżej 21 roku życia oraz nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy" zdawała się zupełnie nie dotyczyć. Unikając kontaktu wzrokowego z szemranym towarzystwem, przemknęła szybko obok, słysząc za sobą obrzydliwy głos wydobywający się z przepłukiwanego od wielu lat alkoholem gardła: "Gdzie tak się spieszysz, laleczko?!". W oka mgnieniu skręciła w zacienioną uliczkę, znikając z oczu potencjalnemu napastnikowi. Starała się przekonać własne serce, by nieco spowolniło bicie, choć z trudem powstrzymywała nawet drżenie dłoni. Czego tak się bała? Przecież to nie pierwszy raz, kiedy jakiś pijak woła za nią na ulicy. Wieczorny spacer po tej dzielnicy również nie był dla niej żadną nowością. Jeszcze tylko kilka przecznic i dotrze do drzwi klatki szeregowca, w którym wynajmuje mieszkanie. Była ciekawa, czy Ariana mocno się na nią wścieknie za te rachunki, których zapomniała zapłacić. W końcu nie pierwszy raz nie spełniła jej prośby, mimo najszczerszych chęci. To nie tak, że była złośliwa. Po prostu dorosłość zupełnie ją przerastała i choć miała na karku już 23 lata, w najmniejszym stopniu nie potrafiła zapanować nad swoim życiem. Dlaczego nie posłuchała matki i nie została w domu, we Francji? Tam w najgorszym razie zostałaby kelnerką, tak jak tutaj. Z tym, że w Stanach Zjednoczonych praca kelnera nie była jeszcze najmroczniejszym z możliwych scenariuszy. Krótki bieg pozwolił jej na szybsze dotarcie do upragnionych drzwi. Pozostawało jedynie pokonanie trzech pięter po schodach i nareszcie będzie mogła spokojnie odetchnąć. Skrzypnięcie uchylanych drzwi prowadzących do piwnic zmusiło ją do ponownego przyspieszenia kroku. Kto wie, co mogło się za nimi czaić... Trzy krótkie dzwonki stanowiły znak, po którym współlokatorki rozpoznawały się bez konieczności otwierania. Po krótkiej chwili niepewnego rozglądania się dookoła, usłyszała kroki dobiegające z wynajmowanego przez nią mieszkania, a następnie głos przyjaciółki:
- To ty, Teddy?
- Tak.
Szczęk dokładnie siedmiu zamków poprzedził otwarcie się niezbyt solidnie wyglądających drzwi. Wyraz twarzy młodej kobiety stojącej w progu nie zapowiadał nic dobrego.
- Coś nie tak, Ari?
- Wejdź. Musimy porozmawiać.
Dziewczyna niepewnie spojrzała na przyjaciółkę, po czym weszła do ich wspólnego mieszkania. Ciepły blask lampy oświetlał wąski przedpokój, którego pokryte boazerią ściany ozdobione były kilkoma zdjęciami w kolorowych ramkach. Chwilę potem obie wkroczyły do skromnie urządzonego, lecz niezwykle przytulnego salonu. Ariana zająwszy miejsce na brązowej kanapie, patrzyła wyczekująco na przyjaciółkę. Zza okien zaciągniętych bordowymi zasłonami dobiegało słabe stukanie. Pojedyncze krople uderzały lekko o blaszany parapet wypełniając tę krótką ciszę, jaka zapanowała w lokalu na trzecim piętrze, pod numerem 58 przy 4347 Bedford Street. Nagle milczenie to przerwało ciche chrząknięcie. Druga z kobiet usiadła na swoim ulubionym fotelu, by wysłuchać tego, co współlokatorka miała jej do powiedzenia.
- Teddy, Marcus znalazł dla nas nowe mieszkanie - powiedziała prosto z mostu, tak jak to miała w zwyczaju.
- Mieszkanie? Przecież to, w którym teraz mieszkamy jest całkiem w porządku. Po co miałybyśmy się przeprowadzać?
- Nie zrozumiałaś mnie... Miałam na myśli mieszkanie dla mnie i Marcusa.
- Och...
23-latka poczuła jak jej twarz zaczyna płonąć ze wstydu. Jej dłoń mimowolnie powędrowała w stronę sięgających za ucho włosów w kolorze mlecznej czekolady. Przeczesała je palcami, wzrokiem omijając postać przyjaciółki, która wpatrywała się w nią z taką troską.
- Wiesz przecież, że planujemy wziąć ślub już za rok. Chyba nie myślałaś, że będziemy do końca życia mieszkać razem?
- Nie... Oczywiście, że nie, ale... Jakby to powiedzieć, trochę mnie zaskoczyłaś. Czy to już pewne?
- Przeprowadzam się za trzy tygodnie.
- Przecież nie dam rady sama płacić czynszu. Nawet teraz nie stać mnie na wiele.
- I właśnie dlatego mam dla ciebie propozycję. W oddziale bankowym, w którym pracuję, szukają kogoś do porządkowania dokumentów. Płacą nie najgorzej i masz możliwość awansu. Co ty na to?
- Uhm... sama nie wiem.
- Nie powinnaś kręcić nosem, mała. Jak się już zastanowisz, to daj mi znać. Tylko nie zwlekaj zbyt długo - powiedziała, po chwili dodając już z dobrotliwym uśmiechem - Masz ochotę, na herbatę?
Zaskoczona tą niespodziewaną zmianą nastroju dziewczyna zdobyła się tylko na nieme kiwnięcie głową. Ariana poklepała ramię przyjaciółki i chwilę potem zniknęła w korytarzu prowadzącym do kuchni. A więc tak teraz będzie wyglądało jej życie? Praca wśród zakurzonych papierów, osiem godzin dziennie... Może kelnerowanie nie było szczytem jej marzeń, jednak dawało poczucie choćby minimalnej swobody. Teddy westchnęła ciężko, po czym kilkukrotnie zamrugała, chcąc pozbyć się łez napływających jej do oczu. To nie by czas na płacz. Koniec pewnej epoki nie był przecież równoznaczny z końcem świata, prawda? Miała taką nadzieję...
- To ty, Teddy?
- Tak.
Szczęk dokładnie siedmiu zamków poprzedził otwarcie się niezbyt solidnie wyglądających drzwi. Wyraz twarzy młodej kobiety stojącej w progu nie zapowiadał nic dobrego.
- Coś nie tak, Ari?
- Wejdź. Musimy porozmawiać.
Dziewczyna niepewnie spojrzała na przyjaciółkę, po czym weszła do ich wspólnego mieszkania. Ciepły blask lampy oświetlał wąski przedpokój, którego pokryte boazerią ściany ozdobione były kilkoma zdjęciami w kolorowych ramkach. Chwilę potem obie wkroczyły do skromnie urządzonego, lecz niezwykle przytulnego salonu. Ariana zająwszy miejsce na brązowej kanapie, patrzyła wyczekująco na przyjaciółkę. Zza okien zaciągniętych bordowymi zasłonami dobiegało słabe stukanie. Pojedyncze krople uderzały lekko o blaszany parapet wypełniając tę krótką ciszę, jaka zapanowała w lokalu na trzecim piętrze, pod numerem 58 przy 4347 Bedford Street. Nagle milczenie to przerwało ciche chrząknięcie. Druga z kobiet usiadła na swoim ulubionym fotelu, by wysłuchać tego, co współlokatorka miała jej do powiedzenia.
- Teddy, Marcus znalazł dla nas nowe mieszkanie - powiedziała prosto z mostu, tak jak to miała w zwyczaju.
- Mieszkanie? Przecież to, w którym teraz mieszkamy jest całkiem w porządku. Po co miałybyśmy się przeprowadzać?
- Nie zrozumiałaś mnie... Miałam na myśli mieszkanie dla mnie i Marcusa.
- Och...
23-latka poczuła jak jej twarz zaczyna płonąć ze wstydu. Jej dłoń mimowolnie powędrowała w stronę sięgających za ucho włosów w kolorze mlecznej czekolady. Przeczesała je palcami, wzrokiem omijając postać przyjaciółki, która wpatrywała się w nią z taką troską.
- Wiesz przecież, że planujemy wziąć ślub już za rok. Chyba nie myślałaś, że będziemy do końca życia mieszkać razem?
- Nie... Oczywiście, że nie, ale... Jakby to powiedzieć, trochę mnie zaskoczyłaś. Czy to już pewne?
- Przeprowadzam się za trzy tygodnie.
- Przecież nie dam rady sama płacić czynszu. Nawet teraz nie stać mnie na wiele.
- I właśnie dlatego mam dla ciebie propozycję. W oddziale bankowym, w którym pracuję, szukają kogoś do porządkowania dokumentów. Płacą nie najgorzej i masz możliwość awansu. Co ty na to?
- Uhm... sama nie wiem.
- Nie powinnaś kręcić nosem, mała. Jak się już zastanowisz, to daj mi znać. Tylko nie zwlekaj zbyt długo - powiedziała, po chwili dodając już z dobrotliwym uśmiechem - Masz ochotę, na herbatę?
Zaskoczona tą niespodziewaną zmianą nastroju dziewczyna zdobyła się tylko na nieme kiwnięcie głową. Ariana poklepała ramię przyjaciółki i chwilę potem zniknęła w korytarzu prowadzącym do kuchni. A więc tak teraz będzie wyglądało jej życie? Praca wśród zakurzonych papierów, osiem godzin dziennie... Może kelnerowanie nie było szczytem jej marzeń, jednak dawało poczucie choćby minimalnej swobody. Teddy westchnęła ciężko, po czym kilkukrotnie zamrugała, chcąc pozbyć się łez napływających jej do oczu. To nie by czas na płacz. Koniec pewnej epoki nie był przecież równoznaczny z końcem świata, prawda? Miała taką nadzieję...
niedziela, 3 maja 2015
This Is It
Wieczność jest bardzo nudna, szczególnie pod koniec.
Woody Allen
Kochani!
Każda przygoda ma swój początek. Moja, związana z pisaniem o Michaelu, zaczęła się przed ponad trzema laty. Dzięki blogom, które prowadziłam, nauczyłam się porządkować moje myśli, a także uważniej przyglądać się otaczającym mnie ludziom. Dzięki Waszym komentarzom i odwiedzinom miałam poczucie, że moja praca nie idzie na marne. Jedynym, czego pragnęłam, było tak naprawdę danie Wam namiastki Michaela, choć nie sądzę, by udało mi się to osiągnąć. Szczerze liczę na to, iż gdy on patrzy na mnie z Góry, nie ma mi za złe tych wszystkich historyjek i scenariuszy, a nawet mam nadzieję, że udało mi się chociaż raz go rozbawić. Jednak wszystko, co się kiedyś zaczęło, musi dobiec końca. Nie inaczej jest z moją blogową przygodą. Przeżyłam tutaj cudowne chwile, zarówno jako autorka opowiadań, jak i osoba, która wcielała się po kolei w każdego z bohaterów. Nie żałuję ani jednego napisanego tutaj słowa, choć daleko im do perfekcji. Miło było przez te trzy lata żyć innym życiem, ale to nie mogło trwać wiecznie. Rozstaję się z bloggerem bez żalu, choć trudno mi powstrzymać wzruszenie związane z zakończeniem pewnej ważnej dla mnie epoki. Chciałabym wierzyć, że swoją pracą udało mi się zainspirować bądź zmotywować choćby jedną osobę, która tu trafiła. Z kwestii technicznych wspomnę tylko, iż blog ten nie zostanie przeze mnie usunięty (chyba, że Blogger zdecyduje inaczej), chociaż nie będę już nic dodawała. Chociaż rozstaję się z blogiem, nie przestaję pisać. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Dziękuję Wam, że chcieliście razem ze mną wędrować po świecie Michaela. Po raz ostatni
Lots of L.O.V.E.
Liberian_Girl
sobota, 18 kwietnia 2015
This Is Not It_32
Kocham Cię bardziej niż wczoraj i mniej niż jutro.
Paulo Coelho Zahir
- Nie mogę się doczekać, kiedy powiemy dzieciakom! - Michael z czułością ujął jej dłonie, a oczy błyszczały mu z radości. - Pomyśl tylko, jak się ucieszą...
- Uhmm... no nie wiem. Jesteś pewien, że powinniśmy powiedzieć im o tym już teraz?
- A ty nie?
Widziała jego twarz, z której niemal natychmiast zniknął uśmiech. Zamrugała kilkukrotnie powiekami, a wspomnienie natychmiast powróciło.
- Michael... nie chciałabym, żebyś mnie źle zrozumiał, ale... Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł - powiedziała i natychmiast pożałowała, patrząc na jego oczy, które przybrały szczenięcy wyraz. - To nie tak... Po prostu, myślę, że dla nich to mógłby być nie mały szok.
- Więc chcesz to przed nimi ukrywać?! - na jego zwykle bladych policzkach wykwitły rumieńce oburzenia.
- Uhm...
- Wiesz co? To nie jest taki zły pomysł - powiedział, a ona natychmiast podniosła na niego zaskoczone spojrzenie. - Bylibyśmy jak Faceci w czerni! To znaczy... Zakochana Para w czerni... Ugh! To chyba nie najszczęśliwszy dobór słów, co? - ukrył twarz w dłoniach, zza których po chwili usłyszała chichot.
Zarówno teraz, jak i wtedy uśmiechnęła się na ten widok, a na wysokości pępka poczuła przyjemnie rozpływające się ciepło. Jeszcze kilka skłonów i była gotowa, z czystym umysłem, na drogę powrotną do hotelu. Trzask. Gałązka przełamała się pod ciężarem czyjejś stopy nie dalej, niż trzy metry od niej. Rozejrzała się w poszukiwaniu kogoś lub czegoś, co mogło wywołać ten dźwięk jednak nie dostrzegła niczego niepokojącego. Zegarek wskazywał 8:30, co oznaczało, że jeśli tylko się pospieszy, zdąży zastać Michaela zaspanego, jedzącego śniadanie w błękitnej pidżamie. Ostatni, głęboki wdech leśnego powietrza, by odświeżyć płuca i ruszyła truchtem po nieośnieżonej ścieżce. Żwir chrzęścił pod jej starymi, białymi schlesingerami, podczas gdy myśli krążyły według przyspieszonego rytmu serca. Czy powinna przyznać się dzieciom do nowego związku? Przecież nie dało się nie zauważyć, że Leah nie pała sympatią do dzieci Jacksona... A gdyby mieli zostać jedną, wielką rodziną? Poza tym, co powie na to Erin? Czy nie pomyśli jak najgorzej o swojej synowej, która ledwie zdążyła pochować męża, a już lata za innymi? Wreszcie, czy to, co jest między nią o Michaelem, ma jakiekolwiek szanse na przetrwanie? Oboje nie są już młodzi. Czy w pewnym wieku wypada jeszcze bawić się w romanse? Usłyszała skrzypienie śniegu tuż obok siebie. Stanęła, a niepokojący dźwięk również umilkł. Przez chwilę wydawało jej się, że dostrzegła błysk stali, jakby ostrza noża, w gęstwinie obsypanej białym puchem. Gdy próbowała jakoś logicznie to wytłumaczyć, dokładnie w miejscu, w który utkwiła wzrok, dało się słyszeć chrząknięcie. Nie zastanawiając się dłużej, puściła się biegiem ścieżką wciąż wspinającą się do góry, w kierunku hotelu. Nie zważała na drobne gałązki, które z zajadłością cięły skórę na jej twarzy. Wcześniej miłe uchu pohukiwania sów, nabrały nagle złowieszczego tonu. Zimny wiatr dął złowrogo, szeleszczeniem igieł i liści rozpraszając spokojną ciszę. Gdy, po tym kilkunastominutowym sprincie, dostrzegła znajomą bramę, dysząc okropnie, rzuciła się do ciężkiej, żeliwnej furtki, by zatrzymać się dopiero przy recepcji. Schludnie ubrana blondynka (o połowę od niej młodsza) popatrzyła na nią z niesmakiem. Jakoś nie była w nastroju, by przejąć się krzywą miną jakiejś wytapetowanej smarkuli. Czym prędzej wpadła do windy i nacisnęła guzik. Winda, jakby na złość, powoli wtoczyła się na ostatnie piętro, gdzie znajdowały się ich pokoje. Rozejrzała się po hallu. Billa nie było pod drzwiami numer 1218, co mogło oznaczać, że Jackson już tam nie ma, albo że zaprosił on swojego ochroniarza na śniadanie. Nie tracąc czasu, wparowała jak burza do przestronnego apartamentu, sprawiając, że łyżki w dłoniach obu mężczyzn zatrzymały się w połowie drogi do ich ust. Zanim zdążył choćby zaprotestować, wpadła w ramiona Michaela i wtuliła w jego pierś naznaczoną czerwonymi bliznami twarz. Dźwięczącą ciszę przerywało od czasu do czasu ciche pociąganie nosem.
- Sarah, co się stało?
- Ktoś... Ktoś był tam... - słowa uwięzły jej w gardle.
- Kto był gdzie? O czym ty mówisz?
- Ktoś... w lesie... On miał nóż...
Bill z Michaelem natychmiast wymienili znaczące spojrzenia, a ciemnoskóry mężczyzna po chwili wyszedł, cichym głosem wydając rozkazy do małej krótkofalówki. Sarah, wciąż starając się powstrzymać drżenie rąk, otarła pojedyncze łzy wierzchem dłoni i spojrzała zaczerwienionymi oczyma na jedyną osobę, przy której czuła się bezpieczna. Przez moment chciała zapytać, dokąd poszedł ochroniarz, jednak jakie to teraz miało znaczenie? Ramiona, w których utonęła, były najbezpieczniejszą przystanią na świecie. Mimo to, ukochany jakby odgadł niezadane pytanie i zwrócił się do niej czułym, spokojnym głosem:
- Nie bój się, kochanie... Złapią go. Już nic ci nie grozi.
Jak za dotknięciem magicznej różdżki, drżenie jej ciała ustąpiło, a ciasny węzeł w brzuchu nagle się rozluźnił. Musnęła jeszcze zimnymi wargami jego policzek i mocniej wtuliła się w jego pierś. Jej oddech powoli wracał do normy. Zanim zdążyła pomyśleć, jak wielkie miała szczęście, sen zawładnął jej duszą.
sobota, 28 marca 2015
This Is Not It_31
Look at me now, I’m falling
Can’t even talk, still stuttering
This ground of mine keeps shaking
[...]
Cause all I wanna be, all I ever wanna be, yeah, yeah
Is somebody to you
- The Vamps ft. Demi Lovato Somebody To You
- Dasz wiarę?! Panna Humble zabrała mi wczoraj wieczorem twoją książkę, bo, uwaga: Nie wstaniesz jutro na śniadanie, moja kochaniutka. Przysięgam, że jeśli jeszcze raz zdrobni choćby jedno słowo, to serio zwymiotuję.
- Daj spokój, nie jest tak źle. A książką się nie przejmuj, jakoś ją wyciągnę z jej czerwonych szponów. Czy do tego czasu masz co czytać?
- Czy ty się słyszysz, Cory? Mówię ci właśnie, że ta cukrowana jędza zabrała mi książkę, za to, że czytałam ją w WOLNYM czasie, a ty wyjeżdżasz z nieprzejmowaniem się?
- Uspokój się. Szkoda nerwów. Poza tym, jeśli nie chcesz, żeby znów coś ci zarekwirowała, naucz się czytać przy małym świetle - mówiąc to, rzucił na łóżko dziewczyny miniaturową latarkę. - Masz. Możesz ją sobie pożyczyć.
Leah obracała w palcach niepozorny przedmiot mający uchronić ją przed kolejnymi niechcianymi odwiedzinami opiekunki, nie zwracając uwagi na wpatrującego się w nią intensywnie chłopaka. Dopiero po chwili zauważyła utkwione w niej zafascynowane spojrzenie szaroniebieskich oczu spod cienkich szkieł okularów.
- Hej! Nie gap się na mnie, jak na zwierzę w klatce.
- Przepraszam.
Tajemniczy uśmiech natychmiast spełzł z jego delikatnej, prawie dziewczęcej twarzy. Starając się zachowywać jak najnormalniej, między palcami obracał długopis, którym przed przyjściem nowej przyjaciółki kreślił z pasją kolejne wersy swojego nowego wiersza. Teraz, gdy pod poduszką tkwił ciasno utkany słowami notatnik, gorączkowo modlił się, by przypadkowo nie wpadł on w ręce dziewczyny. Zmierzwił blond włosy lekko wilgotną dłonią i postanowił, że jedyną rozsądną decyzją będzie opuszczenie sypialni. Przynajmniej do momentu, w którym nie wymyśli czegoś lepszego.
- Jest ktoś u ciebie w pokoju? - zapytał, siląc się na nonszalancję.
- Nie. Małolaty - zaczęła, chociaż Paris i Michaela były od niej zaledwie o rok młodsze - poszły wyrywać Pana Buntownika.
- Kogo?
Leah popatrzyła na chłopaka niczym matka przyglądająca się brzdącowi, którego buzia była umorusana w jedzonym posiłku. Wyglądał na poetę... Cudowne dziecko przypadkowo trafiające do XXI wieku - ery smartonów, komputerów i innych rzeczy, które zamiast rozwijać nasze umiejętności, sprowadzają nas do poziomu jaskiniowców. Współczesny William Shakespear, powiedziałaby mama, chociaż Michael z pewnością przyznałby rację jej córce, według której Cory'emu bliżej było do roztargnionego i pochmurnego Norwida, niż do duszy towarzystwa, jaką bez wątpienia był Anglik.
- Zastanów się trochę. A niby za kim ugania się żeńska część naszej grupy?
Jego gładkie czoło przecięły dwie zmarszczki. Chociaż był niebywale inteligentny, Bóg niewątpliwie poskąpił mu orientacji w subtelnej kwestii zauroczeń i miłości. Leah z żalem przerywała tę kontemplację, nie chcąc tracić już więcej czasu.
- Jamie David Witcher. Coś świta?
- To ten zakolczykowany, tryskający testosteronem chłopak, który swoim wyglądem usilnie próbuje upodobnić się do Micka Jaggera w momencie jego największego haju?
Sypialnia po raz pierwszy tego dnia wypełniła się perlistym śmiechem dziewczyny.
- Poeta z ciebie, ale jak chcesz, to potrafisz nieźle dokopać - przyznała, lekko klepnąwszy go w kolano. - Tak, dokładnie jego miałam na myśli. Paris z Michaelą śledzą każdy jego ruch odkąd tylko się zameldowaliśmy. Przynajmniej mam wolny pokój, więc nie powinnam narzekać.
- Czekaj, czekaj... A czy to nie ten sam chłopak, który tak protekcjonalnie potraktował cię w autokarze?
- Ten sam. Ma szczęście, że znów nie nawinął mi się pod rękę, bo tym razem nie wywinąłby się tak łatwo.
- Jeśli chcesz, mogę z nim porozmawiać, jak mężczyzna z mężczyzną... - zauważył, teatralnie zaciskając dłonie w pięści.
- Kochany jesteś, Cory, ale oboje wiemy, że mógłby cię sprzątnąć z powierzchni ziemi jednym ruchem dłoni. Mimo wszystko dziękuję - powiedziała, składając na jego policzku lekki jak mgiełka pocałunek. - To jak? Idziemy przejść się po ośrodku?
- Ccc.. co? Taaak, jjj... jasne.
Dziewczyna sprawnie zeskoczyła z pojedynczego łóżka i już po chwili zniknęła za drzwiami prowadzącymi na korytarz. Chłopak, wciąż nie za bardzo rozumiejąc to, co przed chwilą miało miejsce, poprawił okulary, które lekko przekrzywiły się na jego piegowatym nosie i nieprzytomnym spojrzeniem omiótł sypialnię. Róg notesu wystawał spod poduszki. Nie mógł go tak zostawić... Wyciągnął podniszczony zeszyt i rozejrzał się w poszukiwaniu lepszego miejsca na kryjówkę.
- Mallett, idziesz?!
Na dźwięk głosu przyjaciółki mimowolnie podskoczył. Przyklęknął przy ciężkiej komodzie i wysunął ostatnią szufladę. Pokryte pajęczynami wnętrze nie odrzucało go, dlatego czym prędzej ukrył notatnik i wybiegł do holu, zamykając za sobą drzwi.
sobota, 21 marca 2015
This Is Not It_30
Kiedy ludzie żyją, kochają. Kiedy umierają, kochają dalej.Jeśli uczucie umiera wraz z człowiekiem nie jest to prawdziwa miłość.
- Lisa See Miłość Peonii
- Carrie Bradshaw Seks w Wielkim Mieście
Okazuje się, że nawet najtwardsze kobiety, miękną w obliczu miłości.
Krzyżowe sklepienie ozdobione barwnymi freskami zamykało się wysoko jak niebo nad jej głową. Stukot obcasów roznosił się echem po całej świątyni, przerywając nieskalaną do tej pory ciszę. Przyklęknęła w jednej z pierwszych ławek pustego kościoła i wbiła wzrok w majestatyczny krzyż z przybitą do niego umęczoną postacią Zbawiciela. Dokładnie widziała grymas twarzy Chrystusa wyrażający nieopisany ból. Namalowane stróżki krwi spływały z ran na dłoniach, głowie, stopach, a także wypływały z przebitego boku. Szara i postrzępiona szmata wisiała żałośnie na Jego biodrach, a cierniowa korona tkwiła wbita w Jego skronie, tuż pod szyderczym napisem INRI. Jezus Nazarejczyk Król Żydowski wznosił oczy ku Ojcu swojemu w Niebie i Jemu poświęcał zarówno swoje życie, jak i ostatnie tchnienie... Lubiła tego typu świątynie. Gdy wchodziła do środka, grube ściany odcinały wnętrze od zgiełku miasta i pozwalały człowiekowi zanurzyć się w zupełnie innej, duchowej rzeczywistości. Zapomniała już, jakie to uczucie zamknąć za sobą cały świat i w spokoju zajrzeć wgłąb siebie. W kościele nie pojawiła się od dnia pogrzebu George'a, w którym przeklinała Boga, przestając tylko w chwilach, gdy łzy dławiły jej słowa. Rana po śmierci ukochanego wciąż pozostała niezabliźniona, a za jej zadanie potrafiła obwiniać tylko Stwórcę. Skoro jest tak potężny, wieczny i wszystkowiedzący, dlaczego zabrał matce jedynego syna, żonie umiłowanego męża, a córkom niezastąpionego ojca? Dlaczego pozwolił, aby przykładny obywatel, patriota i żołnierz z powołania zasnął snem wiecznym, nie dając mu szansy na nawet krótkie pożegnanie? Jej zaciśnięta do bladości pięść uderzyła z imponującą siłą w brzeg ławki. Łzy, kolejno, spływały po jej policzkach, razem z resztkami makijażu, których nie zmyły ich poprzedniczki. Na całe szczęście rumieniec, jaki pojawił się na jej twarzy po niezręcznej rozmowie z Billem, podczas której musiała wyjaśnić, dlaczego nie chce jechać prosto do hotelu i zapewnić, że później wróci sama, całkowicie zniknął. Czerwony płaszczyk nie działał tak dobrze, jakby się tego spodziewała. Tyrolskie miasto Vils okazało się nieco chłodniejsze niż podejrzewała. Dygocząc z zimna złożyła ręce do modlitwy. To, co wydarzyło się w samolocie, w żadnym wypadku nie powinno mieć miejsca. Co z tego, że George nie żył od 9 lat? Nie uważała, by była gotowa na wpuszczenie kogoś nowego do swojego serca i nie podejrzewała, by kiedykolwiek miało to nastąpić. Co by powiedział jej mąż, gdyby dowiedział się, że pokochała kogoś innego? Nerwowo odwróciła głowę, słysząc kroki przemykającej boczną nawą zakonnicy. Wdech i wydech... - przywołała się do porządku, starając się znów pozbierać myśli. Postanowione. Nie dopuści, by ten pocałunek kiedykolwiek się powtórzył. Ani z Michaelem Jacksonem, ani z Ethanem Waltersem, ani z nikim innym.
Daj spokój, Lola... Przecież wiesz dobrze, że nie pragnę niczego, z wyjątkiem szczęścia Twojego i dziewczynek.
Słyszała ten głos wyraźniej, niż kiedykolwiek (chociaż tylko w swojej głowie) i była pewna, co do tożsamości jego właściciela... Tylko George zwracał się do niej per Lola, odwołując się do niezapomnianej króliczki z Kosmicznego meczu, za którą uganiał się sam Bugs. Nazywał ją tak, odkąd się poznali, aż wreszcie ta ksywka przylgnęła do niej na dobre, przynajmniej wśród ich wspólnych znajomych. Potem, po przyjściu na świat dziewczynek, zdarzało mu się nazwać ją tak podczas podawania jej niedzielnego śniadania, czy kiedy zostawali sam na sam. Ten pieszczotliwy zwrot potrafił za każdym razem wywołać na jej twarzy uśmiech i załagodzić nawet największy gniew. Od dziewięciu lat nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze usłyszy to imię.
Skarbie, wiem, że mnie kochasz. Nie musisz mi tego udowadniać, pozostając zgorzkniałą wdową do końca życia.
Trzeba mu przyznać, że nawet w jej głowie nie brakło mu tego uszczypliwego poczucia humoru. Mimo wszystko cudownie było go słyszeć i w pewien sposób czuć jego bliskość. Była pewna, że to nie wyobraźnia płatała jej figla. W końcu klęczała na zimniej posadzce kościoła... Tutaj naprawdę wszystko mogło się wydarzyć.
Rozświetl życie tego gościa swoim światłem, tak jak to zrobiłaś z moim. Uczyń go najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi, bo wiem, że tylko Ty jesteś w stanie tego dokonać, Maleńka.
*
- Wróciłaś już? Wszystko w porządku? Wyglądasz... inaczej. - podsumował Bill, stojący przed pokojem swojego pracodawcy.- Tak. Musiałam trochę odpocząć po podróży, ale już jest ok.
- Mam zawołać Clintona, żeby pokazał ci twój pokój? Twój bagaż jest już w środku.
- Nie, dzięki. Po prostu podaj mi numer, sama trafię. Jest szef? Mam do niego sprawę.
- 1218, czwarty po lewej. Co do MJa, siedzi w środku odkąd przyjechaliśmy i nie wytknął nosa na zewnątrz nawet na obiad. Nie wiesz, co się stało?
- Myślę, że mogę temu zaradzić. Wpuścisz mnie?
- Próbuj. Nie pozwala wejść nikomu, ale może tobie się uda. Powodzenia.
Olbrzym w czarnym garniturze usunął się z drogi, a ona podeszła, wzięła głęboki wdech i zapukała dość głośno. Zza drzwi dobiegł ją cichy, choć stanowczy głos Jacksona:
- Bill, chyba mówiłem ci już, że nie chcę nikogo widzieć.
Niezrażona jego tonem odważyła się nacisnąć klamkę, po czym weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Apartament składał się z kilku pokoju, jednak ten, w którym się znajdowali, spełniał rolę salonu. Mężczyzna siedział na zielonej sofie, kurczowo wtulając się w kremową poduszkę. Panował tam niesamowity chłód, spowodowany otwartym oknem, przez które wpadało do środka mroźne, alpejskie powietrze. Wolała nie myśleć, co się teraz stanie. Podeszła do niego i przyciągając za poły błękitnej koszuli, mocno przylgnęła swoimi do jego ust. Widziała nierozumiejące spojrzenie, które stopniowo rozpływało się pod wpływem tego pocałunku, aż wreszcie kompletnie zniknęło pod przymkniętymi z rozkoszy powiekami. Powoli puściła koszulę i ułożyła obie dłonie na jego piersi, by popatrzeć na jego rozanieloną twarz.
- Przepraszam.
Mówiła to naprawdę szczerze. Marzyła, by to, co wydarzyło się w samolocie, zostało zapomniane i aby dali sobie szansę na jeszcze jeden start. Nie musiała ubierać tego w słowa. Wszystko mieściło się w jej spojrzeniu.
- Obiecaj mi... - zaczął wciąż rozedrganym głosem - że nigdy więcej nie każesz mi o sobie zapomnieć.
- Nigdy... - obiecała, całując go tego dnia po raz trzeci.
niedziela, 8 marca 2015
This Is Not It_29
W zemście i w miłości kobieta jest większym barbarzyńcą niż mężczyzna.
- Fryderyk Nietzsche
- Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci lot publicznymi liniami? - zapytał, opuszczając nieco niżej przeciwsłoneczne okulary tak, aby mogła zobaczyć jego oczy.
- Nie... Jasne, że nie.
Co mogła powiedzieć? Że nigdy w życiu nie leciała ani liniami publicznymi, ani prywatnym samolotem? Wyśmiałby ją, a nie zamierzała dawać mu tej satysfakcji. Szybkim krokiem, niczym piesek za swoim panem, dreptała, kurczowo mnąc w dłoniach rąbek swojego płaszcza. W tym miejscu wypadałoby wspomnieć, iż w słowniku Michaela Jacksona linie publiczne, oznaczały najdroższe miejsca w klasie biznesowej. Skoro było go stać na kupno tak drogich biletów, dlaczego właściwie nie szarpnął się na lot prywatnym odrzutowcem? Jak sam powiedział, bardzo chciał poobserwować ludzi podczas odprawy na lotnisku. Czasami wydawało jej się, że mogłaby go zrozumieć w stu procentach, ale po chwili za pomocą jakiegoś stwierdzenia, bądź bliżej nieokreślonego działania sprawiał, że ponownie uznawała swoją klęskę i godziła się z faktem, iż chyba nigdy w pełni nie pojmie złożoności jego charakteru. Mimo wszystko czas spędzany w jego towarzystwie nie tylko biegł szybko, ale też produktywnie. Ich dyskusje, choć niekiedy pełne uszczypliwości i złośliwych komentarzy, nigdy nie były jałowe. Szczególnie przepadała za tymi momentami ciszy, które zapadały po zabawnym zdaniu wypowiadanym przez jedno z nich, kiedy to po prostu patrzyli na siebie, starając się powstrzymać wzbierający w nich śmiech. W końcu któreś z nich pękało i pokój rozbrzmiewałchichotem obojga.
- Sarah... - poczuła lekkie klepnięcie w ramię. - Twoja kolej.
Co..? Jak długo pozostawała w krainie swoich myśli? Wyglądało na to, że wystarczająco długo, aby przeoczyć przekroczenie bramki przez kilkanaście osób. Pospiesznie wręczyła bilet elegancko ubranej pracownicy lotniska i oglądając się przez ramię na przyjaciela, przekroczyła przejście mające skierować ją na pokład samolotu. Szybki trucht po rozłożonych schodach, uprzemy uśmiech stewardessy i gest dłoni, którą, ubrana w elegancki uniform kobieta, wskazała jej biznes klasę. Jak mogła być na tyle głupia, żeby zakładać te cholerne szpilki?! Obcasy sprawiały, że chwiała się niesamowicie, przypominając raczej cyrkowca na szczudłach. Kiedy był obok niej Michael, niby przypadkiem, prawie niezauważalnie przytrzymywała się go, by utrzymać równowagę, ale teraz musiała radzić sobie sama. Zatrzymała się na wysokości niewielkiego okienka i przyjrzała się sobie dokładniej. Płaszcz w kolorze żurawiny współgrał z czarną spódnicą i prostą koszulą w tym samym kolorze. Kręconym włosom pozwoliła swobodnie opadać na plecy, w duchu modląc się, by nie doszło do załamania pogody. Dopiero teraz pojęła, że niepotrzebnie aż tak się wystroiła. Nie chciała, aby ktokolwiek (a w szczególności Michael) pomyślał, że na czymś zależy jej bardziej, niż powinno. Przynajmniej odpuściła sobie prostowanie włosów... Ponownie obejrzała się za siebie, z nadzieją wyczekując pojawienia się znajomej twarzy w głębi korytarza. Pośród kilku mężczyzn w garniturach o najróżniejszych odcieniach szarości dostrzegła wyraźnie górującego nad nimi Billa rozglądającego się nerwowo. Już zamierzała podnieść rękę, by ułatwić sprawę nieco spanikowanemu ochroniarzowi, jednak tuż przed nią, niczym spod ziemi wyrósł ktoś, kogo tak długo wyczekiwała.
- Mike?
- Tak szybko pokonałaś dystans od bramki do samolotu, że nie zdołaliśmy wcześniej cię dogonić - powiedział, nie kryjąc rozbawienia.
- W takim razie, jeżeli ty mnie znalazłeś, Bill nie może mnie szukać.
- Wychodzi na to, że chyba to mnie stracił z oczu - nie wyglądał na zmartwionego bezradnością przyjaciela. - Bill! Billy!
Musiała być szczera: darł się jak dzieciak. Najwidoczniej jednak wieloletni ochroniarz i przyjaciel Jacksona nie był zaskoczony takim zachowaniem swojego podopiecznego, bo przeprosił kilka białych kołnierzyków i jakimś cudem dopchnął się do Sarah i Michaela. Nareszcie byli już razem i mogli spokojnie zająć zabukowane przez pomocników miejsca.
- Wolisz siedzieć przy oknie? - zapytał, dostrzegając wyraźną bladość jej skóry. - Czy może z brzegu?
- Przy oknie.
Bill usiadł już, dwa rzędy za nimi, zdążywszy zagłębić się w lekturze czasopisma motoryzacyjnego, podczas gdy Sarah bez sił opadła na siedzenie, a jej towarzysz ulokował się tuż obok. Czuła, że kropelki lodowatego potu wstępują jej na czoło, gdy tylko stewardessy rozpoczęły procedurę instruktażową na wypadek sytuacji awaryjnej. Starała się za wszelką cenę wyrównać swój oddech, kiedy silniki zostały uruchomione, a samolot rozpoczął łagodny ślizg po pasie startowym. Zupełnie nieświadomie, zacisnęła rękę na dłoni niczego niepodejrzewającego sąsiada, podczas gdy koła oderwały się od ziemi. Leciała... To niewiarygodne, ale rzeczywiście wznosiła się prosto ku niebu. Co powinno się czuć w takiej sytuacji? Wolność, niezależność, siłę, spokój... Cóż, jednego mogła być pewna. Żadne z tych uczuć nie ogarnęło jej ani na chwilę. Całą siłą woli powstrzymywała dygotanie, lecz nie potrafiła zapanować nad siłą uścisku, w którym wciąż, cierpliwie, tkwiła ręka Michaela.
- Hej! Jeszcze chwila i będzie trzeba amputować mi palce.
- Oj, przepraszam.
- Nic się nie stało - zachichotał, rozcierając zdrętwiałą rękę, którą kobieta nareszcie wypuściła. Od kiedy zdjął ciemny płaszcz i pozostał w błękitnej koszuli, niezapiętej na ostatni guzik, wydawał się bardziej świeży. Srebrny zegarek (nie wyglądający na tani) lśnił na lewym przegubie, a wokół szyi męsko wił się prosty łańcuszek. Gdy tak jej się przyglądał, nie zapomniał obdarzyć jej swoim firmowym, Jacksonowskim uśmiechem, podczas którego w obu policzkach pojawiały się ledwie zauważalne dołeczki. Przymrużył oczy, długimi rzęsami prawie całkowicie przysłaniając ich intensywnie czekoladową barwę.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że się boisz.
- Ja?! Chyba żartujesz! - w jej głowie to zdanie nie zabrzmiało aż tak zaczepnie.
- Spokojnie. Tylko zapytałem... Po prostu nie wyglądasz najlepiej.
- I teraz jeszcze będziesz krytykował mój wygląd? Nie wierzę, że zgodziłam się na ten wyjazd!
- Zlituj się - uśmiechnął się pobłażliwie. - Wyglądasz cudownie, zresztą jak zawsze. Chodziło mi o to, że bardzo zbladłaś. Przyznaj się, to twój pierwszy lot, prawda?
- Nawet jeśli, to co z tego? - odburknęła, skupiając wzrok na pierzastych chmurach, które otoczyły samolot ze wszystkich stron.
Teraz już wszystko jasne... - pomyślał i ponownie uśmiechnął się do siebie. Od tamtej pory zapanowała między nimi powojenna cisza, nie przerwana choćby przez jedno zdanie. Mijały minuty, które przeradzały się w godziny, a każde z nich pozostawało nieuchwytne, zatopione we własnych myślach. Sarah, znużonej strachem, nareszcie udało się zapaść w półsen, z głową opartą o zaciągniętą zasłonkę w kolorze butelkowej zieleni. Jej oddech w końcu się wyrównał, a na twarzy pojawił się senny wyraz zadowolenia, najwyraźniej w wyniku dość przyjemnego snu (jak zdążył zauważyć sam Michael). On natomiast, z notatnikiem po przejściach i dobrze zatemperowanym ołówkiem starał się dopisać tekst do melodii, która od poprzedniego dnia nie chciała wyjść z jego głowy. Grafit zostawiał zamaszyste, pochylone i dla wielu ludzi pewnie trudne do rozczytania litery do chwili, gdy jego siedzenie lekko nie drgnęło. Natychmiast podniósł wzrok, by popatrzeć na stewardessy i przekonać się, o co chodzi. Onieśmielająco perfekcyjne kobiety nie pozwalały sobie nawet na minimum nieprofesjonalizmu, dodając otuchy pasażerom swoimi przyklejonymi do ust uśmiechami. Skoro one nie zachowywały się podejrzanie, znakiem tego wszystko było w najlepszym porządku. Mężczyzna jeszcze raz zerknął na pogrążoną we śnie przyjaciółkę, którą wcześniej zdążył przezornie okryć swoim paltem i ponownie przeniósł wzrok na połowicznie zapisany papier. Udało mu się nakreślić kilka kulfoniastych liter, gdy samolot ponownie zadrżał, tym razem gwałtowniej i z podwójną siłą, rozbudzając nawet Sarah. Błędnym spojrzeniem ogarnęła członków załogi, poruszających się po pokładzie nieco szybciej niż zazwyczaj, a w oczach miała jeden wielki znak zapytania.
- Spokojnie. To tylko małe turbulencje. Nic nadzw...
Zdanie przerwał kolejny silny wstrząs. Szklanki na stolikach białych kołnierzyków brzdęknęły złowrogo, a stewardessy rozpoczęły rozdawanie maseczek tlenowych i poleciły zapiąć pasy bezpieczeństwa. Towarzyszka Michaela natychmiast przytknęła maseczkę do ust i rozpoczęła serię głębokich wdechów, starając się zachować spokój. Teraz nawet on odrobinę się denerwował... Było inaczej niż podczas innych tego typu sytuacji. Załoga wydawała się nie do końca panować nad tym, co działo się w samolocie i na zewnątrz. Kolejny wstrząs zrzucił podręczne bagaże z górnych półek. Jedna ze stewardess leżała na podłodze, cucona przez pozostałe koleżanki. Drżenie pokładu ścięło ją z nóg, a podczas upadku uderzyła głową w poręcz jednego z foteli. To koniec. Teraz już wszystko wymknęło się spod kontroli. Oczy Sarah i Jacksona, naturalnie duże, jeszcze powiększyły się ze strachu.
- Boję się, Michael... - wyszeptała kobieta, między jednym wdechem, a drugim.
- Wszystko będzie w porządku.
Objął ją i przycisnął do siebie ramieniem, wiedząc, że nic więcej nie może teraz zrobić. W myślach gorąco modlił się do Boga o to, by udało im się cało wyjść z tej opresji: Panie, skoro już raz wyrwałeś mnie śmierci, widocznie masz dla mnie kolejną misję. Pozwól mi ją zrealizować... Pozwól nam wrócić do dzieci... Wolną ręką gładził skroń drżącej na całym ciele przyjaciółki, w oczekiwaniu na ciąg dalszy turbulencji. Każde z nich w głębi duszy przeprowadzało teraz rachunek sumienia. Ale przecież to nie mogło się tak skończyć. Jeszcze nie teraz! Wstrząs. Sarah, nie zastanawiając się dłużej, zimnymi ustami przylgnęła do warg Michaela, z których również odpłynęła cała krew. Pocałunek był intensywny, krótki i zawierał wszystko, czego nie dałoby się zawrzeć w słowach. Przez ten ułamek sekundy obraz otoczenia stał się kompletnie niewyraźny. Jednak, choć dobiegł on końca, wciąż tkwili, złączeni lekko, spodziewając się kolejnego, decydującego drżenia...
Mijały sekundy przeradzające się w minuty, a samolot trwał w dziwnym, pozornym spokoju. Stewardessy zabrały się do uprzątania korytarza pomiędzy siedzeniami, a Anderson odskoczyła od wciąż obezwładnionego pocałunkiem mężczyzny, zatrzymując się dopiero, gdy plecami dotknęła zimnego okna. Z głośników usłyszeli komunikat.
- Proszę Państwa, nie ma powodów do niepokoju. Mamy za sobą niegroźne turbulencje, jednak nic nam już nie grozi. Przepraszamy za niedogodności.
- Przepraszam cię... Ja...
- Nie masz za co przepraszać... - powiedział, starając się zakryć dłonią półuśmiech i lekki rumieniec oblewający jego policzki. - To było całkiem miłe.
- Nie. Zapomnij o tym! To się nigdy nie wydarzyło! - wyrzucała z siebie słowa, jak pociski trafiające prosto w jego serce.
- Ale Sarah...
- Nigdy!
Kobieta, kurczowo trzymając w dłoni złotą obrączkę ponownie odwróciła się do okna, odgradzając się od Michaela barierą gęstej ciszy i muru zbudowanego z prostego zapomnij.
- Nie... Jasne, że nie.
Co mogła powiedzieć? Że nigdy w życiu nie leciała ani liniami publicznymi, ani prywatnym samolotem? Wyśmiałby ją, a nie zamierzała dawać mu tej satysfakcji. Szybkim krokiem, niczym piesek za swoim panem, dreptała, kurczowo mnąc w dłoniach rąbek swojego płaszcza. W tym miejscu wypadałoby wspomnieć, iż w słowniku Michaela Jacksona linie publiczne, oznaczały najdroższe miejsca w klasie biznesowej. Skoro było go stać na kupno tak drogich biletów, dlaczego właściwie nie szarpnął się na lot prywatnym odrzutowcem? Jak sam powiedział, bardzo chciał poobserwować ludzi podczas odprawy na lotnisku. Czasami wydawało jej się, że mogłaby go zrozumieć w stu procentach, ale po chwili za pomocą jakiegoś stwierdzenia, bądź bliżej nieokreślonego działania sprawiał, że ponownie uznawała swoją klęskę i godziła się z faktem, iż chyba nigdy w pełni nie pojmie złożoności jego charakteru. Mimo wszystko czas spędzany w jego towarzystwie nie tylko biegł szybko, ale też produktywnie. Ich dyskusje, choć niekiedy pełne uszczypliwości i złośliwych komentarzy, nigdy nie były jałowe. Szczególnie przepadała za tymi momentami ciszy, które zapadały po zabawnym zdaniu wypowiadanym przez jedno z nich, kiedy to po prostu patrzyli na siebie, starając się powstrzymać wzbierający w nich śmiech. W końcu któreś z nich pękało i pokój rozbrzmiewałchichotem obojga.
- Sarah... - poczuła lekkie klepnięcie w ramię. - Twoja kolej.
Co..? Jak długo pozostawała w krainie swoich myśli? Wyglądało na to, że wystarczająco długo, aby przeoczyć przekroczenie bramki przez kilkanaście osób. Pospiesznie wręczyła bilet elegancko ubranej pracownicy lotniska i oglądając się przez ramię na przyjaciela, przekroczyła przejście mające skierować ją na pokład samolotu. Szybki trucht po rozłożonych schodach, uprzemy uśmiech stewardessy i gest dłoni, którą, ubrana w elegancki uniform kobieta, wskazała jej biznes klasę. Jak mogła być na tyle głupia, żeby zakładać te cholerne szpilki?! Obcasy sprawiały, że chwiała się niesamowicie, przypominając raczej cyrkowca na szczudłach. Kiedy był obok niej Michael, niby przypadkiem, prawie niezauważalnie przytrzymywała się go, by utrzymać równowagę, ale teraz musiała radzić sobie sama. Zatrzymała się na wysokości niewielkiego okienka i przyjrzała się sobie dokładniej. Płaszcz w kolorze żurawiny współgrał z czarną spódnicą i prostą koszulą w tym samym kolorze. Kręconym włosom pozwoliła swobodnie opadać na plecy, w duchu modląc się, by nie doszło do załamania pogody. Dopiero teraz pojęła, że niepotrzebnie aż tak się wystroiła. Nie chciała, aby ktokolwiek (a w szczególności Michael) pomyślał, że na czymś zależy jej bardziej, niż powinno. Przynajmniej odpuściła sobie prostowanie włosów... Ponownie obejrzała się za siebie, z nadzieją wyczekując pojawienia się znajomej twarzy w głębi korytarza. Pośród kilku mężczyzn w garniturach o najróżniejszych odcieniach szarości dostrzegła wyraźnie górującego nad nimi Billa rozglądającego się nerwowo. Już zamierzała podnieść rękę, by ułatwić sprawę nieco spanikowanemu ochroniarzowi, jednak tuż przed nią, niczym spod ziemi wyrósł ktoś, kogo tak długo wyczekiwała.
- Mike?
- Tak szybko pokonałaś dystans od bramki do samolotu, że nie zdołaliśmy wcześniej cię dogonić - powiedział, nie kryjąc rozbawienia.
- W takim razie, jeżeli ty mnie znalazłeś, Bill nie może mnie szukać.
- Wychodzi na to, że chyba to mnie stracił z oczu - nie wyglądał na zmartwionego bezradnością przyjaciela. - Bill! Billy!
Musiała być szczera: darł się jak dzieciak. Najwidoczniej jednak wieloletni ochroniarz i przyjaciel Jacksona nie był zaskoczony takim zachowaniem swojego podopiecznego, bo przeprosił kilka białych kołnierzyków i jakimś cudem dopchnął się do Sarah i Michaela. Nareszcie byli już razem i mogli spokojnie zająć zabukowane przez pomocników miejsca.
- Wolisz siedzieć przy oknie? - zapytał, dostrzegając wyraźną bladość jej skóry. - Czy może z brzegu?
- Przy oknie.
Bill usiadł już, dwa rzędy za nimi, zdążywszy zagłębić się w lekturze czasopisma motoryzacyjnego, podczas gdy Sarah bez sił opadła na siedzenie, a jej towarzysz ulokował się tuż obok. Czuła, że kropelki lodowatego potu wstępują jej na czoło, gdy tylko stewardessy rozpoczęły procedurę instruktażową na wypadek sytuacji awaryjnej. Starała się za wszelką cenę wyrównać swój oddech, kiedy silniki zostały uruchomione, a samolot rozpoczął łagodny ślizg po pasie startowym. Zupełnie nieświadomie, zacisnęła rękę na dłoni niczego niepodejrzewającego sąsiada, podczas gdy koła oderwały się od ziemi. Leciała... To niewiarygodne, ale rzeczywiście wznosiła się prosto ku niebu. Co powinno się czuć w takiej sytuacji? Wolność, niezależność, siłę, spokój... Cóż, jednego mogła być pewna. Żadne z tych uczuć nie ogarnęło jej ani na chwilę. Całą siłą woli powstrzymywała dygotanie, lecz nie potrafiła zapanować nad siłą uścisku, w którym wciąż, cierpliwie, tkwiła ręka Michaela.
- Hej! Jeszcze chwila i będzie trzeba amputować mi palce.
- Oj, przepraszam.
- Nic się nie stało - zachichotał, rozcierając zdrętwiałą rękę, którą kobieta nareszcie wypuściła. Od kiedy zdjął ciemny płaszcz i pozostał w błękitnej koszuli, niezapiętej na ostatni guzik, wydawał się bardziej świeży. Srebrny zegarek (nie wyglądający na tani) lśnił na lewym przegubie, a wokół szyi męsko wił się prosty łańcuszek. Gdy tak jej się przyglądał, nie zapomniał obdarzyć jej swoim firmowym, Jacksonowskim uśmiechem, podczas którego w obu policzkach pojawiały się ledwie zauważalne dołeczki. Przymrużył oczy, długimi rzęsami prawie całkowicie przysłaniając ich intensywnie czekoladową barwę.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że się boisz.
- Ja?! Chyba żartujesz! - w jej głowie to zdanie nie zabrzmiało aż tak zaczepnie.
- Spokojnie. Tylko zapytałem... Po prostu nie wyglądasz najlepiej.
- I teraz jeszcze będziesz krytykował mój wygląd? Nie wierzę, że zgodziłam się na ten wyjazd!
- Zlituj się - uśmiechnął się pobłażliwie. - Wyglądasz cudownie, zresztą jak zawsze. Chodziło mi o to, że bardzo zbladłaś. Przyznaj się, to twój pierwszy lot, prawda?
- Nawet jeśli, to co z tego? - odburknęła, skupiając wzrok na pierzastych chmurach, które otoczyły samolot ze wszystkich stron.
Teraz już wszystko jasne... - pomyślał i ponownie uśmiechnął się do siebie. Od tamtej pory zapanowała między nimi powojenna cisza, nie przerwana choćby przez jedno zdanie. Mijały minuty, które przeradzały się w godziny, a każde z nich pozostawało nieuchwytne, zatopione we własnych myślach. Sarah, znużonej strachem, nareszcie udało się zapaść w półsen, z głową opartą o zaciągniętą zasłonkę w kolorze butelkowej zieleni. Jej oddech w końcu się wyrównał, a na twarzy pojawił się senny wyraz zadowolenia, najwyraźniej w wyniku dość przyjemnego snu (jak zdążył zauważyć sam Michael). On natomiast, z notatnikiem po przejściach i dobrze zatemperowanym ołówkiem starał się dopisać tekst do melodii, która od poprzedniego dnia nie chciała wyjść z jego głowy. Grafit zostawiał zamaszyste, pochylone i dla wielu ludzi pewnie trudne do rozczytania litery do chwili, gdy jego siedzenie lekko nie drgnęło. Natychmiast podniósł wzrok, by popatrzeć na stewardessy i przekonać się, o co chodzi. Onieśmielająco perfekcyjne kobiety nie pozwalały sobie nawet na minimum nieprofesjonalizmu, dodając otuchy pasażerom swoimi przyklejonymi do ust uśmiechami. Skoro one nie zachowywały się podejrzanie, znakiem tego wszystko było w najlepszym porządku. Mężczyzna jeszcze raz zerknął na pogrążoną we śnie przyjaciółkę, którą wcześniej zdążył przezornie okryć swoim paltem i ponownie przeniósł wzrok na połowicznie zapisany papier. Udało mu się nakreślić kilka kulfoniastych liter, gdy samolot ponownie zadrżał, tym razem gwałtowniej i z podwójną siłą, rozbudzając nawet Sarah. Błędnym spojrzeniem ogarnęła członków załogi, poruszających się po pokładzie nieco szybciej niż zazwyczaj, a w oczach miała jeden wielki znak zapytania.
- Spokojnie. To tylko małe turbulencje. Nic nadzw...
Zdanie przerwał kolejny silny wstrząs. Szklanki na stolikach białych kołnierzyków brzdęknęły złowrogo, a stewardessy rozpoczęły rozdawanie maseczek tlenowych i poleciły zapiąć pasy bezpieczeństwa. Towarzyszka Michaela natychmiast przytknęła maseczkę do ust i rozpoczęła serię głębokich wdechów, starając się zachować spokój. Teraz nawet on odrobinę się denerwował... Było inaczej niż podczas innych tego typu sytuacji. Załoga wydawała się nie do końca panować nad tym, co działo się w samolocie i na zewnątrz. Kolejny wstrząs zrzucił podręczne bagaże z górnych półek. Jedna ze stewardess leżała na podłodze, cucona przez pozostałe koleżanki. Drżenie pokładu ścięło ją z nóg, a podczas upadku uderzyła głową w poręcz jednego z foteli. To koniec. Teraz już wszystko wymknęło się spod kontroli. Oczy Sarah i Jacksona, naturalnie duże, jeszcze powiększyły się ze strachu.
- Boję się, Michael... - wyszeptała kobieta, między jednym wdechem, a drugim.
- Wszystko będzie w porządku.
Objął ją i przycisnął do siebie ramieniem, wiedząc, że nic więcej nie może teraz zrobić. W myślach gorąco modlił się do Boga o to, by udało im się cało wyjść z tej opresji: Panie, skoro już raz wyrwałeś mnie śmierci, widocznie masz dla mnie kolejną misję. Pozwól mi ją zrealizować... Pozwól nam wrócić do dzieci... Wolną ręką gładził skroń drżącej na całym ciele przyjaciółki, w oczekiwaniu na ciąg dalszy turbulencji. Każde z nich w głębi duszy przeprowadzało teraz rachunek sumienia. Ale przecież to nie mogło się tak skończyć. Jeszcze nie teraz! Wstrząs. Sarah, nie zastanawiając się dłużej, zimnymi ustami przylgnęła do warg Michaela, z których również odpłynęła cała krew. Pocałunek był intensywny, krótki i zawierał wszystko, czego nie dałoby się zawrzeć w słowach. Przez ten ułamek sekundy obraz otoczenia stał się kompletnie niewyraźny. Jednak, choć dobiegł on końca, wciąż tkwili, złączeni lekko, spodziewając się kolejnego, decydującego drżenia...
Mijały sekundy przeradzające się w minuty, a samolot trwał w dziwnym, pozornym spokoju. Stewardessy zabrały się do uprzątania korytarza pomiędzy siedzeniami, a Anderson odskoczyła od wciąż obezwładnionego pocałunkiem mężczyzny, zatrzymując się dopiero, gdy plecami dotknęła zimnego okna. Z głośników usłyszeli komunikat.
- Proszę Państwa, nie ma powodów do niepokoju. Mamy za sobą niegroźne turbulencje, jednak nic nam już nie grozi. Przepraszamy za niedogodności.
- Przepraszam cię... Ja...
- Nie masz za co przepraszać... - powiedział, starając się zakryć dłonią półuśmiech i lekki rumieniec oblewający jego policzki. - To było całkiem miłe.
- Nie. Zapomnij o tym! To się nigdy nie wydarzyło! - wyrzucała z siebie słowa, jak pociski trafiające prosto w jego serce.
- Ale Sarah...
- Nigdy!
Kobieta, kurczowo trzymając w dłoni złotą obrączkę ponownie odwróciła się do okna, odgradzając się od Michaela barierą gęstej ciszy i muru zbudowanego z prostego zapomnij.
sobota, 28 lutego 2015
This Is Not It_28
Część dedykowana Pannie Rudej w ramach przeprosin, bo (musicie mi uwierzyć na słowo) jest za co przepraszać. Miłej lektury
- Pakuj się.
To krótkie zdanie wystarczyło, by oderwała się od czytanej w salonie książki i zwróciła ciemne oczy w kierunku stojącego na progu Michaela. Polarowy koc w kolorze czerwonego wina otulał jej zmarznięte ciało, a gęste loki zostały związane w kok na czubku głowy.
- O czym ty mówisz?
Ubrany w czerwoną pidżamę upstrzoną gwiazdkami, z dziwnym, kolorowym szalikiem owiniętym wokół szyi, patrzył na nią, nie kryjąc rozbawienia. Nie minęły dwa dni, odkąd dzieci opuściły dom, jednak cisza już dawała im się we znaki. Obojgu brakowało gwaru, jaki opanowywał kuchnię i salon, gdy Prince, Blanket, Paris i Leah wracali ze szkoły. Erin znikała na całe dnie, coraz więcej czasu spędzając na zajęciach dla seniorów, na które zapisała ją Sarah. Oprócz stałych pracowników, takich jak ochroniarze i gosposia oraz ogrodnik wpadający raz w tygodniu, dom pozostawał do dyspozycji ich dwojga. Kiedy Jackson akurat godzinami nie przesiadywał w studiu nagraniowym, albo nie wyjeżdżał na spotkania w sprawie rozpoczęcia prac nad nową płytą, często siadywali, tak jak ona teraz, w salonie i uprzyjemniali sobie chwile lekturą książek, których nigdy nie brakowało w jego domowej bibliotece. Tym razem jednak, gdy pojawił się, ubrany niczym dziadek mróz, nie zważając na dodatnią temperaturę panującą w domu, widziała, że tryska energią. Był już wieczór, a ona nie widziała go od rana, kiedy to wspólnie zjedli śniadanie składające się z białkowej jajecznicy i pełnoziarnistych tostów. Co wprawiło go w tak wyśmienity humor? Nie miała pojęcia, ale czuła, że polecenie, które jej wydał, gdy tylko się tu pojawił, ma z tym coś wspólnego.
- Czy chociaż raz nie mogłabyś mi zaufać? - założył za ucho pasmo ciemnych włosów opadających na ramiona kaskadą gęstych loków.
- Tobie? W życiu!
- Ha. Ha. Bardzo zabawne... W porządku. Nie chcesz, to nie słuchaj. Wracam do studia.
Nie wierzyła własnym oczom. Nonszalancko oparty o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersiach, po czym jeszcze chwile jej się przyglądał. Potem, jak obrażony sześciolatek, odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Sarah wydawało się, że najzwyczajniej w świecie to wyobraźnia spłatała jej figla. Jak się okazało, nie tym razem. Kiedy już otrząsnęła się z wrażenia, jakie wywarło na niej dość spektakularne wyjście Michaela, podniosła się z kanapy i pozostawiając swój ciepły kącik, ruszyła na poszukiwania Piotrusia Pana. Idąc korytarzem, polarowy koc cicho szurał po świeżo lakierowanej, drewnianej podłodze, niczym długi tren w średniowiecznych, bogato zdobionych sukniach. Jedną dłonią przytrzymując okrycie, drugą wodziła po szorstkiej powierzchni ściany, pod palcami wyczuwając finezyjne nierówności. W powietrzu wciąż wyczuwało się zapach jaśminowej świeczki, którą zapaliła na krótko po obiedzie, mieszający się z ulotną wonią perfum pana domu. To oznaczało, że szła w dobrym kierunku. Były tylko dwie możliwości, gdzie mógł się ukryć ten dorosły dzieciak: sypialnia lub studio nagraniowe. Jako że za wszelką cenę chciała uniknąć naruszania jego przestrzeni osobistej, postanowiła najpierw sprawdzić kryjówkę bardziej prawdopodobną. Doszła już do miejsca, gdzie korytarz rozwidlał się, prowadząc do garażu i dalszej części domu, gdzie światło, choć zapalone, nie zalewało swoim blaskiem wszystkich zakamarków. Jedna z lamp stojących na staromodnej, elegancko wykonanej komodzie rzucała zniekształcony cień na przeciwległą ścianę tak, że kobieta natychmiast pożałowała ruszania się z kanapy. Bardziej niż całkowitej ciemności nienawidziła tego złowieszczego półmroku, w którym nawet najzwyklejsze przedmioty potrafiły przybrać straszliwe kształty i postaci. Nienawidziła tego odkąd trafiła do tamtego domu... Uspokój się. Już się stamtąd wyrwałaś. Nie musisz tam wracać... - mówiła sobie w duchu, starając doprowadzić się do porządku. Wdech i wydech, trzeba uspokoić szaleńczo bijące w piersi serce. Kilka szybkich kroków i jej dłoń wreszcie wyląduje na klamce drzwi prowadzących do studia nagraniowego. Do dalej... Jeszcze tylko kawałek.
- Buu!
Ktoś wyskoczył z cienia i zimnymi dłońmi złapał ją za ramiona. Zamknęła oczy i osunęła się po ścianie prosto na podłogę, słysząc szaleńczy śmiech żartownisia. Jej oddech, tak uporczywie uspokajany, znów stał się płytki i szybki, a ręce drżały. Miała ochotę udusić go na miejscu, za to, że nie przestawał się śmiać. Za to, że trzymał się za bolący od chichotu brzuch, a łzy radości spływały mu po policzkach. Siedząc na podłodze, wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Zginiesz. Marnie.
- Ale... - próbował się opanować - sama się prosiłaś... No! Tym razem wyszło mi to całkiem nieźle. Żebyś ty widziała swoją minę.
Spróbował odegrać wyraz przerażenia przyjaciółki, jednak kolejny napad śmiechu mu w tym przeszkodził. Kiedy zobaczył, że ta nareszcie zaczyna podnosić się z ziemi, wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Przepraszam, Sarah... Po prostu chciałem cię trochę nastraszyć. To chyba nic złego, prawda?
- Jasne. Radzę ci teraz mieć oczy dookoła głowy, panie Jackson, bo nie wiesz, kiedy nadejdzie słodki czas zemsty - spojrzała na niego, a na jej twarzy ponownie zagościł słaby uśmiech.
- Przekonamy się, do kogo będzie należało ostatnie słowo. Wracając do pakowania się...
- Powiesz mi wreszcie, o co tu chodzi?
Zęby Michaela lśniły w szerokim uśmiechu. Kobieta patrząc na niego, chyba po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest atrakcyjny.Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, gęste, czarne włosy, pełne usta i te oczy... Nie wolno zapominać o srebrnym łańcuszku wiszącym seksownie na szyi. Co prawda, zupełnie nie był w jej typie, jednakże z pewnością mógł się podobać. Dopiero, gdy w jej głowie wysnuł się powyższy wniosek, usłyszała jego głos:
- ... no i wrócilibyśmy przed powrotem dzieci, co ty na to?
- Wrócilibyśmy skąd?
- Czy ty mnie słuchasz? Właśnie ci wszystko powiedziałem.
- Przepraszam, zamyśliłam się...
- Dobrze, powtórzę, ale teraz się skup - powiedział, kładąc jej tę samą, zimną rękę na ramieniu. - Muszę wyjechać na kilka dni do Austrii. Mam tam parę spotkań dotyczących płyty i chciałbym zabrać cię ze sobą, jako szefa kuchni i towarzyszkę podróży. Zanim dzieciaki wróciłyby z ferii, bylibyśmy w domu. Co o tym sądzisz?
- Wiesz... to bardzo miłe z twojej strony, ale nie mogę zostawić Erin samej.
- Już z nią rozmawiałem i powiedziała, że od dawna chciała odwiedzić jakąś swoją koleżankę w okolicy, w której mieszkałyście i nie ma nic przeciwko temu, abyśmy wyjechali.
- Ale... ja nie mogę z tobą jechać. Nie mam tyle pieniędzy.
- Hej, przecież mówiłem, że odegrasz podwójną rolę: dotrzymasz mi towarzystwa i zadbasz o to, żeby nas tam nie potruli. To jak?
- Załatwiłeś już wszystko, a ja nie mam tu nic do gadania. Mylę się?
- To nie tak... - w jednej chwili wyglądał jak chłopiec przyłapany przez matkę na gorącym uczynku. - Chcę, żebyś pojechała.
- W takim razie chyba nie mam wyboru...
- Świetnie!
Ujął w dłonie jej śliczną twarz i ucałował w oba policzki, nie przestając się uśmiechać. Krótki moment czystej euforii, zupełnie jak u dziecka. Kiedy tylko zauważył rumieńce otulające kości policzkowe kobiety, natychmiast się zreflektował.
- Przepraszam, ja... po prostu bardzo się cieszę.
- Jasne, rozumiem... Więc kiedy wyjeżdżamy?
- Nie wspominałem? - spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Och, faktycznie! Jakimś cudem to przeoczyłem. Mamy lot jutro o 10:30.
Liberian_Girl
Ma w sobie coś, czego nie da się opisać słowami.
- John Steinbeck Podróże z Charleyem.
W poszukiwaniu Ameryki
- Pakuj się.
To krótkie zdanie wystarczyło, by oderwała się od czytanej w salonie książki i zwróciła ciemne oczy w kierunku stojącego na progu Michaela. Polarowy koc w kolorze czerwonego wina otulał jej zmarznięte ciało, a gęste loki zostały związane w kok na czubku głowy.
- O czym ty mówisz?
Ubrany w czerwoną pidżamę upstrzoną gwiazdkami, z dziwnym, kolorowym szalikiem owiniętym wokół szyi, patrzył na nią, nie kryjąc rozbawienia. Nie minęły dwa dni, odkąd dzieci opuściły dom, jednak cisza już dawała im się we znaki. Obojgu brakowało gwaru, jaki opanowywał kuchnię i salon, gdy Prince, Blanket, Paris i Leah wracali ze szkoły. Erin znikała na całe dnie, coraz więcej czasu spędzając na zajęciach dla seniorów, na które zapisała ją Sarah. Oprócz stałych pracowników, takich jak ochroniarze i gosposia oraz ogrodnik wpadający raz w tygodniu, dom pozostawał do dyspozycji ich dwojga. Kiedy Jackson akurat godzinami nie przesiadywał w studiu nagraniowym, albo nie wyjeżdżał na spotkania w sprawie rozpoczęcia prac nad nową płytą, często siadywali, tak jak ona teraz, w salonie i uprzyjemniali sobie chwile lekturą książek, których nigdy nie brakowało w jego domowej bibliotece. Tym razem jednak, gdy pojawił się, ubrany niczym dziadek mróz, nie zważając na dodatnią temperaturę panującą w domu, widziała, że tryska energią. Był już wieczór, a ona nie widziała go od rana, kiedy to wspólnie zjedli śniadanie składające się z białkowej jajecznicy i pełnoziarnistych tostów. Co wprawiło go w tak wyśmienity humor? Nie miała pojęcia, ale czuła, że polecenie, które jej wydał, gdy tylko się tu pojawił, ma z tym coś wspólnego.
- Czy chociaż raz nie mogłabyś mi zaufać? - założył za ucho pasmo ciemnych włosów opadających na ramiona kaskadą gęstych loków.
- Tobie? W życiu!
- Ha. Ha. Bardzo zabawne... W porządku. Nie chcesz, to nie słuchaj. Wracam do studia.
Nie wierzyła własnym oczom. Nonszalancko oparty o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersiach, po czym jeszcze chwile jej się przyglądał. Potem, jak obrażony sześciolatek, odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Sarah wydawało się, że najzwyczajniej w świecie to wyobraźnia spłatała jej figla. Jak się okazało, nie tym razem. Kiedy już otrząsnęła się z wrażenia, jakie wywarło na niej dość spektakularne wyjście Michaela, podniosła się z kanapy i pozostawiając swój ciepły kącik, ruszyła na poszukiwania Piotrusia Pana. Idąc korytarzem, polarowy koc cicho szurał po świeżo lakierowanej, drewnianej podłodze, niczym długi tren w średniowiecznych, bogato zdobionych sukniach. Jedną dłonią przytrzymując okrycie, drugą wodziła po szorstkiej powierzchni ściany, pod palcami wyczuwając finezyjne nierówności. W powietrzu wciąż wyczuwało się zapach jaśminowej świeczki, którą zapaliła na krótko po obiedzie, mieszający się z ulotną wonią perfum pana domu. To oznaczało, że szła w dobrym kierunku. Były tylko dwie możliwości, gdzie mógł się ukryć ten dorosły dzieciak: sypialnia lub studio nagraniowe. Jako że za wszelką cenę chciała uniknąć naruszania jego przestrzeni osobistej, postanowiła najpierw sprawdzić kryjówkę bardziej prawdopodobną. Doszła już do miejsca, gdzie korytarz rozwidlał się, prowadząc do garażu i dalszej części domu, gdzie światło, choć zapalone, nie zalewało swoim blaskiem wszystkich zakamarków. Jedna z lamp stojących na staromodnej, elegancko wykonanej komodzie rzucała zniekształcony cień na przeciwległą ścianę tak, że kobieta natychmiast pożałowała ruszania się z kanapy. Bardziej niż całkowitej ciemności nienawidziła tego złowieszczego półmroku, w którym nawet najzwyklejsze przedmioty potrafiły przybrać straszliwe kształty i postaci. Nienawidziła tego odkąd trafiła do tamtego domu... Uspokój się. Już się stamtąd wyrwałaś. Nie musisz tam wracać... - mówiła sobie w duchu, starając doprowadzić się do porządku. Wdech i wydech, trzeba uspokoić szaleńczo bijące w piersi serce. Kilka szybkich kroków i jej dłoń wreszcie wyląduje na klamce drzwi prowadzących do studia nagraniowego. Do dalej... Jeszcze tylko kawałek.
- Buu!
Ktoś wyskoczył z cienia i zimnymi dłońmi złapał ją za ramiona. Zamknęła oczy i osunęła się po ścianie prosto na podłogę, słysząc szaleńczy śmiech żartownisia. Jej oddech, tak uporczywie uspokajany, znów stał się płytki i szybki, a ręce drżały. Miała ochotę udusić go na miejscu, za to, że nie przestawał się śmiać. Za to, że trzymał się za bolący od chichotu brzuch, a łzy radości spływały mu po policzkach. Siedząc na podłodze, wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Zginiesz. Marnie.
- Ale... - próbował się opanować - sama się prosiłaś... No! Tym razem wyszło mi to całkiem nieźle. Żebyś ty widziała swoją minę.
Spróbował odegrać wyraz przerażenia przyjaciółki, jednak kolejny napad śmiechu mu w tym przeszkodził. Kiedy zobaczył, że ta nareszcie zaczyna podnosić się z ziemi, wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Przepraszam, Sarah... Po prostu chciałem cię trochę nastraszyć. To chyba nic złego, prawda?
- Jasne. Radzę ci teraz mieć oczy dookoła głowy, panie Jackson, bo nie wiesz, kiedy nadejdzie słodki czas zemsty - spojrzała na niego, a na jej twarzy ponownie zagościł słaby uśmiech.
- Przekonamy się, do kogo będzie należało ostatnie słowo. Wracając do pakowania się...
- Powiesz mi wreszcie, o co tu chodzi?
Zęby Michaela lśniły w szerokim uśmiechu. Kobieta patrząc na niego, chyba po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest atrakcyjny.Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, gęste, czarne włosy, pełne usta i te oczy... Nie wolno zapominać o srebrnym łańcuszku wiszącym seksownie na szyi. Co prawda, zupełnie nie był w jej typie, jednakże z pewnością mógł się podobać. Dopiero, gdy w jej głowie wysnuł się powyższy wniosek, usłyszała jego głos:
- ... no i wrócilibyśmy przed powrotem dzieci, co ty na to?
- Wrócilibyśmy skąd?
- Czy ty mnie słuchasz? Właśnie ci wszystko powiedziałem.
- Przepraszam, zamyśliłam się...
- Dobrze, powtórzę, ale teraz się skup - powiedział, kładąc jej tę samą, zimną rękę na ramieniu. - Muszę wyjechać na kilka dni do Austrii. Mam tam parę spotkań dotyczących płyty i chciałbym zabrać cię ze sobą, jako szefa kuchni i towarzyszkę podróży. Zanim dzieciaki wróciłyby z ferii, bylibyśmy w domu. Co o tym sądzisz?
- Wiesz... to bardzo miłe z twojej strony, ale nie mogę zostawić Erin samej.
- Już z nią rozmawiałem i powiedziała, że od dawna chciała odwiedzić jakąś swoją koleżankę w okolicy, w której mieszkałyście i nie ma nic przeciwko temu, abyśmy wyjechali.
- Ale... ja nie mogę z tobą jechać. Nie mam tyle pieniędzy.
- Hej, przecież mówiłem, że odegrasz podwójną rolę: dotrzymasz mi towarzystwa i zadbasz o to, żeby nas tam nie potruli. To jak?
- Załatwiłeś już wszystko, a ja nie mam tu nic do gadania. Mylę się?
- To nie tak... - w jednej chwili wyglądał jak chłopiec przyłapany przez matkę na gorącym uczynku. - Chcę, żebyś pojechała.
- W takim razie chyba nie mam wyboru...
- Świetnie!
Ujął w dłonie jej śliczną twarz i ucałował w oba policzki, nie przestając się uśmiechać. Krótki moment czystej euforii, zupełnie jak u dziecka. Kiedy tylko zauważył rumieńce otulające kości policzkowe kobiety, natychmiast się zreflektował.
- Przepraszam, ja... po prostu bardzo się cieszę.
- Jasne, rozumiem... Więc kiedy wyjeżdżamy?
- Nie wspominałem? - spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Och, faktycznie! Jakimś cudem to przeoczyłem. Mamy lot jutro o 10:30.
piątek, 20 lutego 2015
This Is Not It_27
Czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić?
- M. Kundera Nieznośna lekkość bytu
Gwar w autobusie wypełnionym młodzieżą szkolną i dziećmi stanowczo przekraczał dopuszczalny poziom głośności. Dochodziła godzina wyjazdu, a nikt jeszcze nie siedział na swoim miejscu. Połowa młodych podróżników wciąż tkwiła na zewnątrz, czekając, aż ich nazwisko zostanie wyczytane przez starszą opiekunkę - pannę Glorię Humble, kobietę po czterdziestce, o brązowych włosach przeplatanych siwymi pasemkami, których zdawała się nie zauważać. Nazwisko Anderson wymienione zostało na samym początku, dlatego też Leah, zaopatrzona w torbę podróżną wypełnioną smakołykami przygotowanymi przez matkę, już szukała sobie wygodnego miejsca. Troje Jacksonów stało ciągle na zewnątrz, słuchając niekrótkiej pogawędki wychowawczej ojca. Sarah zdążyła przeprowadzić już taką rozmowę z młodszą córką poprzedniego wieczora... Sami wiecie, z tych, podczas których padają zdania: Nie rozmawiaj z obcymi. Pilnuj się grupy. Nie kładź się zbyt późno. Miej swój rozum i nie zgadzaj się na wszystko, co wymyślą koledzy. Żadne z dzieci nie lubiło tych kazań, jednak wliczało je w koszty, jakie musiały zostać przez nie poniesione, by mogły wreszcie wyrwać się na całe trzy tygodnie spod opiekuńczych skrzydeł rodziców. Szesnastolatka, starając się zejść z drogi rozszalałym bliźniakom, którzy bardziej przypominali małpy w zoo, niż dwóch, dziewięcioletnich chłopców, usiadła na jednym z foteli. Nagle, fotel przemówił dość niskim, całkiem przyjemnym głosem niosącym nie całkiem przyjemne przesłanie:
- Hej! Uważaj, jak chodzisz!
- Sorry, ale chyba widzisz, co tu się dzieje.
Zupełnie niespeszona, wstała z kolan nieznajomego i z czułością podniosła książkę, która wcześniej wypadła jej z ręki. Zanim zdążyła się nią nacieszyć, rozparty w fotelu chłopak wyrwał ją z dłoni Leah i uważnie przyjrzał się okładce.
- Oddawaj! - krzyknęła, jednak jej głos rozpłynął się w wszechobecnym rozgardiaszu.
- No no... The Perks of Being a Wallflower. To najgłupsza książka, jaką czytałem, ale ma w sobie coś takiego, że nie można się oderwać, a potem chodzi się, jak struty przez kilka dni. Może chcesz, żebym to ja ci poczytał, co?
- Spieprzaj.
- Nie tak ostro, bo trzeba ci będzie wymyć mydłem te różowe usteczka. Jestem Jamie David Witcher, a ty jak się nazywasz? - zapytał, nonszalancko opierając brodę na zaciśniętej pięści.
- A co to, przesłuchanie? Oddawaj mi książkę.
- Grzeczniej, młoda damo, bo będę musiał być dla ciebie mniej wyrozumiały. Więc jak się nazywasz?
- Leah.
- Nie, nie, skarbie. Poproszę o pełną listę.
- Leah Hope Anderson. A teraz oddasz mi tę książkę?!
- I po co się tak wściekać, panno Leah Hope? Nie wiesz, że złość piękności szkodzi? Łap i znikaj.
Rzucił jej kilkusetstronicową powieść i wyciągnął iPada z plecaka obczepionego przypinkami z miniaturowymi zdjęciami rockowych kapel. Nastolatka rzuciła mu ostatnie, pogardliwe spojrzenie i wróciła na początek autokaru, gdzie jakimś przedziwnym zrządzeniem losu pozostało już tylko jedno wolne miejsce. Nerwowo rozglądała się w poszukiwaniu rodzeństwa Jacksonów, licząc na to, że spędzi podróż w gronie znajomych. Gdzieś na tyle autokaru dostrzegła uniesioną rękę Paris z charakterystyczną, zielono-żółto-czerwoną bransoletką na przegubie. Domyśliła się, że pewnie obok niej znajduje się Michaela, Prince i Blanket ze swoim przyjacielem - Tobym. Nie miała tam czego szukać. Zrezygnowana, opadła na siedzenie obok chłopaka mniej więcej w jej wieku, któremu blond włosy, dodatkowo rozjaśnione słońcem, opadały na twarz, gdy w pełnym skupieniu oddawał się lekturze, nie zauważywszy nawet przybycia nowej towarzyszki podróży. Tak diametralnie różnił się od tamtego okolczykowanego buraka... Dziewczyna, korzystając błogiej nieświadomości nieznajomego, zaczęła mu się przyglądać zza rozłożonej książki. Okulary w czarnych, niezbyt grubych oprawkach, zasłaniały oczy (chyba niebieskie, choć nie była pewna). Drobne, pomarańczowe punkciki rozsypane na policzkach i małym, lekko zadartym nosie, przypominały pyłek wróżki. Długie, smukłe palce przytrzymywały pożółkłe strony zapisane od góry do dołu drobnym, niezbyt wygodnym do czytania, drukiem. Zdawał się nie zauważać odpadających kartek, prowizorycznie przytwierdzonych do całości taśmą klejącą prawdopodobnie przez poprzedniego właściciela. Nastolatka wytężała wzrok, by rozczytać choć fragment, jednak zanim zdążyła rozszyfrować niemal kaligraficzną czcionkę, chłopak podniósł wzrok znad lektury.
- Die Traumdeutung. - odparł z uśmiechem ujarzmionym drutem ortodontycznym.
- Przepraszam?
- Książka - zwrócił się jak do przybysza z innej planety. - Die Traumdeutung, czyli Objaśnienie marzeń sennych Sigmunda Freuda. To już antyk.
- Czytasz Freuda?
- Lubię sobie czasem poanalizować - odpowiedział, jakby analizowanie było zajęciem całkowicie powszechnym wśród ogółu nastolatków. - A ty co tam masz?
- The Perks of Being a Wallflower.
- Aha! Dałaś się złapać na promocję i dziki bum na tę książkę. Stary dobry Charlie i nieśmiertelne być albo nie być. Książka jest niebywale męcząca i nie wnosi do życia nic, oprócz trzydniowego otępienia i dziwnego smutku. Zdecydowanie nie polecam. Ale jeśli chcesz, mogę pożyczyć ci coś swojego..?
Dziewczyna przyglądała mu się z pewną dozą nieufności pomieszanej z upartą ciekawością. Jak łatwo można się było domyślić, drugie z uczuć zwyciężyło.
- Czemu nie... Tak w ogóle, jestem Leah.
- A ja Cory. Miło mi cię poznać, Leah - krótko uścisnął jej dłoń i zanurkował w głębi swojego plecaka. - Co by tu... Jest! Co powiesz na Portet Doriana Graya ? Trochę ciężko się czyta, ale nie jest pusta, jak większość dzisiejszych tak zwanych dzieł literackich.
- Przeczytam z przyjemnością. Dziękuję.
Posłała nowemu znajomemu uśmiech, który świat mógł obejrzeć po raz pierwszy. Był to uśmiech kogoś, kto właśnie znalazł pokrewną duszę, a kto jeszcze nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Otworzyła niegrubą książkę na stronie tytułowej i, zanim autokar ruszył, spojrzała na niepozornego nastolatka. Zupełnie inny... Jej myśli rozpłynęły się w ułamku sekundy, gdy usłyszała dźwięk przychodzącego SMSa. Najpierw pojedynczego... Potem kolejnego... A na koniec jeszcze jednego... Jak się szybko okazało, pierwszy był od Paris:
- Hej! Uważaj, jak chodzisz!
- Sorry, ale chyba widzisz, co tu się dzieje.
Zupełnie niespeszona, wstała z kolan nieznajomego i z czułością podniosła książkę, która wcześniej wypadła jej z ręki. Zanim zdążyła się nią nacieszyć, rozparty w fotelu chłopak wyrwał ją z dłoni Leah i uważnie przyjrzał się okładce.
- Oddawaj! - krzyknęła, jednak jej głos rozpłynął się w wszechobecnym rozgardiaszu.
- No no... The Perks of Being a Wallflower. To najgłupsza książka, jaką czytałem, ale ma w sobie coś takiego, że nie można się oderwać, a potem chodzi się, jak struty przez kilka dni. Może chcesz, żebym to ja ci poczytał, co?
- Spieprzaj.
- Nie tak ostro, bo trzeba ci będzie wymyć mydłem te różowe usteczka. Jestem Jamie David Witcher, a ty jak się nazywasz? - zapytał, nonszalancko opierając brodę na zaciśniętej pięści.
- A co to, przesłuchanie? Oddawaj mi książkę.
- Grzeczniej, młoda damo, bo będę musiał być dla ciebie mniej wyrozumiały. Więc jak się nazywasz?
- Leah.
- Nie, nie, skarbie. Poproszę o pełną listę.
- Leah Hope Anderson. A teraz oddasz mi tę książkę?!
- I po co się tak wściekać, panno Leah Hope? Nie wiesz, że złość piękności szkodzi? Łap i znikaj.
Rzucił jej kilkusetstronicową powieść i wyciągnął iPada z plecaka obczepionego przypinkami z miniaturowymi zdjęciami rockowych kapel. Nastolatka rzuciła mu ostatnie, pogardliwe spojrzenie i wróciła na początek autokaru, gdzie jakimś przedziwnym zrządzeniem losu pozostało już tylko jedno wolne miejsce. Nerwowo rozglądała się w poszukiwaniu rodzeństwa Jacksonów, licząc na to, że spędzi podróż w gronie znajomych. Gdzieś na tyle autokaru dostrzegła uniesioną rękę Paris z charakterystyczną, zielono-żółto-czerwoną bransoletką na przegubie. Domyśliła się, że pewnie obok niej znajduje się Michaela, Prince i Blanket ze swoim przyjacielem - Tobym. Nie miała tam czego szukać. Zrezygnowana, opadła na siedzenie obok chłopaka mniej więcej w jej wieku, któremu blond włosy, dodatkowo rozjaśnione słońcem, opadały na twarz, gdy w pełnym skupieniu oddawał się lekturze, nie zauważywszy nawet przybycia nowej towarzyszki podróży. Tak diametralnie różnił się od tamtego okolczykowanego buraka... Dziewczyna, korzystając błogiej nieświadomości nieznajomego, zaczęła mu się przyglądać zza rozłożonej książki. Okulary w czarnych, niezbyt grubych oprawkach, zasłaniały oczy (chyba niebieskie, choć nie była pewna). Drobne, pomarańczowe punkciki rozsypane na policzkach i małym, lekko zadartym nosie, przypominały pyłek wróżki. Długie, smukłe palce przytrzymywały pożółkłe strony zapisane od góry do dołu drobnym, niezbyt wygodnym do czytania, drukiem. Zdawał się nie zauważać odpadających kartek, prowizorycznie przytwierdzonych do całości taśmą klejącą prawdopodobnie przez poprzedniego właściciela. Nastolatka wytężała wzrok, by rozczytać choć fragment, jednak zanim zdążyła rozszyfrować niemal kaligraficzną czcionkę, chłopak podniósł wzrok znad lektury.
- Die Traumdeutung. - odparł z uśmiechem ujarzmionym drutem ortodontycznym.
- Przepraszam?
- Książka - zwrócił się jak do przybysza z innej planety. - Die Traumdeutung, czyli Objaśnienie marzeń sennych Sigmunda Freuda. To już antyk.
- Czytasz Freuda?
- Lubię sobie czasem poanalizować - odpowiedział, jakby analizowanie było zajęciem całkowicie powszechnym wśród ogółu nastolatków. - A ty co tam masz?
- The Perks of Being a Wallflower.
- Aha! Dałaś się złapać na promocję i dziki bum na tę książkę. Stary dobry Charlie i nieśmiertelne być albo nie być. Książka jest niebywale męcząca i nie wnosi do życia nic, oprócz trzydniowego otępienia i dziwnego smutku. Zdecydowanie nie polecam. Ale jeśli chcesz, mogę pożyczyć ci coś swojego..?
Dziewczyna przyglądała mu się z pewną dozą nieufności pomieszanej z upartą ciekawością. Jak łatwo można się było domyślić, drugie z uczuć zwyciężyło.
- Czemu nie... Tak w ogóle, jestem Leah.
- A ja Cory. Miło mi cię poznać, Leah - krótko uścisnął jej dłoń i zanurkował w głębi swojego plecaka. - Co by tu... Jest! Co powiesz na Portet Doriana Graya ? Trochę ciężko się czyta, ale nie jest pusta, jak większość dzisiejszych tak zwanych dzieł literackich.
- Przeczytam z przyjemnością. Dziękuję.
Posłała nowemu znajomemu uśmiech, który świat mógł obejrzeć po raz pierwszy. Był to uśmiech kogoś, kto właśnie znalazł pokrewną duszę, a kto jeszcze nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Otworzyła niegrubą książkę na stronie tytułowej i, zanim autokar ruszył, spojrzała na niepozornego nastolatka. Zupełnie inny... Jej myśli rozpłynęły się w ułamku sekundy, gdy usłyszała dźwięk przychodzącego SMSa. Najpierw pojedynczego... Potem kolejnego... A na koniec jeszcze jednego... Jak się szybko okazało, pierwszy był od Paris:
Powiedz, że mi się przywidziało! O__o Czy ty przed chwilą gadałaś z TYM WITCHER'EM?!?! Koniecznie musisz opowiedzieć mi wszystko na postoju! xoxo
P.
Pff... Serio? Paris naprawdę podobał się ten zadufany w sobie gnojek? Zresztą, jej sprawa. Od kogo był kolejny SMS? Nacisnęła małą kopertkę wyświetlającą się w prawym dolnym rogu.
Skarbie, uważaj na siebie. Kocham cię.
Mama
Leah uśmiechnęła się do dotykowego ekranu swojego telefonu i odpisała rodzicielce wiadomość o podobnej treści. Kiedy przyszedł czas na otwarcie ostatniej, była prawie pewna, że to ponownie młoda Jackson pisze do niej w sprawie Jamie'ego Witchera. Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy zobaczyła ten krótki tekst:
Życzę Ci dobrej zabawy. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, nie bój się zadzwonić. Niech Bóg Ci błogosławi. Kocham Cię
Doo Doo
Tym razem nie zdołała powstrzymać wzruszenia. Doo Doo... Zwracała się do niego w ten sposób tylko wtedy, gdy zostawali sami, a on opowiadał jej o książkach, podróżach i życiu. Nie wierzyła, że pamiętał także o niej. Pojedyncze łzy potoczyły się po obu jej policzkach, lecz szybko otarła je wierzchem dłoni. Uff... Na szczęście Cory niczego nie zauważył. Jeszcze tego brakowało, by od razu pomyślał, że maże się z byle powodu. Wzięła kilka głębszych oddechów i wróciła do przeczytanej wiadomości. Postanowiła odpisać jedynie krótkie dziękuję. Dlaczego tylko tyle? Czasami tyle wystarczy i była pewna, że Michael zrozumie jak bardzo jest mu wdzięczna. Nie tylko za tego SMSa, ale za wszystko, co ostatnimi czasy wydarzyło się w jej życiu.
piątek, 13 lutego 2015
This Is Not It_26
- Przepraszam - wymamrotał Harry.
Dumbledore pokręcił głową.
- Ciekawość to nie grzech. Ale z ciekawością trzeba uważać... oj, tak...
Noc spowiła już cały śpiący świat swoim czarnym całunem, pozwalając tylko pojedynczym gwiazdom przeniknąć ciemność. Wiatr ze wschodu targał skulonymi ze strachu drzewami, nie pozostawiwszy im nawet chwili wytchnienia. Świerszcze przerwały swój koncert pośród równo skoszonej trawy. Nawet ćmy i świetliki pochowały się, drżąc przed siłą żywiołu. Mimo tej wichury, ani jeden błysk nie rozświetlał pochmurnego nieba, by zwiastować burzę. Mężczyzna, w narzuconym na zieloną piżamę, białym szlafroku, przyglądał się zawierusze przez duże okno w salonie. Był środek nocy, blisko godziny trzeciej, a on przyszedł tu z nadzieją spędzenia kolejnej bezsennej nocy w swojej tarasowej kryjówce, jednak tym razem pogoda postanowiła najzwyczajniej sobie z niego zadrwić. Bezsilny, oparł czoło i koniuszek nosa o szybę, na której już po chwili pojawiła mleczna para. Niewiele myśląc, palcem wskazującym wypisał imię, które dziwnym trafem, jako pierwsze przyszło mu do głowy. Annie. Obok imienia zaraz pojawiło się serduszko. Zatrzymał dłoń, chcąc lepiej przyjrzeć się swojemu dziełu. Gdyby pozostawił je w takim stanie, wyglądałoby niedorzecznie i co najmniej śmiesznie. Szybko dopisał pozostałą część, która miała się tam znaleźć od początku. Omer. Tak, teraz wyglądało to zdecydowanie lepiej. Bez porównania. Nagle jego wyczulony, muzyczny słuch ostrzegł go przed dźwiękiem zbliżających się do salonu kroków. Szybko starł miłosne równanie i bezmyślnie utkwił wzrok w bezmiernej dali, starając się pozostać niezauważonym. Do pokoju, z latarką oświetlającą najbliższe półtora metra, niczym gejsza ze skrępowanymi stopami, małymi kroczkami dreptała zawinięta z kołdrę Sarah. Otwarte szeroko oczy błyszczały jak w gorączce, spierzchnięte usta drżały, z zimna lub pragnienia, a niezdrowe rumieńce rozogniły jej policzki. Przypomniał sobie jak po południu podsłuchał jej rozmowę z Erin (tak,tak... wiedział, że to niezbyt grzeczne, jednak nie mógł się powstrzymać), podczas której zawzięcie upierała się, że czuje się świetnie. Jak widać było na załączonym obrazku, mocno minęła się z prawdą. Nie zwracając uwagi, bądź po prostu przeoczywszy obserwującego ją Michaela, podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej małą, półlitrową butelkę mleka. Minęła chwila. Dźwięk tłuczonego szkła spowodował, że podskoczył ze strachu w swojej kryjówce. Mężczyzna, jednocześnie przerażony tym, że mogłaby się pokaleczyć i wzruszony jej nieporadnością, postanowił wyjść z ukrycia. Zapalił światło, przysporzywszy i jej małego zawału serca, zmusił ją do przymrużenia oczu przed natrętną jasnością. Wprawnym okiem szybko ocenił sytuację: butelka, w jednym kawałku, wciąż tkwiła w jej delikatnej dłoni, a po podłodze nie walały się żadne odłamki.
- Obudziłam cię? Przepraszam... - usłyszał jej zachrypnięty głos.
- Nic się nie stało - mało brakowało, by się roześmiał, czując jednocześnie niewysłowioną ulgę. - Usiądź, pomogę ci.
Odsunął jej krzesło i pozwolił, by, wciąż opatulona kołdrą kobieta, zajęła miejsce przy stole. Zręcznie wyciągnął z górnej szafki niewielki rondelek i wlał do niego całą zawartość cudem ocalałej butelki. Z lodówki wyciągnął kremowe masło i nabrawszy niewielką bryłkę na łyżkę, wrzucił ją do garnka. Wolną od mieszania ręką, sięgnął do szafki, tym razem ulokowanej na dole i spośród wielu różnobarwnych opakowań wybrał to czerwone, zawierające w sobie kilka saszetek ze środkiem przeciw przeziębieniowym i przeciwgorączkowym do rozpuszczenia w ciepłej wodzie. Zmniejszył gaz pod lekko parującym wywarem i zajął się krojeniem dwóch ząbków czosnku w drobną kosteczkę. Zerknąwszy przez ramię na siedzącą nieruchomo Sarah, zobaczył jej bladą rękę wyłaniającą się spod kołdry w poszukiwaniu chusteczek leżących po drugiej strony blatu. Zza pleców dobiegło go ciche pociąganie nosem, a po chwili także przeciągły świst czajnika. Nalał wrzątku do połowy wysokości glinianego kubka, drugą połowę wypełniając zimną wodą. Rozpuścił pachnący cytryną proszek i podał jej kubek. Skrzywiła się niczym mała dziewczynka, niemo wzbraniając się przed zażyciem niezbyt smacznego leku.
- Wypij to. Zbije gorączkę - powiedział Michael autorytatywnym tonem, wciąż z trudem powstrzymując uśmiech.
Wrócił, do przygotowywania cudownej mikstury mającej postawić na nogi jego przyjaciółkę. Przyjaciółkę. Tak właśnie... To co ich łączyło można by chyba nazwać przyjaźnią. Może dopiero co kiełkującą, a jednak... Szczery uśmiech rozjaśnił jego zmęczoną, pięćdziesięcioczteroletnią twarz, która jednak nie zdradzała jeszcze cech charakterystycznych dla tego wieku. Dosypał posiekany czosnek do przyjemnie bulgoczącego wywaru,a po chwili dodał do niego także łyżeczkę zupełnie białego, rzepakowego miodu. Gdy wyglądało na to, że mikstura była gotowa, zdjął rondelek z ognia i przelał jego zawartość do kolejnego, większego niż poprzedni, kubka. Wyłączył kuchenkę indukcyjną, by zająć miejsce vis a vis kobiety, która wciąż odczuwała na języku nieprzyjemny posmak lekarstwa, dając upust swemu niezadowoleniu poprzez ciągłe przygryzanie ust. Mężczyzna zapalił świecę o zapachu jaśminu stojącą na stole i podsunął Sarah kolejny kubek.
- Co to jest? - wycharczała bardziej, niż powiedziała, obrzucając go nieufnym spojrzeniem rozgorączkowanych, lśniących oczu.
- Domowy sposób na walkę z grypą. Do dna!
Jego 'okrzyk' zabrzmiał dość zabawnie, zwłaszcza kiedy został wypowiedziany raczej szeptem. Sarah, szczęśliwa, że przynajmniej zatykanie nosa (z powodu okropnego kataru) mogła sobie odpuścić, zamoczyła wargi w parującym płynie.
- Ałć! Gorące!
- Tylko takie będzie w stanie coś zdziałać. Pij i nie marudź... Gdzieś ty się tak urządziła, co? Pewnie na lotnisku?
- To było trzy dni temu - powiedziała, po czym postanowiła szybko zmienić temat. - Skąd u ciebie takie zdolności kulinarne? Myślałam, że... - jej wywód przerwał nagły napad kaszlu. Gdy tylko się skończył, kontynuowała - że ograniczasz się do naleśników.
- Miałem kiedyś gosposię , która z pochodzenia była Czeszką. Przezabawna kobieta! Katowała nas tym napojem przy okazji każdej grypy i to nie tylko chorych. Wszyscy musieli pić to świństwo"profilaktycznie", jak mówiła. Niby nie brzmi strasznie, ale dzieci były wtedy w takim wieku, że łapały dosłownie wszystko. Przez pół roku nie piłem chyba nic innego. Ale, co by nie mówić, pomagało, chociaż było niezłym wyczynem namówić dzieci, szczególnie Prince'a, na wypicie takiego wywaru.
- Wyobrażam to sobie. Annie też nie lubiła tego typu wynalazków, a chorowała prawie ciągle do jedenastego roku życia. Od tamtego momentu nigdy więcej nie odwiedzałyśmy lekarza, chyba że z powodu szczepień obowiązkowych.
- U nas, kiedy Prince miał siedem, Paris sześć, a Blanket dwa latka, musiałem sprowadzić lekarza na stałe do domu. Jeździł z nami wszędzie, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy jego pomoc okaże się niezbędna.
Popatrzył na swoją towarzyszkę. Jej ciemnobrązowe oczy zmatowiały, dając wyraźny sygnał, że gorączka zaczęła spadać. Przestały targać nią niekontrolowane dreszcze. Cudowny napój Pani Miromily i tym razem okazał się niezawodny.
- Myślisz, że Annie dotarła już na miejsce? - zapytała, powtórnie zmieniając temat.
- Pewnie tak... Chociaż Omer miał zaplanowany przylot na wczorajszy wieczór, a wciąż nie dał znaku życia.
- Przedwczorajszy wieczór - poprawiła go już znacznie pewniejszym głosem. - Jest prawie czwarta nad ranem.
- Faktycznie... Wiesz, może powinienem się o niego martwić, ale mam jakieś dziwne przeczucie, że ostatecznie wcale nie zamierzał wylądować w Argentynie.
- Gdzie w takim razie, twoim zdaniem, się teraz znajduje?
- Niezmiennie, obok twojej córki, w samolocie kierującym się prosto do Afryki.
- Widzę, że nie jestem osamotniona w tym przeczuciu... Myślisz, że oni wiedzą, że my wiemy?
Michael zmarszczył czoło, gorączkowo przetwarzając w głowie jej pytanie. W końcu był środek nocy. Gdy wreszcie zrozumiał, co miała na myśli, jego oblicze ponownie się rozpromieniło.
- Sądząc po tym, jak nieźle się kamuflują, mają chyba nadzieję, że ciągle niczego się nie domyślamy. Kiedy na to wpadłaś?
- Tak naprawdę pewność zyskałam dopiero po wczorajszym telefonie Seana. Chłopak nie brzmiał najlepiej, pytając, czy mógłby podrzucić mi dziś do pracy rzeczy Annie, które u niego zostawiła. Zgodziłam się, bo nie chciałam, żeby przyjeżdżał tutaj i cię niepokoił. Do tej pory głowię się, co też tej mojej pierworodnej odbiło. Przecież Sean to taki fajny chłopak...
- Hej! Omer to też świetny, młody mężczyzna. Nie wiem, o co ci chodzi.
- Przepraszam, źle to zabrzmiało. Miałam na myśli to, że miedzy nimi jest taka duża różnica wieku.
- Kiedy ja brałem ślub z moją pierwszą żoną, było miedzy nami dziesięć lat różnicy. Poza tym, między nami jest osiem lat, a ja i tak uważam, że stanowimy całkiem niezłą parę - nie mógł powstrzymać się od puszczenia jej oczka.
- Panie szefie... Niech pan się tak nie rozpędza.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać. Choroba tylko dodaje ci uroku.
- Dobra, dobra... Jak to się mówi? - podrapała się po głowie. - Aha! Bujać to my, ale nie nas.
Nie mogli powstrzymać śmiechu, który poniósł się echem po całym domu. Gdy tylko zdali sobie z tego sprawę, natychmiast zakryli dłońmi usta i chichotali jak dzieci przyłapane na gorącym uczynku.
- Więc twoim zdaniem to dobrze, że coś jest między nimi?
- Tak sądzę. Sama pomyśl - zwrócił się do niej z dobrotliwym uśmiechem na ustach. - Czy Annie nie była szczęśliwsza, odkąd udawali, że nic ich nie łączy?
- Niby tak, ale...
- Ja mogę z czystym sumieniem przyznać, że dawno nie widziałem Omera tak radosnego. Momentami wydawało mi się, że unosi się tuż nad podłogą, zamiast normalnie chodzić. Kiedy trenowaliśmy, był kompletnie rozkojarzony. Myślę, że wpadł jak śliwka w kompot.
- Jakoś nie wydaje mi się, żeby taka gwałtowna miłość mogła zakończyć się dobrze.
- Bredzisz! - podsumował, choć szybko się zreflektował, widząc jej obruszenie. - To znaczy... Nie uwierzę, że twój mąż nie zwariował na twoim punkcie w mniej niż dziesięć sekund od kiedy cię zobaczył.
- No to chyba jednak będziesz musiał... George i ja to zupełnie inna sprawa. Ale to nie czas na takie historie. Lepiej już się położę. Dziękuję, że się mną zająłeś i za tę rozmowę.
- Sarah, przepraszam, jeśli cię zasmuciłem wspominając o twoim mężu. Naprawdę nie...
- To nic takiego. Po prostu nie chcę o tym rozmawiać. Dobrej nocy.
Wyszła, wciąż owinięta w koc, z oczami szklącymi się nie od gorączki, ale od gorzkich łez.
Dumbledore pokręcił głową.
- Ciekawość to nie grzech. Ale z ciekawością trzeba uważać... oj, tak...
- Joanne K. Rowling Harry Potter i Czara Ognia
Noc spowiła już cały śpiący świat swoim czarnym całunem, pozwalając tylko pojedynczym gwiazdom przeniknąć ciemność. Wiatr ze wschodu targał skulonymi ze strachu drzewami, nie pozostawiwszy im nawet chwili wytchnienia. Świerszcze przerwały swój koncert pośród równo skoszonej trawy. Nawet ćmy i świetliki pochowały się, drżąc przed siłą żywiołu. Mimo tej wichury, ani jeden błysk nie rozświetlał pochmurnego nieba, by zwiastować burzę. Mężczyzna, w narzuconym na zieloną piżamę, białym szlafroku, przyglądał się zawierusze przez duże okno w salonie. Był środek nocy, blisko godziny trzeciej, a on przyszedł tu z nadzieją spędzenia kolejnej bezsennej nocy w swojej tarasowej kryjówce, jednak tym razem pogoda postanowiła najzwyczajniej sobie z niego zadrwić. Bezsilny, oparł czoło i koniuszek nosa o szybę, na której już po chwili pojawiła mleczna para. Niewiele myśląc, palcem wskazującym wypisał imię, które dziwnym trafem, jako pierwsze przyszło mu do głowy. Annie. Obok imienia zaraz pojawiło się serduszko. Zatrzymał dłoń, chcąc lepiej przyjrzeć się swojemu dziełu. Gdyby pozostawił je w takim stanie, wyglądałoby niedorzecznie i co najmniej śmiesznie. Szybko dopisał pozostałą część, która miała się tam znaleźć od początku. Omer. Tak, teraz wyglądało to zdecydowanie lepiej. Bez porównania. Nagle jego wyczulony, muzyczny słuch ostrzegł go przed dźwiękiem zbliżających się do salonu kroków. Szybko starł miłosne równanie i bezmyślnie utkwił wzrok w bezmiernej dali, starając się pozostać niezauważonym. Do pokoju, z latarką oświetlającą najbliższe półtora metra, niczym gejsza ze skrępowanymi stopami, małymi kroczkami dreptała zawinięta z kołdrę Sarah. Otwarte szeroko oczy błyszczały jak w gorączce, spierzchnięte usta drżały, z zimna lub pragnienia, a niezdrowe rumieńce rozogniły jej policzki. Przypomniał sobie jak po południu podsłuchał jej rozmowę z Erin (tak,tak... wiedział, że to niezbyt grzeczne, jednak nie mógł się powstrzymać), podczas której zawzięcie upierała się, że czuje się świetnie. Jak widać było na załączonym obrazku, mocno minęła się z prawdą. Nie zwracając uwagi, bądź po prostu przeoczywszy obserwującego ją Michaela, podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej małą, półlitrową butelkę mleka. Minęła chwila. Dźwięk tłuczonego szkła spowodował, że podskoczył ze strachu w swojej kryjówce. Mężczyzna, jednocześnie przerażony tym, że mogłaby się pokaleczyć i wzruszony jej nieporadnością, postanowił wyjść z ukrycia. Zapalił światło, przysporzywszy i jej małego zawału serca, zmusił ją do przymrużenia oczu przed natrętną jasnością. Wprawnym okiem szybko ocenił sytuację: butelka, w jednym kawałku, wciąż tkwiła w jej delikatnej dłoni, a po podłodze nie walały się żadne odłamki.
- Obudziłam cię? Przepraszam... - usłyszał jej zachrypnięty głos.
- Nic się nie stało - mało brakowało, by się roześmiał, czując jednocześnie niewysłowioną ulgę. - Usiądź, pomogę ci.
Odsunął jej krzesło i pozwolił, by, wciąż opatulona kołdrą kobieta, zajęła miejsce przy stole. Zręcznie wyciągnął z górnej szafki niewielki rondelek i wlał do niego całą zawartość cudem ocalałej butelki. Z lodówki wyciągnął kremowe masło i nabrawszy niewielką bryłkę na łyżkę, wrzucił ją do garnka. Wolną od mieszania ręką, sięgnął do szafki, tym razem ulokowanej na dole i spośród wielu różnobarwnych opakowań wybrał to czerwone, zawierające w sobie kilka saszetek ze środkiem przeciw przeziębieniowym i przeciwgorączkowym do rozpuszczenia w ciepłej wodzie. Zmniejszył gaz pod lekko parującym wywarem i zajął się krojeniem dwóch ząbków czosnku w drobną kosteczkę. Zerknąwszy przez ramię na siedzącą nieruchomo Sarah, zobaczył jej bladą rękę wyłaniającą się spod kołdry w poszukiwaniu chusteczek leżących po drugiej strony blatu. Zza pleców dobiegło go ciche pociąganie nosem, a po chwili także przeciągły świst czajnika. Nalał wrzątku do połowy wysokości glinianego kubka, drugą połowę wypełniając zimną wodą. Rozpuścił pachnący cytryną proszek i podał jej kubek. Skrzywiła się niczym mała dziewczynka, niemo wzbraniając się przed zażyciem niezbyt smacznego leku.
- Wypij to. Zbije gorączkę - powiedział Michael autorytatywnym tonem, wciąż z trudem powstrzymując uśmiech.
Wrócił, do przygotowywania cudownej mikstury mającej postawić na nogi jego przyjaciółkę. Przyjaciółkę. Tak właśnie... To co ich łączyło można by chyba nazwać przyjaźnią. Może dopiero co kiełkującą, a jednak... Szczery uśmiech rozjaśnił jego zmęczoną, pięćdziesięcioczteroletnią twarz, która jednak nie zdradzała jeszcze cech charakterystycznych dla tego wieku. Dosypał posiekany czosnek do przyjemnie bulgoczącego wywaru,a po chwili dodał do niego także łyżeczkę zupełnie białego, rzepakowego miodu. Gdy wyglądało na to, że mikstura była gotowa, zdjął rondelek z ognia i przelał jego zawartość do kolejnego, większego niż poprzedni, kubka. Wyłączył kuchenkę indukcyjną, by zająć miejsce vis a vis kobiety, która wciąż odczuwała na języku nieprzyjemny posmak lekarstwa, dając upust swemu niezadowoleniu poprzez ciągłe przygryzanie ust. Mężczyzna zapalił świecę o zapachu jaśminu stojącą na stole i podsunął Sarah kolejny kubek.
- Co to jest? - wycharczała bardziej, niż powiedziała, obrzucając go nieufnym spojrzeniem rozgorączkowanych, lśniących oczu.
- Domowy sposób na walkę z grypą. Do dna!
Jego 'okrzyk' zabrzmiał dość zabawnie, zwłaszcza kiedy został wypowiedziany raczej szeptem. Sarah, szczęśliwa, że przynajmniej zatykanie nosa (z powodu okropnego kataru) mogła sobie odpuścić, zamoczyła wargi w parującym płynie.
- Ałć! Gorące!
- Tylko takie będzie w stanie coś zdziałać. Pij i nie marudź... Gdzieś ty się tak urządziła, co? Pewnie na lotnisku?
- To było trzy dni temu - powiedziała, po czym postanowiła szybko zmienić temat. - Skąd u ciebie takie zdolności kulinarne? Myślałam, że... - jej wywód przerwał nagły napad kaszlu. Gdy tylko się skończył, kontynuowała - że ograniczasz się do naleśników.
- Miałem kiedyś gosposię , która z pochodzenia była Czeszką. Przezabawna kobieta! Katowała nas tym napojem przy okazji każdej grypy i to nie tylko chorych. Wszyscy musieli pić to świństwo"profilaktycznie", jak mówiła. Niby nie brzmi strasznie, ale dzieci były wtedy w takim wieku, że łapały dosłownie wszystko. Przez pół roku nie piłem chyba nic innego. Ale, co by nie mówić, pomagało, chociaż było niezłym wyczynem namówić dzieci, szczególnie Prince'a, na wypicie takiego wywaru.
- Wyobrażam to sobie. Annie też nie lubiła tego typu wynalazków, a chorowała prawie ciągle do jedenastego roku życia. Od tamtego momentu nigdy więcej nie odwiedzałyśmy lekarza, chyba że z powodu szczepień obowiązkowych.
- U nas, kiedy Prince miał siedem, Paris sześć, a Blanket dwa latka, musiałem sprowadzić lekarza na stałe do domu. Jeździł z nami wszędzie, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy jego pomoc okaże się niezbędna.
Popatrzył na swoją towarzyszkę. Jej ciemnobrązowe oczy zmatowiały, dając wyraźny sygnał, że gorączka zaczęła spadać. Przestały targać nią niekontrolowane dreszcze. Cudowny napój Pani Miromily i tym razem okazał się niezawodny.
- Myślisz, że Annie dotarła już na miejsce? - zapytała, powtórnie zmieniając temat.
- Pewnie tak... Chociaż Omer miał zaplanowany przylot na wczorajszy wieczór, a wciąż nie dał znaku życia.
- Przedwczorajszy wieczór - poprawiła go już znacznie pewniejszym głosem. - Jest prawie czwarta nad ranem.
- Faktycznie... Wiesz, może powinienem się o niego martwić, ale mam jakieś dziwne przeczucie, że ostatecznie wcale nie zamierzał wylądować w Argentynie.
- Gdzie w takim razie, twoim zdaniem, się teraz znajduje?
- Niezmiennie, obok twojej córki, w samolocie kierującym się prosto do Afryki.
- Widzę, że nie jestem osamotniona w tym przeczuciu... Myślisz, że oni wiedzą, że my wiemy?
Michael zmarszczył czoło, gorączkowo przetwarzając w głowie jej pytanie. W końcu był środek nocy. Gdy wreszcie zrozumiał, co miała na myśli, jego oblicze ponownie się rozpromieniło.
- Sądząc po tym, jak nieźle się kamuflują, mają chyba nadzieję, że ciągle niczego się nie domyślamy. Kiedy na to wpadłaś?
- Tak naprawdę pewność zyskałam dopiero po wczorajszym telefonie Seana. Chłopak nie brzmiał najlepiej, pytając, czy mógłby podrzucić mi dziś do pracy rzeczy Annie, które u niego zostawiła. Zgodziłam się, bo nie chciałam, żeby przyjeżdżał tutaj i cię niepokoił. Do tej pory głowię się, co też tej mojej pierworodnej odbiło. Przecież Sean to taki fajny chłopak...
- Hej! Omer to też świetny, młody mężczyzna. Nie wiem, o co ci chodzi.
- Przepraszam, źle to zabrzmiało. Miałam na myśli to, że miedzy nimi jest taka duża różnica wieku.
- Kiedy ja brałem ślub z moją pierwszą żoną, było miedzy nami dziesięć lat różnicy. Poza tym, między nami jest osiem lat, a ja i tak uważam, że stanowimy całkiem niezłą parę - nie mógł powstrzymać się od puszczenia jej oczka.
- Panie szefie... Niech pan się tak nie rozpędza.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać. Choroba tylko dodaje ci uroku.
- Dobra, dobra... Jak to się mówi? - podrapała się po głowie. - Aha! Bujać to my, ale nie nas.
Nie mogli powstrzymać śmiechu, który poniósł się echem po całym domu. Gdy tylko zdali sobie z tego sprawę, natychmiast zakryli dłońmi usta i chichotali jak dzieci przyłapane na gorącym uczynku.
- Więc twoim zdaniem to dobrze, że coś jest między nimi?
- Tak sądzę. Sama pomyśl - zwrócił się do niej z dobrotliwym uśmiechem na ustach. - Czy Annie nie była szczęśliwsza, odkąd udawali, że nic ich nie łączy?
- Niby tak, ale...
- Ja mogę z czystym sumieniem przyznać, że dawno nie widziałem Omera tak radosnego. Momentami wydawało mi się, że unosi się tuż nad podłogą, zamiast normalnie chodzić. Kiedy trenowaliśmy, był kompletnie rozkojarzony. Myślę, że wpadł jak śliwka w kompot.
- Jakoś nie wydaje mi się, żeby taka gwałtowna miłość mogła zakończyć się dobrze.
- Bredzisz! - podsumował, choć szybko się zreflektował, widząc jej obruszenie. - To znaczy... Nie uwierzę, że twój mąż nie zwariował na twoim punkcie w mniej niż dziesięć sekund od kiedy cię zobaczył.
- No to chyba jednak będziesz musiał... George i ja to zupełnie inna sprawa. Ale to nie czas na takie historie. Lepiej już się położę. Dziękuję, że się mną zająłeś i za tę rozmowę.
- Sarah, przepraszam, jeśli cię zasmuciłem wspominając o twoim mężu. Naprawdę nie...
- To nic takiego. Po prostu nie chcę o tym rozmawiać. Dobrej nocy.
Wyszła, wciąż owinięta w koc, z oczami szklącymi się nie od gorączki, ale od gorzkich łez.
piątek, 30 stycznia 2015
This Is Not It_25
Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić.
- Harlan Coben Nie mów nikomu
Kompletnie nie wierzyła w to, że siedziała właśnie w wygodnym fotelu samolotowym, obok jednej z najważniejszych osób w jej życiu. Jakimś cudem udało jej się przetrwać burzę, która rozpętała się tuż po jej powrocie do domu. Dzięki Bogu, wybiła Omerowi z głowy pomysł, o pojawieniu się w salonie razem z nią, dzięki czemu wzbudziliby jeszcze większe podejrzenia domowników. Niestety, wiązało się to z tym, iż musiała samodzielnie stawić czoła gniewowi matki, co przy temperamencie rodzicielki nie wydawało się takie proste. Nie wiedzieć czemu, gdy tylko przeszła przez główne drzwi, zobaczyła Sarah wachlującą się dokładnie tym samym plikiem papierów, który w tamtej chwili powinien leżeć sobie spokojnie w jej sypialni. Świetnie pamiętała, jak drobne kropelki potu wstąpiły jej na czoło, a głos uwiązł w gardle. Matka, kiedy tylko ją zobaczyła, zerwała się z fotela i stając tuż przed nią, rozpoczęła reprymendę, nie oszczędzając przy tym swojego gardła. Jak długo zamierzałaś trzymać to w tajemnicy?! Chcesz zostawić babcię i siostrę na pół roku?! Czy w ogóle pomyślałaś o tym, jak ty tam przeżyjesz?! Niech ci się nie wydaje, że pozwolę ci gdziekolwiek wyjechać, moja droga! Po moim trupie! Pojawiło się jeszcze parę zdań wygłoszonych w podobnym tonie, zanim zdołała nieśmiało przerwać swojej rodzicielce. Kiedy wreszcie mogła zacząć się tłumaczyć, do środka wparowało rodzeństwo Jacksonów, uważnie przyglądając się wszystkim zebranym. Z ich perspektywy musiało to wyglądać naprawdę ciekawie: Leah, zaczytana w grubym tomiszczu, starsza z dziewcząt, stojąca ze spuszczoną głową, niczym mała dziewczynka, Sarah, czerwona od gniewu lecz milcząca i wreszcie ich ojciec, z rozbawieniem przyglądający się całej tej sytuacji. Jednak, zamiast okazać w jakikolwiek sposób swoje zaskoczenie, każde z nich podeszło do Michaela i otrzymało od niego powitalny pocałunek w czoło. Przez krótką chwilę w głowie Annie pojawiło się pytanie: jak wiele skrajnie nietypowych sytuacji musiały widzieć te dzieci, skoro będąc świadkiem tej jednej, nie posłały im nawet pojedynczego, zaskoczonego spojrzenia... Jednak ta myśl rozpłynęła się równie szybko, jak się pojawiła, gdy jako kolejny, w salonie pojawił się Omer. Uśmiechnięty, z oczami błyszczącymi jak najszlachetniejsze diamenty, zatrzymał się w ustami otwartymi w połowie rozpoczętego zdania. No cóż... przynajmniej jego choć odrobinę zdziwiła ta dramatyczna scena. Jego ukochana posłała mu natychmiast ostrzegawcze spojrzenie, przypominając, by nie wspomniał przypadkowo o tych trzech wspólnie spędzonych tygodniach. Sarah, speszona nagłym, nietypowym zbiorowiskiem, rzuciła tylko krótkie jeszcze z tobą nie skończyłam, Anno Faith Anderson i opuściła pomieszczenie, purpurowa od gniewu i wstydu. Przez resztę dnia obie kobiety nie wymieniły miedzy sobą nawet jednego słowa. Nastąpiło to dopiero wtedy, gdy niczego nieświadoma Erin podczas kolacji, którą już od dłuższego czasu jadali razem z Jacksonami, zapytała:
- A skąd taka mina, kochanie? - zwrócając się do swojej starszej wnuczki.
Wtedy dziewczyna, chcąc nie chcąc, musiała również przed babcią przyznać się do swojego nieodwołalnego, jak postanowiła, wyjazdu. Potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała i nie do końca była pewna, jak zareagować na taki obrót spraw. Erin uśmiechała się, wyrozumiale potakując głową, wsłuchana w opowieść blondwłosej studentki. Potem wyraziła swój podziw dla jej odwagi, nie szczędząc jej przy tym wyrazów bezgranicznej miłości i zaufania. Nie przemilczała oczywiście kwestii bezpieczeństwa, jednak nie działała tak histerycznie, jak jej synowa, dzięki czemu wszyscy obecni stopniowo się rozluźnili. Tak naprawdę, tylko dzięki babce udało się Annie zdobyć zgodę Sarah na wyjazd, a ta była niepospolicie twardą zawodniczką. Gdy już brakowało jej oręża w nierównej walce przeciwko córce i teściowej, chwyciła się ostatniego argumentu, niczym tonący przysłowiowej brzytwy: A co z Seanem? To pytanie zamknęło usta najstarszej z Andersonów, a tę o wiele młodszą wprawiło w zakłopotanie. Nie mogła tak zwyczajnie przyznać się do porzucenia tego ciemnoskórego, wcielonego ideału każdej szanującej się amerykańskiej matki, bo z prawie wywalczoną zgodą na wyjazd mogłaby się pożegnać. Musiała grać na zwłokę, powiedzieć, że przyda im się mały odpoczynek, co oczywiście nie przekreśla całego związku. Czy pomyślała o tym, że Sean mógłby skontaktować się z jej matką i opowiedzieć jej o odrzuconych zaręczynach? Oczywiście. Jednak chłopak nie znał powodu jej odmowy, co zostawiało jej bliskim pewną swobodę w interpretacji. Poza tym, kiedy już wróci z Afryki, jej były zdąży zagoić rany i zapomni, pozwalając jej wieść spokojne życie u boku, rozpoczynającego swoją światową karierę, mężczyzny. Może, gdy ponownie zawita do ojczyzny, rodzina zdoła zaakceptować jej szalony romans, który w ciągu trzech tygodni przerodził się w miłość poza grób. Uśmiechnęła się, czując dłoń Omera ściskającą delikatnie jej własną. To, że leciał z nią dla pozostałych było równie nieoczywiste, jak ich skrywany związek. Chłopak cierpiał, mając świadomość, iż okłamał swego mentora, także jego dzieci, za które po części czuł się odpowiedzialny. Rozumiał jednak, że w innym wypadku cały ich plan spali na panewce, do czego w żadnym wypadku nie chciał doprowadzić. Dlatego też wszyscy byli pewni, iż wysiądzie w Argentynie, gdzie miał ponoć zaplanowane spotkania z ludźmi odpowiedzialnymi za doprowadzenie do końca prac nad jego pierwszym w życiu albumem studyjnym. Właściwie on również nie do końca minął się z prawdą. Spotkania faktycznie miały odbywać się w Argentynie, jednak dopiero w przyszłym miesiącu, gdy pogoda nieco się poprawi i będzie można rozpocząć prace nad jednym z klipów. Dzięki takiemu rozwiązaniu, papużki nierozłączki mogły spędzić razem kolejne, przepełnione miłością, cztery tygodnie, bez wtajemniczania w szczegóły osób trzecich. Samolot zamruczał, najpierw jak dachowiec z radością odbierający pieszczotę, potem jak dziki kot szykujący się do skoku. Blondwłosa stewardessa w biało-fioletowym mundurku i liliowej apaszce na szyi, już po udzieleniu obowiązkowego instruktażu, zajęła się pasażerami siedzącymi bliżej kokpitu. Po krótkiej chwili przy zakochanej parze pojawiła się inna ślicznotka, tym razem w hebanowo czarnych lokach związanych w wysoką kitę, prosząc ich, by zapięli pasy, gdyż zbliża się pora startu. Potem zapytała, czy aby czegoś nie potrzebują, a gdy przecząco pokręcili głowami, życzyła im już tylko przyjemnej podróży i zniknęła w dalszej części pokładu.
- Omer!
Posłała mu dość mocnego kuksańca w bok, gdy tylko zauważyła, jak oczy jej lubego mimowolnie wędrują za ciasno opiętymi purpurowym materiałem, krągłymi pośladkami stewardessy.
- Ałć! Coś ty, karate trenowała w dzieciństwie?
- Nie, ale jak będzie trzeba, to skopię ci tyłek, skarbie.
- Zerknąłem tylko dla porównania. Dzięki temu moja hipoteza została potwierdzona: twoja pupa jest najcudowniejsza na świecie - powiedział, ukazując w szerokim uśmiechu rząd śnieżnobiałych zębów.
- Następnym razem, dla własnego dobra, potraktuj to jako dogmat, ok?
- Tak jest, wasza wysokość.
- Jesteś niemożliwy! - złożyła na jego ustach krótki pocałunek. - Masz ochotę posłuchać muzyki?
Z bagażu podręcznego wyciągnęła skręcone w prawdziwie marynarski węzeł, czarne słuchawki i jedną z nich podała chłopakowi, drugą zaś wetknęła do swojego ucha. Nie trzeba było czekać długo, by do ich uszu dopłynęły pierwsze takty piosenki Olly'ego Mursa Dear Darling. Omer przymknął ozdobione długimi rzęsami powieki i odpłynął, nie zwracając uwagi na to, co działo się z Annie. W jej głowie, równocześnie ze słowami:
- A skąd taka mina, kochanie? - zwrócając się do swojej starszej wnuczki.
Wtedy dziewczyna, chcąc nie chcąc, musiała również przed babcią przyznać się do swojego nieodwołalnego, jak postanowiła, wyjazdu. Potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała i nie do końca była pewna, jak zareagować na taki obrót spraw. Erin uśmiechała się, wyrozumiale potakując głową, wsłuchana w opowieść blondwłosej studentki. Potem wyraziła swój podziw dla jej odwagi, nie szczędząc jej przy tym wyrazów bezgranicznej miłości i zaufania. Nie przemilczała oczywiście kwestii bezpieczeństwa, jednak nie działała tak histerycznie, jak jej synowa, dzięki czemu wszyscy obecni stopniowo się rozluźnili. Tak naprawdę, tylko dzięki babce udało się Annie zdobyć zgodę Sarah na wyjazd, a ta była niepospolicie twardą zawodniczką. Gdy już brakowało jej oręża w nierównej walce przeciwko córce i teściowej, chwyciła się ostatniego argumentu, niczym tonący przysłowiowej brzytwy: A co z Seanem? To pytanie zamknęło usta najstarszej z Andersonów, a tę o wiele młodszą wprawiło w zakłopotanie. Nie mogła tak zwyczajnie przyznać się do porzucenia tego ciemnoskórego, wcielonego ideału każdej szanującej się amerykańskiej matki, bo z prawie wywalczoną zgodą na wyjazd mogłaby się pożegnać. Musiała grać na zwłokę, powiedzieć, że przyda im się mały odpoczynek, co oczywiście nie przekreśla całego związku. Czy pomyślała o tym, że Sean mógłby skontaktować się z jej matką i opowiedzieć jej o odrzuconych zaręczynach? Oczywiście. Jednak chłopak nie znał powodu jej odmowy, co zostawiało jej bliskim pewną swobodę w interpretacji. Poza tym, kiedy już wróci z Afryki, jej były zdąży zagoić rany i zapomni, pozwalając jej wieść spokojne życie u boku, rozpoczynającego swoją światową karierę, mężczyzny. Może, gdy ponownie zawita do ojczyzny, rodzina zdoła zaakceptować jej szalony romans, który w ciągu trzech tygodni przerodził się w miłość poza grób. Uśmiechnęła się, czując dłoń Omera ściskającą delikatnie jej własną. To, że leciał z nią dla pozostałych było równie nieoczywiste, jak ich skrywany związek. Chłopak cierpiał, mając świadomość, iż okłamał swego mentora, także jego dzieci, za które po części czuł się odpowiedzialny. Rozumiał jednak, że w innym wypadku cały ich plan spali na panewce, do czego w żadnym wypadku nie chciał doprowadzić. Dlatego też wszyscy byli pewni, iż wysiądzie w Argentynie, gdzie miał ponoć zaplanowane spotkania z ludźmi odpowiedzialnymi za doprowadzenie do końca prac nad jego pierwszym w życiu albumem studyjnym. Właściwie on również nie do końca minął się z prawdą. Spotkania faktycznie miały odbywać się w Argentynie, jednak dopiero w przyszłym miesiącu, gdy pogoda nieco się poprawi i będzie można rozpocząć prace nad jednym z klipów. Dzięki takiemu rozwiązaniu, papużki nierozłączki mogły spędzić razem kolejne, przepełnione miłością, cztery tygodnie, bez wtajemniczania w szczegóły osób trzecich. Samolot zamruczał, najpierw jak dachowiec z radością odbierający pieszczotę, potem jak dziki kot szykujący się do skoku. Blondwłosa stewardessa w biało-fioletowym mundurku i liliowej apaszce na szyi, już po udzieleniu obowiązkowego instruktażu, zajęła się pasażerami siedzącymi bliżej kokpitu. Po krótkiej chwili przy zakochanej parze pojawiła się inna ślicznotka, tym razem w hebanowo czarnych lokach związanych w wysoką kitę, prosząc ich, by zapięli pasy, gdyż zbliża się pora startu. Potem zapytała, czy aby czegoś nie potrzebują, a gdy przecząco pokręcili głowami, życzyła im już tylko przyjemnej podróży i zniknęła w dalszej części pokładu.
- Omer!
Posłała mu dość mocnego kuksańca w bok, gdy tylko zauważyła, jak oczy jej lubego mimowolnie wędrują za ciasno opiętymi purpurowym materiałem, krągłymi pośladkami stewardessy.
- Ałć! Coś ty, karate trenowała w dzieciństwie?
- Nie, ale jak będzie trzeba, to skopię ci tyłek, skarbie.
- Zerknąłem tylko dla porównania. Dzięki temu moja hipoteza została potwierdzona: twoja pupa jest najcudowniejsza na świecie - powiedział, ukazując w szerokim uśmiechu rząd śnieżnobiałych zębów.
- Następnym razem, dla własnego dobra, potraktuj to jako dogmat, ok?
- Tak jest, wasza wysokość.
- Jesteś niemożliwy! - złożyła na jego ustach krótki pocałunek. - Masz ochotę posłuchać muzyki?
Z bagażu podręcznego wyciągnęła skręcone w prawdziwie marynarski węzeł, czarne słuchawki i jedną z nich podała chłopakowi, drugą zaś wetknęła do swojego ucha. Nie trzeba było czekać długo, by do ich uszu dopłynęły pierwsze takty piosenki Olly'ego Mursa Dear Darling. Omer przymknął ozdobione długimi rzęsami powieki i odpłynął, nie zwracając uwagi na to, co działo się z Annie. W jej głowie, równocześnie ze słowami:
I can’t stop my hands from shaking
'Cause I’m cold and alone tonight.
I miss you and nothing hurts like no you.
w jej myślach pojawiła się twarz Seana. Jak się trzymał? Czy był na nią zły? Czy kiedyś jej to wszystko wybaczy. Gdy tylko wyobraziła go sobie, dłońmi zakrywającego zapłakane twarz, przeklęła cicho samą siebie. Nie powinna rozdrapywać tak świeżej rany. Śladem swojego ukochanego zamknęła oczy i poddała się chwili relaksu, ani na moment nie puszczając jego dłoni. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo jej wyobrażenia różnią się od rzeczywistości... Wyjrzałaby przez niewielkie okienko ogromnej maszyny, by dostrzec samotnego chłopaka stojącego na płycie lotniska, z głową wpatrzoną w niebo, którego policzków nie przecinała nawet pojedyncza łza, a serce pozostało twarde, jak pęknięty w połowie, zimny głaz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

